czwartek, 15 września 2016

Lepszy 17 września

Za dwa dni 17 września i kolejna rocznica wkroczenia do Polski w 1939 roku wojsk sowieckich. Gdy chodziłem do szkoły, nikt nie śmiał to tym mówić, więc warto o tym przypominać, ale chciałbym przypomnieć inne związane z tą datą wydarzenie ze znacznie odleglejszych czasów, ale też bardziej napawające otuchą – bitwę pod Świecinem z 1462 roku.
Miała miejsce 554 lata temu i w historii polskich zmagań z Zakonem Krzyżackim miała kluczowe znaczenie militarne i psychologiczne. Szkoda, że tak niewiele o niej wiedzą nawet mieszkańcy Pomorza Gdańskiego, choć Świecino położone jest w powiecie puckim, na wschód od Jeziora Żarnowieckiego.
Gdy na początku września, po odblokowaniu oblężonego Fromborka, Piotr Dunin na czele liczącego 1500 zaciężnych żołnierzy oddziału ruszył przez Gdańsk w kierunku Pucka i Lęborka, wojna toczona przez króla Kazimierza Jagiellończyka, nazwana przez potomnych trzynastoletnią, trwała już dziewięć lat i nie układała się dla Polski dobrze. U jej początków, 18 września 1454 roku, pierwszą jej wielką bitwę pod Chojnicami polskie pospolite ruszenie, pomimo znacznej przewagi liczebnej, sromotnie przegrało. Potem także niewiele było powodów do radości, chociaż odnotowano kilka spektakularnych sukcesów, takich jak zajęcie Malborka wraz z zamkiem, (choć trudno tu mówić o militarnym sukcesie, bo będące na służbie zakonu czeskie oddziały poddały zamek bez walki, w zamian za zaległy żołd), czy zwycięstwo odniesione przez gdańskich kaprów pod Bornholmem nad wspierającą zakon flotą duńską, Polska ulegała przewadze zakonu i w połowie 1962 roku w rękach polskich pozostawały już w zasadzie tylko Żuławy, połowę Ziemi Chełmińskiej i strzępy południowego Pomorza.
Pomnik upamiętniający bitwę, Źródło: Wikipedia
Murgrabia krakowski i marszałek dworu Piotr Dunin, dowodzący wojskami Korony, gdy nocą z 16 na 17 września, zakładał otoczony wozami obóz obronny, miał świadomość, że czeka go niełatwe zadanie. Chociaż udało mu się, od czasu gdy przejął dowództwo, odnieść kilka sukcesów, takich jak udany desant na Sambię, nie stoczył dotąd większej i znaczącej bitwy. Przeciwnik, z tego co donieśli mu zwiadowcy, posiadał liczebną przewagę, a na domiar złego, ciągnęły mu na pomoc oddziały Eryka II, księcia słupskiego, liczące około sześciuset ludzi. Gdy strudzeni drogą żołnierze budowali nocą wokół obozu szańce nieopodal lasu, planował przebieg bitwy.
Dowodził doświadczonymi oddziałami, składającymi się z najemników, których życiem była wojna. To już nie była polska szlachta, która wstydem okryła się pod Chojnicami, lecz zaprawieni w bojach żołnierze, których zaciągnięto pod polskie sztandary dzięki pieniądzom, jakie podarował królowi wierny koronie Gdańsk i inne pomorskie miasta. Mógł liczyć na nich tak długo, jak długo regularnie otrzymywali żołd, więc tu nie było na razie powodu do zmartwienia. Patrzył w mrok i bardziej czuł, niż widział, że jego obóz okrążają wojska zakonne, którymi dowodził Fritz Raweneck, który postanowił rozprawić się ostatecznie z polskimi oddziałami, a potem przejść do ostatecznej ofensywy na lewym brzegu Wisły, licząc na znaczną przewagę liczebną własnej armii i ciągnące mu w sukurs pod Świecino posiłki. Rozprawa miała być bezlitosna, dlatego odciął wszystkie drogi odwrotu, zmuszając polskiego wodza do ostatecznej bitwy. Ten jednak nie zamierzał się od niej uchylać, był na nią zdecydowany, starał się jednak zaplanować ją tak, by wykorzystać jak najlepiej sytuację, w której się z nalazł. Martwiła go przewaga krzyżackiej jazdy, dlatego ukrył się za osłoną wozów taboru. Liczył na atak krzyżacki już z samego rana, mając nadzieję, że jego kusznicy ukryci za szańcami zdziesiątkują nacierających, dzięki czemu stworzą idealną sytuację do kontrataku.
Poranek zastał wojska obu stron gotowe do bitwy, ale krzyżacki dowódca, gdy w świetle dnia przyjrzał się dobrze obwarowanemu obozowi Polaków i zrozumiał, że jego przewaga nie jest tak duża jak przypuszczał (do wojska Dunina dołączyły w Gdańsku oddziały zaciągnięte przez rajców miasta), wstrzymał zaplanowany atak. Plan Piotra Dunina mógł zostać zniweczony, jednak nie zamierzał siedzieć z założonymi rękami. W obliczu zmieniającej się sytuacji, wykazał się pomysłowością i odwagą cechującą wielkich wodzów. Podjął ryzykowną decyzję przejęcia inicjatywy i przeprowadził pierwszy kawaleryjski atak. Na spotkanie nacierających oddziałów Fritz Raweneck wysłał swoją jazdę, wpadając w misternie zastawione sidła. Polska jazda rozstąpiła się i wycofała, zapewniając własnym oddziałom kuszników ukrytym za szańcami i w lesie doskonałe pole ostrzału. To był prawdziwy pogrom, który umożliwił Duninowi atak wszystkimi siłami na obóz krzyżacki, słabo umocniony ze względu na pośpiech i przekonanie krzyżackiego wodza o własnej przewadze.
Bitwa była zacięta, po obu stronach walczyła doświadczona armia zawodowców, jednak wojska koronne stopniowo zyskiwały przewagę, a gdy padł zakonny dowódca, krzyżackie oddziały poszły w rozsypkę, a część się poddała. Krzyżaccy najemnicy wpadli we własną pułapkę, ponieważ wszystkie drogi odwrotu na ich polecenie zatarasowali dzień wcześniej okoliczni chłopi. Szacuje się, że zginęło ponad 75% krzyżackiej armii, klęska była więc druzgocąca. Nie zdążył z pomocą książę słupski, dotarł na pole bitwy, gdy losy starcia były przesądzone i nie zdecydował się na atak. Natarły natomiast na niego oddziały Dunina i zmusiły jego wojsko do odwrotu.
Bitwa pod Świecinem odwróciła losy wojny i sprawiła, że zmagania między Koroną i zakonem zakończyły się niekwestionowanym zwycięstwem Polski. Kazimierz Jagiellończyk wykorzystał szansę, którą po wielkiej wiktorii grunwaldzkiej zaprzepaścił jego ojciec, Władysław; do Polski wróciło Pomorze Gdańskie, Ziemia Chełmińska i Warmia, a ziemie nazywane później Prusami Wschodnimi stały się lennem Korony.
Po dokładnie ośmiu latach walk (klęska pod Chojnicami miała miejsce 18 września 1454 roku), inicjatywa przeszła w ręce Polskie i, chociaż jeszcze kilka lat trwały zmagania, zapoczątkowała niekwestionowaną przez wiele dziesięcioleci dominację w tej części Europy najpierw Polski, potem Rzeczpospolitej narodów Polski i Litwy. Przypomniałem o tym, by dzień 17 września nie kojarzył się wyłącznie z wrześniową klęską z 1939 roku.

