Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 maja 2017

Za Wysokie Góry

Wysokie Góry Portugalii,
Yann Martel, wyd. Albatros, 2017
To słaba, w mojej oczywiście opinii, książka. To co sprawdziło się w „Życiu Pi" – aluzyjna metafora, zupełnie nie udało się w „Wysokich Górach Portugalii". To co tam było subtelnym nawiązaniem do życia i etyki, tu bywa denerwującą i zgrzytliwą przesadą. Odnosi się wrażenie, że trzy opowieści składające się na całość książki powstawały osobno, a dopiero gdy Martel stwierdził, że niezbyt się udały, połączył je starając się przekonać czytelnika, że mają drugie dno, co w gruncie rzeczy trąci megalomanią.
Czasem po dobrych książkach przychodzą gorsze, to się zdarza nawet największym pisarzom, ale to nie powód, by udawać, że się tego nie dostrzega.
Niemniej, jak zawsze zachęcam do czytania, by się o tym przekonać, lub przekonać mnie  i innych podobnego o książce zdania, że nie mamy racji.

środa, 24 lutego 2016

Salon – pułapka literatury

 Adam Hlebowicz napisał książkę „Pułapka na ptaki”. Poszedłem na spotkanie promocyjne, porozmawialiśmy o wartościach niesionych przez sztukę i to zaprowadziło nas do Malborka, gdzie spotkaliśmy się z Markiem Stokowskim, autorem i wieloletnim nauczycielem muzealnym. W komnatach zamku malborskiego rozmawialiśmy o marnej literaturze i o tym, że o kształcie polskiej sztuki (a książkach przede wszystkim) decyduje salon. Jakoś tak się stało, że ta prowadzona w półmroku i ciszy gotyckiego wnętrza dyskusja przeniosła się przed telewizyjne kamery ustawione na najwyższym poziomie nowego dworca w Sopocie (oficjalna nazwa to bodaj: Centrum Sopot). Czasami rozwój sytuacji zaskakuje.
Salon – nie lubię tego określenia, zawsze miało dla mnie dziwnie podejrzane, spiskowe konotacje. Ale jest w tym coś z prawdy, choć to raczej „spisek” intencji niż zaplanowanych działań. W salonie największe znaczenie mają Bardzo Wpływowi Krytycy (BWK) i Bardzo Ważni Pisarze (BWP) namaszczani przez Bardzo Wpływowych Krytyków. BWK piszą w Bardzo Wpływowych Czasopismach (BWC) i sprawiają, że szukamy w księgarniach książek BWP zrecenzowanych przez BWK. Tak formuje się tzw. główny nurt literacki kierujący się najbardziej aktualnie lansowaną modą. By stać się BWP trzeba pisać zgodnie z nią, choć czasem wbrew sobie. Tak salon staje się pułapką na książki i pisarzy.
Jednak poza BWP opisywanymi przez BWK w BWC istnieje jeszcze inny świat literacki z ogromem ciekawych i wartościowych książek napisanych przez pisarzy, którzy modzie się nie poddają, świadomie skazując się na literacki zaścianek – świat skazany na milczenie, ponieważ jego mieszkańcy piszą unikając wulgaryzmów i pornografii o istotnych dla wszystkich wartościach – stoją po jasnej stronie mocy, choć nie jest ona tak atrakcyjna jak ta mroczna. A my, Adam, Marek i ja, lubimy je czytać i tak sobie wymyśliliśmy, że warto je innym zarekomendować, a aby to zrobić, trzeba jakoś je ujawnić.
Trudno jest w zalewie informacji odnaleźć dobrą literaturę. Śmiem przypuszczać, że w dzisiejszych czasach przepadłyby takie nazwiska literackich gigantów jak Dąbrowska, Sienkiewicz, Prus czy Reymont. Nie epatowali niepotrzebną przemocą i seksem (podkreślam słowo – niepotrzebną, bo istnienie przemocy i seksu dostrzegamy), ich bohaterowie nie przeklinali, a autorzy pisali o tak niemodnych i nudnych sprawach jak dobro, miłość, rodzina czy patriotyzm (skandal!). Ale wierzymy, że nie jesteśmy jedyni, którym taka beletrystyka się nadal podoba.

