Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bobkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bobkowski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 lutego 2018

Bobkowski i inni


Po lekturze „Szkiców piórkiem” zamówiłem kilka książek Andrzeja Bobkowskiego, które można było dostać w internetowych księgarniach, wersje papierowe, bo e-booków nie było. Różne wydawnictwa, trzy tytuły z biblioteki „Więzi: „Z dziennika podróży”, „Listy do Jerzego Turowicza”, „Listy do Aleksandra Bobkowskiego”; „Listy do różnych adresatów” wydały „Arcana” a „Notatnik 1947 – 1960” nieznane mi wcześniej wydawnictwo „LTW”. Zacząłem od „Z dziennika podróży” i już kilka pierwszych akapitów mnie uwiodło. Ot, choćby taki fragment z Paryża, nie ma dokładnej daty, ale musiało to być wiosną 1947, bo w tymże roku opublikowany został w „Nowinach Literackich”:
Czekam na metro. Nie ma już dwóch klas i ceny biletów są jednakowe. Ale czerwone i miękkie wagony pierwszej klasy toczą się nadal w środku. Ci, co jeździli nimi dawniej, wsiadają do nich i teraz. Tamci inni nie pchają się tam wcale. Wagony te jednak obrażają ich uczucia równości  wobec tego mają je przerobić na zwykłe. Dużo o tym pisali – a jakże! C’est un probleme. Są dwa rodzaje demokracji: ta która chciałby, aby wszystkie wagony były wygodne, i ta, która miękki przerabia na twarde, uznając to za zdobycz ludu.
Prosta a jakże trafna konstatacja, równanie w dół, nie w górę. Byle dokuczyć tym, którzy mają nieco lepiej – państwo w roli Janosika w służbie zawistnych. Tak robi się do dzisiaj, już tyle razy słyszałem to od znajomych, że to nieuczciwe, by inni mieli więcej, że przyszło im łatwiej, że… Zresztą jakie ma znaczenie rzeczywisty powód, w dół i koniec, bo prawdziwym powodem jest zazdrość. W osiemnastym wieku ten zwyczaj równania zapoczątkowała hołubiona do dziś rewolucja francuska posługując się gilotyną; teraz polityczny establishment Europy i państw w Europie położonych zrównuje posiadających więcej innymi sposobami, najchętniej gilotyną podatkową. To właśnie od takiej Europy Bobkowski uciekł do Ameryki Środkowej. Czemu wybrał akurat Gwatemalę? Może gdzieś jeszcze doczytam.
Swoją drogą niezwykły człowiek, władał francuskim, niemieckim, łaciną (tak wynikało ze „Szkiców”) i hiszpańskim. Nie było to wówczas, ani dzisiaj nie jest, czymś zwyczajnym. Ale, co ważniejsze, miał w tych językach wiele do powiedzenia (Michał Korybut Wiśniowiecki, król Polski, znał osiem języków, a mimo to ambasador francuski donosił swojemu monarsze, „w żadnym nie miał nic do powiedzenia”).
Kupiłem też (w wersjach elektronicznych) Richarda Dawkinsa „Rzekę genów” i „Bóg urojony”. Interesuje mnie ten intelektualista tak jak Noam Chomsky, nie podzielam poglądów, ale czytam zafascynowany ich publikacje, próbując zrozumieć motywacje i mechanizm roszenia się i pielęgnowania tej nienawiści do mechanizmów cywilizacji. Sztandarowym manifestem Chomsky’ego  była książka „Rok 501: podbój trwa” wydana przez PWN. Mam ją w posiadaniu, przeczytałem zaraz po jej ukazaniu się z dużym zainteresowaniem, ale nie rozumiem nadal skąd bierze się fascynacja do głoszonych utopii i tak jednostronnego postrzegania postępu cywilizacyjnego.
Chomsky jest sztandarowym przykładem lewicowego intelektualisty, ale Dawkins niewiele mu ustępuje, to orędownik tzw. naturalizmu i jednocześnie zagorzały i walczący ateista. Nie wiem, czy jest socjalistą w dziedzinie ekonomii, ale takie poglądy by mnie nie zdziwiły. Zacząłem czytać „Boga urojonego”, dotarłem do trzeciego rozdziału. Sam zmagam się zagadnieniem wiary, zastanawiałem się, jakich Dawkins dostarczy argumentów, bo przechwalał się bardzo w przedmowie, że obali wszystkie opinie i dowody wierzących i absurd poważnego traktowania religii w ogóle – ale w ogóle, to w ogóle mnie nie przekonał. To co pisze znam od dawna, przytaczano takie argumenty od lat, można je akceptować bądź nie, ale nie rozwiązują zagadnienia wiary. Co ciekawe, jego gorliwość w zwalczaniu religii jest nie mniejsza niż gorliwość inkwizycji w jej obronie w ubiegłych stuleciach, co sprawia, że przestaje być dla mnie wiarygodny, bo nie ufam żadnym fanatykom. Ostateczny osąd wydam jednak po dokończeniu lektury.
Na książki Dawkinsa natknąłem się przeglądając ofertę wydawnictwa, w którym nabyłem „Szkice piórkiem”, ciekawy dobór zainteresowań wydawcy.
Pobrałem też z Amazona fragmenty „Dziennika Anny Frank” (przekład na angielski), chciałem się im przyjrzeć już wcześniej, lecz nie było jakoś okazji. Nie mam zamiaru czytać ich w całości, po prostu chciałem się przekonać, jakim są pisane językiem. Lektura zajęła mi godzinę. Poza dramatyzmem czasów, to jednak zapiski nastolatki, więc, zgodnie z przewidywaniem, niezbyt wciągające. To bez wątpienia ważne świadectwo wydarzeń, które do dziś są przedmiotem sporów, ale mnie nie trzeba przekonywać do faktów i sprzeciwiania się totalitaryzmowi w każdej postaci. Ale bez wątpienia prawda o tamtych czasach wywołuje i dzisiaj gorące emocje, a jedna z dyskusji o tym przetacza się właśnie po świecie w związku z wprowadzoną w Polsce ustawą o IPN – przedstawiciele Izraela oburzeni, Trump krytyczny, polscy politycy PiS oburzeni na oburzonych, a wszystko jak zwykle przez powszechną w polskim prawie niechlujność legislacyjnych zapisów, które są niejednoznaczne i tym samym różnie interpretowane. Ale zachowanie polityków niemieckich tym razem z prawdziwą klasą – w moich oczach pani kanclerz i minister Sigmar Gabriel urośli.