czwartek, 8 września 2016

Skończyłem na „Gniewie”

Skończyłem „Gniew” Miłoszewskiego i po raz kolejny jestem mocno zawiedziony. Po „Ziarnie prawdy” uważałem, że autor ma pomysły, ciekawe spostrzeżenia i przemyślenia, które potrafi wpleść w fabułę, że mógłby pisać prawdziwie interesując książki kryminalne,
Wydawnictwo W.A.B., 2014, stron 407
gdyby pozbył się przywar współczesnej prozy: nieco więcej nauczył się słów (na przykład wszystko jest „ciężkie”, nawet w końcowym Słowie od autora pisze o „ciężkich chwilach”, a coś mogłoby przecież być 
trudne, kłopotliwe czy męczące; wszyscy „odpuszczają”, a mogliby przecież także zrezygnować, zmienić zdanie, czy pozostawić – o ileż książka byłaby bogatsza, a to tylko dwa przykłady), zrezygnował z nic niewnoszącego epatowania opisami seksu i czasem powstrzymał się od niepotrzebnych przekleństw. „Gniew” jednak temu zaprzeczył i definitywnie mnie zniechęcił, w mojej opinii to fatalna książka, najgorsza chyba z dotychczasowych pod każdym niemal względem: głównego sprawcę rozszyfrowałem, zanim jeszcze w pełni zawiązała się intryga, sama fabuła wydumana, rodem z kiepskich (jak ten) kryminałów, do tego chaos i porzucanie wątków. Ponadto, jak inne książki Miłoszewskiego (i niestety większość współczesnej literatury głównego nurtu), obarczona wulgaryzmami, nieustannymi przekleństwami (nawet w dialogach z kobietami), niesmacznymi opisami scen już nie erotycznych, a pornograficznych. Chyba Pan Miłoszewski uznał (i być może słusznie), że książka bez seksu, drastycznych opisów i przekleństw nie może się sprzedać. Choć wydaje mi się, że czasem jednak można pogodzić jedno z drugim, dobrą prozę i rynkowy sukces, nawet w literaturze kryminalnej (na co są liczne przykłady). Póki co, to nie dla mnie, niech to kupują czytelnicy, którym to nie przeszkadza lub nawet tego nie zauważają. W moim otoczeniu takim językiem nikt się nie posługuje.