To taki nasz pomysł, pisać i prezentować dobre książki, inne książki, te spoza głównego nurtu. Jeszcze nie wiemy jak i gdzie, ale pomyśleliśmy, że najważniejsze, to wiedzieć z kim. Zaczęliśmy od informowania o naszym pomyśle. Nie wiemy, ile osób podzieli naszą opinię i co z tego wyjdzie, ale zaczęły już trafiać do nas pierwsze sygnały wsparcia i gotowości do współpracy. Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to z doświadczenia wiem, że i tak zaowocuje to odnowieniem starych i nawiązaniem nowych znajomości, a co za tym idzie wymianą informacji. A to też dużo. Jeśli dodatkowo kilka osób odkryje kilka innych i wartościowych książek, to już będzie to jakiś sukces.

środa, 7 października 2015

Lubię gazety

 Kolega, znaczący i sympatyczny biznesmen, jeden z twórców znanej każdemu polskiej marki, opowiedział mi niedawno pewną historię, która jest znamienna dla naszych gwałtownie zmieniających się technologicznie czasów. Otóż często podróżował samolotami, jak na niego przystało, klasą biznesową i na drogę zabierał ulubione gazet. W przedziale ludzi biznesu wszyscy pogrążeni byli podczas podróżny w lekturze gazet. „I nagle rok temu – wspominał kolega przy kawie – zorientowałem się, że tylko ja siedzę z papierową gazetą! Wszyscy wokół trzymali tablety. Poczułem się jak dinozaur i miałem wrażenie, że wszyscy przyglądają mi się z politowaniem. Pierwsze co zrobiłem po powrocie, to kupiłem podobne urządzenie. Teraz tylko z nim podróżuję i już nie jestem passe – roześmiał się”.
A ja lubię gazety. Takie zwykłe, tradycyjne, papierowe, pachnące drukarską farbą, zarówno codzienne jak i te rzadziej się ukazujące. I ta sympatia do nich już chyba ze mną zostanie na zawsze. W dobie wszechobecnego Internetu noszonego ze sobą w tabletach, smartfonach i wszelkich innych urządzeniach wkładanych do toreb, torebek i kieszeni, a nawet zakładanych na głowę jak czapka czy okulary, trudno jest wytłumaczyć tę sympatię do tych reliktów minionej epoki. Sam na co dzień nie tylko korzystam z udogodnień, które oferują nowoczesne urządzenia do komunikacji prywatnej i publicznej, ale i doceniam ich niecodzienne możliwości, czasami takie, które trudno było sobie wyobrazić jeszcze kilkanaście lat temu. Nie unikam, akceptuję, nadążam za ich zmianami, ale pomimo całej otaczającej je aury nowoczesności i postępu, nie czuję w nich magii, a jedynie praktyczność i użyteczność. Moim zdaniem prawdziwy czar emanuje z papieru i drukarskiej farby, tego niezwykłego połączenia dwóch zwykłych rzeczy.
Czasopisma towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Pominę podsuwane mi w dzieciństwie tytuły, które mało kto już dziś pamięta, pominę te, które we wczesnej młodości sam wybierałem, choć było ich sporo, bo zmieniały się wraz z moim dorastaniem i zainteresowaniami. Wspomnę tylko, że gazety towarzyszyły mnie i memu pokoleniu codziennie. Niemal każdy Polak (do połowy lat dziewięćdziesiątych, gdy zaczęła się informatyczna rewolucja) zaczynał dzień od zakupu w kiosku jakiegoś lokalnego dziennika (w Trójmieście ukazywały się trzy, dwa poranne, „Dziennik Bałtycki” i rozsławiony piosenką Czerwonych Gitar „Głos Wybrzeża”, oraz popołudniówka „Wieczór Wybrzeża”), a wielu miało też swoje ulubione tygodniki. Absolutnym przebojem kobiecym była „Przyjaciółka”, która cieszyła się tak wielką popularnością, że pomimo ogromnego nakładu (podobno w czasach PRL-u drukowana nawet trzy miliony egzemplarzy) trzeba było prosić w kiosku o jej odłożenie, bo znikała zaraz po dostarczeniu do sprzedaży. Dużą popularnością cieszył się „Przekrój”, prekursor dzisiejszych tygodników społeczno-politycznych. Miłośnicy żartów i satyry mogli sięgnąć po nieco prostacką „Karuzelę” lub bardziej wyrafinowane „Szpilki”, znaczny mieli też miłośnicy czasopism tematycznych, a i innych tytułów było sporo. Ich sprzedaż wzrastała w okresach świątecznych, gdy wzrastała ich objętość i zakres tematów. Stefan Kisielewski świątecznej przyjemności lektury poświęcił przynajmniej dwa felietony w „Tygodniku Powszechnym”.