sobota, 10 lutego 2018

Wojna i spokój


Mam problem, czy zacząć od człowieka, czy jego dzieła? Dzieła, bo „Szkice piórkiem” to w wydaniu papierowym licząca sobie ponad pięćset stron książka – wiem to z internetowych opisów, bo przeczytałem ją w wydaniu elektronicznym. Powtórnie, ten pierwszy miał miejsce w latach osiemdziesiątych, gdy dziennik Andrzeja Bobkowskiego ukazał się w kraju w drugim obiegu. Już wtedy byłem pod ogromnym wrażeniem, choć wydanie było kieszonkowe, dwutomowe, drukowane maleńką czcionką na offsecie. Nie przeszkodziło to książce oczarować mnie od pierwszej niemal strony, bo ta pierwsza część będąca zapisem podróży rowerem po południowych rejonach Francji podczas toczącej się gdzieś na północy kraju wojny to jeden z najbardziej urokliwych fragmentów tego dziennika. Niemal całość stanowi dobrą literaturę, choć są i fragmenty słabsze czy wręcz niepotrzebne, ale to przecież musi się zdarzyć podczas czterech lat prowadzenia zapisków. Bobkowski pisał o tym, co widział i o czym myślał, a przez kilkadziesiąt miesięcy nie sposób być nieustanie u szczytu formy, czasem potrzeba oddechu i rozrywki. Całość jest jednak niezwykła, zapiski z życia we Francji pod niemiecką okupacją jest tak dalece różna od znanych Polakom wydarzeń z okupacji ich kraju, że czasem trudno uwierzyć, że tak to mogło wyglądać. Najbardziej uderzające są kończące dziennik zapiski z sierpnia 1944 roku, wyzwalany przez Aliantów Paryż w zestawieniu z wykrwawiającą się w powstaniu Warszawą.
Wydawnictwo CiS, 2010
Tyle na temat książki, więcej nie muszę pisać, bo uczynił to w swoim doskonałym a zamieszczonym w charakterze posłowia eseju Roman Zimand. Jest tam dokładnie wszystko, co sam mógłbym i chciałbym napisać, więc nie będę się powtarzał, jest nawet ubolewanie nad faktem, że pisarstwo i postać Andrzeja Bobkowskiego tak słabo są znane. Dodam tylko, że podczas lektury zapisków Bobkowskiego miałem wrażenie, jakby autor wypowiadał moje myśli – ten sam pobożny niemal stosunek do wolności, pochwała indywidualizmu, niechęć do mających uszczęśliwiać całą ludzkość białych, brunatnych, czerwonych i wszelkich innych kolorów ideologii, do wymyślających je inżynierów dusz i magików szczęścia, do superpaństw i super rozwiązań. Bobkowski opuścił Europę i przeniósł się do Gwatemali, bo nie potrafił się w niej odnaleźć, nie akceptował zmian, jakie po wojnie w niej zachodziły. Tam też zmarł, zbyt wcześnie, zapomniany, choć na szczęście nie przez wszystkich.
Jeszcze tylko wyjaśnienie, skąd tytuł tej notatki. Otóż sam autor w jednym z wpisów wspomina, że być może nada właśnie taki tytuł swojemu dziennikowi, jeśli kiedyś go wyda. Zdecydował się jednak na „Szkice Piórkiem”, choć ten pierwszy pomysł wydaje się idealnie pasować do czasów okupacji Francji, które tak wnikliwie opisuje. Polskie, legalne wydanie z 2010 roku było miłą niespodzianką, choć niemal niezauważoną, przynajmniej przeze mnie. Może kiedyś pojawią się kolejne wydania: jego książki, opowiadania i szkice? Chciałbym kiedyś zobaczyć zebrane je w jednym pięknym zestawie pism zebranych, jak działa innych polskich pisarzy. Choć Bobkowski pisarzem sensu stricte nie był. Pisarzem tylko bywał, ale za to jakim!