środa, 24 sierpnia 2016

Między historią a żenadą

Wyd. Zysk i S-ka, 2016, stron 600
Czytam „Hardą” Elżbiety Cherezińskiej. Gdzieś w Internecie wyczytałem, że jest interesującą pisarką zajmującą się beletrystyką historyczną. Na pierwszy ogień wziąłem wychwalaną m.in. przez Bogusława Chrabotę (naczelny „Rzeczpospolitej”), przebrnąłem przez mniej więcej jedną trzecią i jestem znudzony i zniechęcony. Książka jest obdarzona wszystkimi grzechami współczesnego pisarstwa: niepotrzebnymi, zbyt dosłownymi scenami seksu; anachronicznymi wulgaryzmami (przekleństwami), które nie mogły istnieć w X wieku; błędami językowymi (niewłaściwe stosowanymi pojęciami); schematycznymi postaciami bohaterów, a co gorsza, zakrawającymi o grafomanię egzaltowanymi fragmentami, jak choćby tym, którym autorka częstuje czytelników już na wstępie, a który przytoczę, bo najpierw sprawił, że osłupiałem ze zdumienia, a potem mnie rozśmieszył niemal do łez:
Wpadł pomiędzy jej ramiona wprost na miękkie łąki piersi, wdychając woń włosów jak wonnych szuwarów. Zamruczała, zagarniając go na siebie. Zatrzymał się na popas jednego pocałunku, a potem uciekł przez mszyste siedlisko brzucha w dół, na podmokłe łąki. Trzymał jej biodra w dłoniach, przechylał jak misę.
Aż trudno uwierzyć, nie przypuszczałem, że istnieją jeszcze autorzy, którzy posługują się takim grafomańskim językiem: „miękkie łąki piersi”, „woń włosów jak wonnych szuwarów”, „popas jednego pocałunku”, „mszyste siedlisko brzucha”, „podmokłe łąki”, „przechylać biodra jak misę”! Niewiarygodne nagromadzenie pisarskiej żenady rodem z kiepskiej literatury pornograficznej! Jak można coś podobnego proponować czytelnikom jako porządną lekturę?! I wydaje to Zyski i spółka, zasłużone w końcu wydawnictwo!
Przeczytam tę książkę do końca, bo nie zwykłem porzucać lektury w połowie, a poza tym będę mógł oceniać ją z czystym sumieniem, ale już teraz nie polecam. Nie rozumiem, skąd zachwyty nad taką prozą, tym bardziej, że i historyczna treść (główną bohaterką jest Świętosława, córka Mieszka I i Dobrawy) pozostawia wiele do życzenia. Może to wypadek przy pracy, ale nie wiem, czy szybko sięgnę po kolejną książkę Cherezińskiej, by to sprawdzić. No, może w przypływie desperacji.
Szkoda. Lubię powieści historyczne i od dawna czekam na pisarza (bądź pisarkę), który byłby godnym następcą takich przedstawicieli tego gatunku jak Karol Bunsch, Zofia Kossak-Szczucka czy wielu innych, w których się zaczytywałem w młodości. Ale jak widać, na razie muszę uzbroić się w cierpliwość.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Na końcu języka, czyli co mnie irytuje we współczesnej polszczyźnie

 Po powrocie z wakacji i okresie intensywnego nadrabiania zaległości w pracy, trudno jest włączyć się ponownie do pisania, zwłaszcza że lipiec obfitował w wydarzenia. Najlepiej będzie chyba zatem na początek zająć się tematem zawsze aktualnym, a do takich należy bez wątpienia codzienny polski język, tak potoczny jak i medialny.
Co irytuje mnie najbardziej (a mam nadzieję, że nie tylko mnie)?
Chyba ostatnio przede wszystkim „takowanie”, czyli dodawanie słowa „tak” na końcu wypowiadanego zdania oznajmującego. Rozplenił się ten zwyczaj zastraszająco szybko i opanował wszystkie kręgi społeczne. „Tak” na końcu zdania słyszy się już wszędzie. Czy nie zirytowałoby najbardziej cierpliwego słuchacza taka na przykład wypowiedź, jaką ostatnio słyszałem w radiowej audycji na interesujący mnie zresztą temat: „Ptaki budują gniazda, taak? Potem składają jaja i wysiadują, taak? Nie należy im wtedy przeszkadzać, taak?”. To niestety nie wyjątek, gdy wsłuchamy się w wypowiedzi znajomych bądź telewizyjnych autorytetów, znajdziemy bardzo dużo podobnych. Mam wrażenie, że niektórzy traktują ten sposób wypowiedzi jako swego rodzaju „wielki świat”, metodę okazywania, że nadąża się za modą. Inni czynią to być może, by dać do zrozumienia rozmówcy (świadomie bądź nie), że traktują go nieco z góry, jakby musieli sprawdzać, czy nadąża za wypowiedzią. Większość jednak wypowiada się bezmyślnie, w stadnym bezrefleksyjnym odruchu.
Ciężki”, „ciężko” – „ciężko powiedzieć”, „ciężko wytrzymać”, „ciężka sytuacja”, „ciężka strata”, „ciężki ”. Przymiotnik (bądź przysłówek) „ciężki”, „ciężko” tak się rozpowszechnił, że nikt już nie zauważa, iż jest on irytująco niepoprawny, a przy tym zubaża polszczyznę. Lepiej brzmiałoby bowiem, na przykład: „trudno powiedzieć”, „niełatwo wytrzymać”, „skomplikowana sytuacja”, „bolesna strata”, „mozolna praca” . Sam profesor Jan Miodek żalił się swego czasu: „Moi magistranci, a nawet doktoranci zaczynają mówić i pisać o ‘ciężkim problemie badawczym’, nie wyczuwając, że w znaczeniu ‘trudny, skomplikowany, niełatwy, nieprosty’ przymiotnik ‘ciężki’ razi swoją zbyt daleko idącą potocznością”. Ubolewają i inni językoznawcy, co niewiele zmienia, bo określenie to wkradło się najpierw do języka potocznego, a potem na salony i już nikogo nie razi. Zapewne przywędrowało z angielszczyzny (prof. Jerzy Bralczyk obwinia język niemiecki), gdyż to tam mówi się „It is hard tu say (Trudno powiedzieć), ale dlaczego z tak wielu znaczeń słowa „hard” jakie znaleźć można w słowniku (m.in.: trudny, ostry, twardy, surowy, brutalny, tęgi, silny, sztywny), stosuje się nagminnie tylko jedno i to nie najlepiej dobrane, bo w istocie bardziej właściwe do określania wagi przedmiotu (np. ciężka walizka)?
Za zero” – jest kolejnym przykładem wypowiedzi nagminnie stosowanej zwłaszcza w reklamach, lecz wkraczającej także do rozmów codziennych. Mamy więc konto za zero, wstęp za zero, abonament za zero itd. Trudno jest znaleźć obecnie coś „za darmo” czy „bezpłatnie”, bo wyparła je koślawa konstrukcja wymyślona przez specjalistów od reklam, ale niestety nie od języka.
Jestem na tak” – ta szczególnie koślawa konstrukcja ma oznaczać zgodę bądź akceptację jakiegoś stanowiska. Wzięło się to zapewne z nieporadnie przetłumaczonego tytułu film „Yes Man” z 2008 roku z Jimem Carreyem w roli głównej i w błyskawicznym tempie rozprzestrzeniło się wśród telewizyjnych jurorów popularnych programów z pogranicza sztuki i kiczu, a potem powędrowało dalej, bo wzorce czerpie się z telewizji. Zaginęło już zatem poprawne „Jestem za” i „Jestem przeciw” (nie wspominając o innych konstrukcjach zdań wyrażających wsparcie lub dystansujących się od niego) i nie zdziwię się, gdy któregoś dnia usłyszę na sali sejmowej podczas głosowania: „Kto z pań i panów posłów jest na tak, niech podniesie rękę i naciśnie przycisk”.
Na razie chyba wystarczy, choć to nie koniec przyglądania się polskiemu językowi. Czego jednak za dużo na jeden raz, szybko umyka z pamięci, a warto się nad tym zastanowić, poprzyglądać i posłuchać, co w mediach mówią i jak mówią ulubieńcy telewidzów i radiosłuchaczy. Niewielka jest nadzieja, że coś się przez to zmieni, ale jeśli jakaś nawet niewielka część rodaków używać będzie innych zwrotów, to już będzie nieco lepiej.