O prasie z tamtych czasów, sprzed upadku komunizmu i internetowej rewolucji, można napisać całe tomy, a każdy mógłby dorzucić kilka swoich ulubionych tytułów. Miałem je i ja, a było ich tak dużo, że nie sposób przytoczyć wszystkich. Począwszy od lat szkoły średniej zaczynałem kupować jedne, a porzucałem inne. Pamiętam znakomite pismo popularno-naukowe „Problemy”, które nie stroniło też od literatury, a nawet odważało się publikować traktowaną wtedy jeszcze nieco pogardliwie literaturę science-fiction. Lubiłem reżimowe „Literaturę” i „Kulturę” ze względu na ukazujące się tam teksty wielu znakomitych pisarzy (Redliński, Głowacki, Kapuściński, Grochowiak, Bratny, Mętrak i wielu innych – ich losy najróżniej się potem potoczyły), którzy mieli akurat łaskawe przyzwolenie na publikowanie w kraju (niektórzy postawą ideową sprzyjającą marksizmowi kupowali sobie tę łaskę). Pamiętam redagowany w Gdańsku „Czas”, który zaczął się ukazywać w 1975 r. i od razu zdobył znaczną popularność i, na ile mógł, na tyle starał się dystansować od socjalistycznej propagandy. Niezastąpiona była „Literatura na Świecie”, pozwalająca chociaż odrobinę zbliżyć się do tego, co pisano poza granicami moskiewskiego imperium zwanego „krajami demokracji ludowej”.
Była jednak wśród czasopism niewielka półka wydawana przez niegodnych pełnego zaufania, bo ideowo odległych katolików, do takich należały miesięczniki „Więź” i „Znak”. Były to pisma niszowe, niskonakładowe, trudno dostępne, choć bardzo interesujące dla wyrobionych bardziej czytelników. Ale wśród nich był jeden będący absolutnym fenomenem „Tygodnik Powszechny”. Pomimo różnorodnych przygód z czasów stalinizmu przetrwał i potrafił przemycać treści i informacje, których próżno byłoby szukać w innych pismach. Tam przypominano o rocznicach i postaciach nieobecnych w reżimowej prasie, poruszano tematy dla władzy niewygodne, dla narodu pamiętne. Cenzura miała pełne roboty ręce, cięła jak mogła, ale publicyści „Tygodnika” osiągnęli szczyt aluzyjnej finezji słowa i treści, wypracowali prawdziwe mistrzostwo skojarzeń. To, co dla nieświadomych toczącej się podskórnie walki o prawdę było banalną opowieścią o najzwyklejszych sprawach, o gotowaniu, przyrodzie czy czymś tam jeszcze, dla wyrobionych i czujnych odbiorców było czytelnym przekazem, satyrą, kpiną z reżimowej propagandy i zakłamanej wersji wydarzeń. Między publicystami a czytelnikami tworzyła się nić porozumienia, szczególny język przekazu, wobec którego bezsilne były nożyczki cenzorów. Tak było w latach osiemdziesiątych, gdy po raz pierwszy na tygodnik ten trafiłem, tak było też potem, choć na jakiś czas zakazano jego wydawania z chwilą wprowadzenia stanu wojennego. W latach osiemdziesiątych, gdy władza zezwoliła po pierwszych największych restrykcjach na ukazywanie się pisma (rok 1982), jego kupienie bez znajomości nie tyle graniczyło z cudem, tylko nim było. W kręgach opozycyjnych nie wypadało nie wiedzieć, co Tygodnik pisał, ani który tekst spotkał się z ingerencją cenzury. Ostentacyjnie Tygodnik się nosiło pod pachą bądź rozkładało w kolejce, by wszyscy widzieli, po której się jest stronie. Czytanie „Tygodnika Powszechnego” było dumą i przywilejem, tak jak pisanie do niego. Autor, którego tekst się tam ukazał, natychmiast awansował w hierarchii ważności! Jak wiele temu tytułowi zawdzięcza dzisiejsza wolna Polska, warto zachować w pamięci i przekazywać kolejnym pokoleniom.