piątek, 24 czerwca 2016

Europa nowej szansy

 Choć każde rozstanie jest smutne, zwłaszcza że nie lubimy zmian, czasami nie tylko trzeba się pożegnać, ale i wyciągnąć z tego właściwe wnioski. Decyzja Brytyjczyków o opuszczeniu Unii Europejskiej nie jest końcem nowoczesnej Europy, ale (mam nadzieję) będzie początkiem końca takiej Unii, jaką dotąd budowano: bardzo zbiurokratyzowanej i scentralizowanej, z instytucjami roszczącymi sobie prawo do decydowania o wszystkich wewnętrznych regulacjach krajów członkowskich. Narody Wielkiej Brytanii jako pierwsze oświadczyły, że nie chcą należeć do takiego europejskiego superpaństwa, co wcale nie znaczy, że nie opowiadają się za wolnym rynkiem i otwartością granic dla mieszkańców Europy. Ale ich decyzja to sprzeciw wobec wizji Europy wyznawanej przez Angelę Merkel, Jeana-Claudea Junckera czy Donalda Tuska.
Co ciekawe, przyczyną tych niespodziewanych geopolitycznych turbulencji stał się David Cameron, polityk udający konserwatystę, który dla wzmocnienia swojej pozycji w Partii Konserwatywnej (a poniekąd i w UE) oraz dla pozyskania wsparcia niezadowolonych rodaków, otworzył tę puszkę Pandory, a teraz jest zdziwiony, że bawienie się zapałkami (zwłaszcza przez dzieci) może wywołać pożar.
Zostawmy jednak na razie przywódców i entuzjastów (takiej jak dotąd) UE, ciekawsze mogą być bowiem niespodziewane konsekwencje wczorajszego referendum. Ot, choćby takie, jak rozpad Wielkiej Brytanii – skoro uznała za stosowne porzucić związek państw zwanych Unią, to konsekwentnie nie powinna mieć nic przeciwko wystąpieniu z brytyjskiej wspólnoty któregoś z jej narodów, na przykład Irlandii Północnej. Nie dość na tym, skoro złamane zostało tabu opuszczania brukselskiego salonu, może się ono stać modne wśród pozostałych państw, wśród których znaleźć się może Francję a nawet Szwecja. Wiele innych państw także wolałby widzieć się w sytuacji Szwajcarii, którą wiążą z UE traktaty znoszące wszystkie ograniczenia handlu i pracy, ale która nie jest członkiem Unii.
Co do jednego nie mam wątpliwości, Europa będzie istnieć, brytyjskie wyspy nie oddalą się od kontynentu i żadne z państw nie zmieni swojego położenia. Najistotniejsze, by ta lekcja uświadomiła politykom, że ich dotychczasowe decyzje nie podobają się wyborcom. A szok i niedowierzanie europejskich urzędników jest bez wątpienia bezcennym darem. Unia musi stać się mniej apodyktyczna, szanująca różnice, bardziej otwarta na prawo do własnego zdania jej członków. Dla Europy Brexit powinien być szansą, nie zwiastunem rozwiewania się marzeń o wspólnocie narodów i otwieraniu granic.

A co z nami, zwykłymi mieszkańcami Polski? Ano, wyjazdy za zachodnią granicę będą droższe, wzrosną też ceny wielu artykułów sprowadzanych zza granicy. Przyjemniej na jakiś czas. I to jest naprawdę smutne!

wtorek, 21 czerwca 2016

Czerwiec – czyli wszystko przed nami

 Czerwiec zawsze był dla mnie jednym z najpiękniejszych i najpilniej oczekiwanych miesięcy. Czerwiec zwiastował lato, koniec szkoły i wakacje. Zazwyczaj w pierwszej połowie czerwca miały miejsce procesje z okazji świąt Bożego Ciała, które przystrajano zielonolistnymi brzozami, a to było już tuż tuż przed końcem szkolnego roku. Zazwyczaj było już słonecznie i ciepło. A zieleń i słońce to zapowiedź wakacji.
Czerwiec był piękny, bo był zapowiedzią tego co najmilsze. A oczekiwanie, zwłaszcza to tuż przed realizacją, jest najbardziej ekscytujące, często bardziej niż sam cel. Alpiniści nie dlatego idą w góry, bo chcą stanąć na szczycie, ale dlatego, że pokonują drogę, która nań prowadzi. Nawet z miłością jest podobnie, najmilej wspominamy zdobywanie, starania, dreszcze emocji towarzyszący oczekiwaniu na kolejne spotkanie, a nie spełnienie. To dlatego rozpadają się związki, że przestaje się zdobywać i w rezultacie traci tę ekscytację, która towarzyszy oczekiwaniu.
Dawno temu, aż strach pomyśleć, że żyłem w takich czasach, w soboty pracowało się tak, jak w inne dni, choć o dwie godziny krócej. Nie mówiono więc o wolnym weekendzie, tylko o wolnej niedzieli. Wtedy od jednej z pracujących koleżanek usłyszałem, że najpiękniejsza niedziela jest w sobotę po południu. Dziś powiedzielibyśmy, że najpiękniejszą częścią weekendu jest piątkowe popołudnie. Dlaczego? Bo cały weekend jest jeszcze przed nami.
I to właśnie jest istota rzeczy – najpiękniejszy jest ten czas, gdy wszystko jest jeszcze przed nami! Wprawdzie nieco potrafi to potrwać, nim naprawdę się to zrozumie (no chyba, że przeczyta się taki jak ten tekst – to tak z przymrużeniem oka), ale wreszcie ta świadomość staje się jasna i wyraźna, a dzięki temu zmienia naszą naturę i potrafi sprawiać, że radość się przedłuża. Przedłuża właśnie o oczekiwanie.
Dlatego tak lubię czerwiec. Elektryzował mnie w czasach szkolnych i studenckich, bo przecież jeszcze tylko świadectwo (albo ostatni wpis do indeksu) a potem już tylko dwa miesiące wolności od nauki, wyjazdy, wakacyjne atrakcje, nowe znajomości i przygody. Może być coś piękniejszego? A z tych dwóch miesięcy wolności najpiękniejszy był koniec czerwca, bo był czekaniem na to, co piękne, nadzieją na to, co ma się dopiero wydarzyć.
Jak sięgam pamięcią, wyjeżdżałem na wakacje zazwyczaj w lipcu – najpierw z woli rodziców, potem z własnej. Tak też planowałem wakacje, gdy jeździłem z dziećmi – jak tylko kończyła się szkoła, ruszaliśmy w podróż. I w tym roku mam zamiar podtrzymać tę tradycję (wprawdzie już nie z dziećmi, choć nadal w dobrym towarzystwie). Inaczej mówiąc – niedługo wakacje! Przecież to już czerwiec!
Co ciekawe, o ile nazwy wszystkich innych miesięcy występujące w języku polskim łatwo jest etymologicznie rozszyfrować, co do pochodzenia nazwy „czerwiec” opinie są nie tylko podzielone, ale i nie do końca przekonujące. Nie ma jednak wątpliwości, że nawiązuje ona (nazwa) do koloru czerwonego i musiała powstać dawno, bo występuje i u innych słowiańskich braci. Na tyle zatem dawno, że było to w czasach, gdy nie rozdzielały nas granice, a jeszcze łączył wspólny język (podobnym słowem określają ten miesiąc i bliscy nam Czesi i dalecy Bułgarzy). Nie sądzę, by dzieci czekały wówczas na szkolne świadectwo, ale na pewno czekały na lato. Niech zatem ta czerwień oznacza rumieńce towarzyszące oczekiwaniu na coś pięknego. Na przekór językoznawcom. I cieszmy się czerwcem.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Wolność marionetki

 O tej porze roku właściciel gospody „Pod nowym dzbanem” stojącej nad jeziorem Wannsee nieopodal Poczdamu cieszył się z każdego przybywającego gościa. Z tym większą radością przywitał parę młodych ludzi, którzy przybyli 20 listopada i zamówili dwa pokoje. Przez całą noc nie gasło w nich światło. Następnego dnia uraczyli się lekkim śniadania składającym się z bulionu i kawy. Potem wyszli przed gospodę i dzielili się wrażeniami o urokach okolicy. Następnie poprosili żonę gospodarza, by zechciano im podać kawę na polanie widocznej na przeciwległym brzegu jeziora. Uczyniono zadość ich prośbie i dostarczono na polanę stolik, krzesła, dzbanek kawy i dwie filiżanki. Byli spokojni a nawet radośni, śmiali się, żartowali i ciskali kamienie do wody. Potem służąca usłyszała dwa starzały. Gdy wróciła na polanę, oboje już nie żyli. Tak właśnie 21 listopada 1811 roku Henrich von Kleist oraz jego przyjaciółka, Adolfina Henrietta Vogel, dokonali aktu jednego z najbardziej spektakularnych samobójstw w historii.
Henrich von Kleist był poetą i pisarzem, tworzył sztuki teatralne, pisał eseje i nowele, ale nie stronił też od filozofii, którą przemycał w swoich utworach. Dziś uznaje się go za jednego z najwybitniejszych niemieckich autorów, wówczas jednak, gdy wraz z Henriettą Vogel popijali kawę nad brzegiem Kleiner Wannasee, jego twórczość nie cieszyła się zainteresowaniem, choć nie to było powodem decyzji o odebraniu życia przyjaciółce i sobie (najpierw strzelił jej w serce, potem sobie w usta). Jego głównym problemem była konieczność wybierania między oczekiwaniami bliskich, a własnymi potrzebami i zamiłowaniem do pisania, co prowadziło do wewnętrznych konfliktów, z którymi sobie nie radził. W chwili śmierci miał zaledwie trzydzieści jeden lat, a w swoim życiu zdążył już być oficerem pruskiej armii, studentem matematyki, urzędnikiem w dwóch ministerstwach, wydawcą i redaktorem, a nawet więźniem cesarstwa Francji (podejrzenia o szpiegostwo). Wszystko to czynił jednak wbrew sobie (poza pracą redaktora), tęsknił za pisaniem i wolnością, nigdzie nie potrafił ani zaznać spokoju, ani porzucić marzeń. Miotał się między wymaganiami stawianymi mu przez rodzinę narzeczonej, Wilhelminy von Zeuge (zaręczył się w 1800 roku), a swoimi marzeniami. Dla jej ojca, generała, a także pozostałej części ich rodziny, marzenia Henricha o pisaniu były niedorzecznością, tylko urzędowe stanowisko mogło być podstawą stabilizacji.
Heinrich próbował się dostosować, ale nie trwało to długo, nie był w stanie żyć wbrew sobie. Rozpoczął podróżowanie po Europie, odwiedził Paryż, Szwajcarię, w Weimarze odwiedził Goethego i Schillera, spędził nieco czasu w Königsbergu (znów jako urzędnik) i Pradze.
Nie potrafił znaleźć sobie miejsca targany sprzecznymi uczuciami. To było męczące, przygnębiało i kazało zastanawiać się nad istotą życia i spokojem sumienia, której próżno poszukiwał. W rezultacie wolał umrzeć, niż żyć tak nadal. Jedyną osobą, która zdawała się go rozumieć, była Henrietta, która towarzyszyła mu do końca, a nawet dalej.
Jednym z ostatnich tekstów, które napisał, był esej „Teatr marionetek”. W powszechnym mniemaniu kukiełka na sznurkach pociąganych przez kogoś innego jest przykładem zniewolenia – pozbawiona wyboru musi wykonywać ruchy narzucane przez innych. Henrich von Kleist spojrzał jednak na sytuację marionetki inaczej i postawił zaskakującą tezę, że posiada więcej wdzięku niż jakikolwiek tancerz. Z tego powodu, że sama nie kieruje własnymi ruchami, a jedynie, dzięki wysiłkowi marionetkarza, odtwarza odwieczną naturę świata podporządkowując się grawitacji. Ten stan doskonałości jest możliwy tylko wtedy, gdy, jak konkluduje von Kleist, nie posiada się świadomości w ogóle, lub „posiada się świadomość nieskończoną, a zatem jest się albo mechaniczną zabawką, albo Bogiem”. Zdaniem von Kleista, ludzkość utraciła ten wdzięk (czyli stan łaski) w chwili, gdy świadomie skosztowała owocu z drzewa poznania – odtąd skazana jest na niedoskonałość tak ciała, jak i duszy. Co gorsza, nic tego nie jest w stanie zmienić, bo by stan łaski przywrócić, konieczne byłoby ponowne zjedzenie owocu drzewa wiedzy. Ale raj został zamknięty i ludzkość bezowocnie błąka się po tym świecie szukając tylnego doń wejścia.
Ten esej Heinricha von Kleista (tytuł oryginalny: Über das Marionettentheater) przywołał na wstępie swej wydanej w 2015 roku książki John N. Gray, angielski filozof i politolog znany w Polsce przede wszystkim z książek dotyczących liberalizmu. I nawiązując do von Kleista, nadał jej tytuł The Soul of the Marionette. A Short Inquiry into Human Freedom (Dusza marionetki. Krótkie dochodzenie w sprawie ludzkiej wolności). Gray już na początku swego „śledztwa” stwierdza, że Heinrich von Kleist w swym eseju stawia przewrotną tezę, iż „lalki reprezentują rodzaj wolności, którego ludzkie istoty nie będą w stanie nigdy osiągnąć”.
Nie jestem do końca przekonany, czy dokładnie to von Kleist wyrażał w swym opowiadaniu, ale i tak od września ubiegłego roku, gdy trafiła mi w ręce książka Graya, nie mogę uwolnić od niej myśli. Autor Duszy marionetki nie tylko zmusił mnie do przeczytania eseju von Kleista, który wcześniej znałem tylko z nawiązań bądź cytatów, ale też zapędził ponownie w przestrzeń rozważań o wolności i zmusił do innego jej postrzegania. Dawno się nad tym nie zastanawiałem, nie dlatego, bym w zadufaniu uważał, że wolność przestała kryć przede mną tajemnice, ale dlatego, że sądziłem, iż poznałem jej podstawowe zasady, a reszta to już tylko zadanie dla filozofów. Gray zmienił to moje nastawienie.
Prawdę mówiąc, chyba czekałem na ten impuls, bo po 1989 roku, gdy pod postacią częściowo wolnych wyborów parlamentarnych zawitała do Polski pierwsza jaskółka nadchodzącej niepodległości, zacząłem przyglądać się rzeczywistości z odmiennej, wkrótce całkowicie niepodległej perspektywy i, ku swemu zaskoczeniu zauważyłem, że większość Polaków (jak się miałem przekonać, również przedstawicieli innych narodów), zupełnie inaczej odnajdywało się w kraju uwolnionym od komunizmu. W swej naiwności przekonany byłem, że stęsknieni za długo oczekiwaną wolnością, zechcą wziąć swój los we własne ręce, zdecydują się samemu o sobie decydować, ponosić ryzyko i odpowiedzialność za własne decyzje.
Nic bardziej mylnego. Choć było to dla mnie niezrozumiałe, większość zatrzymała się na werbalnej pochwale wolności, a w codziennym życiu chętnie z niej rezygnowała. Ta ucieczka od wolności okazała się niemal powszechna – nawet ludzie, którzy niedawno ryzykowali osobistą wolność a nawet życie w celu jej odzyskania, chętnie oddawali los w cudze ręce w zamian za pewność zaspokojenia życiowych potrzeb. Nie chcieli ryzyka, rozstrzygania wątpliwości ani wyboru, przeciwnie – oddawali wolność za bezpieczeństwo; szanse na lepszy los, za zaspokojenie podstawowych potrzeb.
Nie byłem pierwszym zdziwionym. Swego czasu w bajce Mickiewicza chudy wilk zachwycony sadełkiem „Brysia jegomości” już marzył o pańskiej służbie, gdy dostrzegł na jego szyi ślad po obroży i natychmiast zrezygnował z tego pomysłu, ku zdziwieniu tłustego psiska, który wszak tylko musiał:

Przybycie gości szczekaniem głosić,
Na dziada warknąć, żyda potarmosić,
Panom pochlebiać ukłonem,
Sługom wachlować ogonem.
A za toż, bracie, niczego nie braknie:
Od panów, paniątek, dziewek,
Okruszyn, kostek, polewek,
Słowem, czego dusza łaknie.

Wilk nie dał się namówić, w las czmychnął czym prędzej, wyżej ceniąc sobie swobodę od dobrobytu. Ale, jak dziś wiadomo, wilków już nieliczne ostały się watahy, gdy usłużnych psów pełno wszędzie.
Tyle bajka, którą traktowałem jako rodzaj żartu, a która żartem nie była, tylko wnikliwą obserwacją. Okazuje się, że wolność pojmować można na różne sposoby, a jedną z nich jest ucieczka od niej. Milton Friedman, laureat Nobla w dziedzinie ekonomii, napisał książkę o wolności wyboru i taki jej nadał tytuł. Wolność wyboru stanowiła dla niego wartość największą, a ja podzielałem (i podzielam) jego opinię. Okazuje się jednak, że niektórzy czują się wolni dopiero wtedy, gdy nie muszą wybierać. Innymi słowy, wybierają wolność od wolności. Właśnie w ten sposób esej von Kleista interpretuje John Gray. W jego opinii niemiecki pisarz uważał, iż marionetka, mechaniczny przedmiot z drewna i materiału, może być bardziej wolna od ludzkiej istoty. Przekonuje, że „automatyzm lalki daleki jest od stanu niewoli”.

Jeśli von Kleist zmęczony był koniecznością nieustanego podejmowania decyzji i związanymi z tym konfliktami sumienia, inaczej rzecz ujmując, zmęczony był wolnością i to stało się powodem jego samobójstwa, być może w napisanym niedługo przed śmiercią eseju właśnie to miał na myśli – zazdrościł marionetkom, że nie muszą o niczym decydować. Jest to w istocie rodzaj stanu pożądany przez wiele osób od zarania dziejów: w zamian za służenie innym, pozwala się im dbać o swoje potrzeby i im pozostawia podejmowanie decyzji. Zdejmuje to z własnych barków zmartwienia i pozwala żyć w błogości beztroski. Na przestrzeni wieków zmieniali się tylko mecenasi poddanych, bywali nimi królowie, arystokraci i szlachta, obecnie najczęściej jest nim socjalne (by nie powiedzieć socjalistyczne) państwo. Państwowym strukturom współcześni obywatele najchętniej powierzają troskę o siebie: państwo zapewnić ma im pracę, odpowiedni poziom życia (czyli zarobki), bezpłatną (czyli opłacaną przez innych) opiekę zdrowotną, a potem wypłacać emeryturę.
Czy tak właśnie należy interpretować wspomnianą wolność marionetek? Nie do końca. Marionetka nie wybiera swego stanu, jest przedmiotem sterowanym przez innych. „Taki stan byłby nie od zniesienia – pisze John Gray – gdyby nie fakt, że kukiełka jest obiektem nieożywionym (inanimate object). By odczuwać brak wolności, musi istnieć byt posiadający samoświadomość. Ale kukiełka jest rzeczą z drewna i materiału, ludzkim artefaktem bez uczuć i świadomości. Kukiełka nie ma duszy. W konsekwencji nie może wiedzieć, że nie jest wolna”.
Wynika z tego, że różnica między człowiekiem podporządkowującym swój los innym (pojedynczemu człowiekowi, grupie ludzi bądź instytucji) a marionetką polega na tym, że samemu podejmuje się decyzję dobrowolnego wyrzeczenia się wolności oraz świadomości, że można z tego wyrzeczenia zrezygnować i znów stać się wolnym (przynajmniej w teorii, bo nie zawsze się to udaje), gdy marionetka nie może tego uczynić. Zdaniem Graya, dla von Kleista nie jest to jednak przewaga, raczej właśnie powód do rozterek, niepokoju, a wolność powinna polegać na osiąganiu stany ducha wolnego od lęków i wątpliwości.
Ale nie tylko dla von Kleista. Gray przypomina, że mistycy zawsze uważali, iż świadomość jest przeszkodą w osiąganiu wolności. Dla nich wolność jest stanem wewnętrznym, gdzie świadomość przekracza zwykłe ograniczenia. Mnie osobiście jednak wolność osiągana przez mistyczne medytacje nie interesuje, nie mam ochoty szukać kontemplacyjnego spokoju ducha, a żyć normalnie w otaczającym mnie świecie. Moja wolność, a także wolność większości mieszkańców tego globu, umiejscowiona jest w ludzkim społeczeństwie i jego wzajemnych relacjach. Gray o tym też wie, pisze, że istnieją rożne pojęcia czy rodzaje wolności. Dla większości ludzi wolność jest „brakiem stwarzanych przez ludzi przeszkód w uczynieniu tego, co chcemy zrobić”. Inaczej u von Kleista i podzielających jego poglądy, dla nich wolność nie jest brakiem przeszkód w czynieniu tego, czego się pragnie, a „stanem ducha, w którym konflikt został zupełnie wyeliminowany”.
Joseph Gray przypomina, że w starożytności stoiccy filozofowie twierdzili, że niewolnik jest bliższy wolności, niż rozdzierany rozterkami jego właściciel. Dodaje, że wyznawcy monoteizmu także wierzą, że podporządkowanie się woli Boga umożliwia osiągnięcie wolności. Dla nich wolności nie ma dawać możliwość wyboru, a przeciwnie, uwolnienie się od konieczności wybierania.
I to jest dla mnie najistotniejsze spostrzeżenie wyjaśniające zachowanie większości ludzi w społeczeństwie i ich zamiłowanie do pokładaniu wszystkich oczekiwań w państwowych strukturach. Jest taka, stanowiąca większość społeczeństwa grupa ludzi, która decyzji podejmować nie chce, ciąży jej to, szuka wolności od wyboru i powierza go innym, czasem Bogu, czasem państwu, często obojgu jednocześnie.
Istnieje też druga grupa ludzi, która przed potrzebą wolności stawia inne potrzeby, przede wszystkim materialne, niezbędne do życia, ot choćby jedzenie i mieszkanie. Dla nich nie jest istotne, kto panuje i jak sprawuje rządy, byle zaspokajał te potrzeby.
Podobnie jest z tymi, i oni stanowią trzecią, choć mniej liczną grupę, którzy wolności poszukują w wewnętrznym stanie ducha, ale dla nich też nie ma znaczenia forma sprawowania rządów, akceptują tak demokrację, jak i autokrację, liberalizm i autorytaryzm. Akceptują ją tak długo, jak długo nie przeszkadza im w pielęgnowaniu swojej wewnętrznej drogi.
Tym samym istnieją trzy grupy ludzi, dla których wolność (rozumiana jako możliwość dokonywania wyboru) nie jest pożądana: pierwsza – pragnąca się uwolnić od wewnętrzny konfliktów związanych z wyborem (których przedstawicielem był zdaniem Graya von Kleist); druga – odstępująca możliwość wyboru innym w zamian za dostatki (klienci państwa opiekuńczego); oraz trzecia – mistycy, którzy szukają spokoju w medytacji i których nie interesuje doczesność. Gdy w państwie większość stanowią te trzy grupy, rodzi się socjalizm i otwierają drzwi dla państwowego centralizmu. Jak pokazuje historia i współczesne czasy – ci, którzy opowiadają się za samodzielnym wyborem i chcą ponosić tego konsekwencje, stanowią zazwyczaj mniejszość.
Nie uda się, bo nigdy i nikomu się nie udało, przekonać ludzi do wolnego wyboru, tej jedynej i prawdziwej, nie tylko moim zdaniem, formy wolności. Zrozumiałem to po lekturze von Kleista i Graya i nie liczę już na zmianę. Pozostaje mi przyzwyczaić się do myśli, że będziemy w mniejszości, i do tego, że przyszłość świata to socjalizm. Wierzę jednak, że choć będzie nas niewielu, będziemy przypominać o prawdziwej wolności.

Choć nie chciałem napisać recenzji ani książki Johna Nicolasa Graya (nadal na język polski nie przetłumaczonej i nie wydanej), ani tym bardziej eseju Heinricha von Kleista, obie prace polecam. Zważywszy, że Teatr marionetek jest lepiej znany, tym bardziej warto zerknąć w Duszę marionetki Graya, który od rozważa na temat pracy von Kleista zaczyna, ale na niej nie poprzestaje. Można u niego znaleźć odniesienia nawet do pochodzących z Polski autorów: Bruno Schultza i Stanisława Lema, co czyni jego książkę jeszcze ciekawszą dla polskiego czytelnika.