Był jeszcze jeden tytuł z tamtych czasów o którym koniecznie wypada wspomnieć, narodził się z solidarnościowym ruchem po strajkach z sierpnia '80. Został wywalczony jako oficjalny organ związkowy, ale tak naprawdę był głosem wolnej Polski w okresie kilkunastu miesięcy „wiosny”, jak nastała między sierpniem '80 a grudniem '81. Chodzi oczywiście o tygodnik „Solidarność”. Jego redaktorem naczelnym został Tadeusz Mazowiecki, wcześniejszy redaktor „Więzi”. Pismo od razu stało się poszukiwane, ciekawe, niemal jawnie opozycyjne. Cenzura, jak i pozostałe reżimowe służby, nie była pewna, jakie władza wypracuje stanowisko w stosunku do nowego dziesięciomilionowego ruchu „Solidarność” (a w rzeczywistości mającego jeszcze większe poparcie), więc pozwalała redaktorom na znacznie więcej niż przed strajkami. Niestety, tamten tygodnik „Solidarność” ukazywał się tylko rok, ale to i tak wystarczyło, by Polakom zaostrzyć apetyt na wolność.
Żródło: Wikipedia
Prawdziwie niezapomnianą dla mnie chwilą było spotkanie z przemycanymi do Polski polskojęzycznymi czasopismami wydawanymi na Zachodzie i pismami drugiego obiegu, które zaznaczać zaczęły swoją coraz silniejszą obecność w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Z mającą największe znaczenie „Kulturą” wydawaną w Paryżu przez Jerzego Giedroycia zetknąłem się dosyć późno, bo dopiero w 1978 roku. Było to duże zachodnie wydanie, nie to pisane drobnym maczkiem na bibułkowym papierze, by łatwiej było je ukryć w bagażach przed czujnym okiem celników. Pożyczył mi ją kolega, który miał jakieś tajemnicze kontakty o które wolałem nie pytać, a ja zauroczony czytałem ją do rana starając się nie pominąć żadnego słowa łącznie z listą wspierających i redakcyjną stopką. Tak zmienił się mój świat i wydawane oficjalnie gazety stały się już tylko surogatem w stosunku do tych, które były zakazane. A wraz z nowymi pismami wkroczyły w moje życie nowe nazwiska nieznanych mi dotąd autorów: Herling-Grudziński, Gombrowicz, Miłosz, Mackiewicz, Czapski, Sołżenicyn i wielu innych. Z wydawanych w kraju w drugim obiegu trafiał mi czasem w ręce „Puls”, to w nim chyba po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Jerofiejewa czy Kundery.
Po wprowadzeniu stanu wojennego rozmnożyły się wydawane poza Polską tytuły, a niektóre rodem z Polski poza granicami kontynuowały działalność. Do najciekawszych i najważniejszych były powstałe w Paryżu z inicjatywy m.in. Stanisława Barańczaka „Zeszyty Literackie”.

I jak tu nie kochać tradycyjnych czasopism? Do dzisiaj mnie fascynują, przyciągają jak magnes, kuszą! Mam takie dni, gdy po prostu idę do empiku, wybieram kilka i czytam przez następne dwa tygodnie w wolnych chwilach. I nie chcę tego zmieniać.

niedziela, 3 maja 2015

Literatura obca (niektórym)

 W porze lunchu wszedłem niedawno do Galerii Bałtyckiej i nie powstrzymałem się od wizyty w Empiku oraz księgarni Matras. Podczas takich wizyt grzebię w leżących na stojakach i poupychanych w regałach książkach raczej z przyzwyczajenia, niż w nadziei znalezienia czegoś niezwykłego. To już od dawna nie te czasy, gdy książki sprzedawano nie tylko po to, by zarobić, ale również dlatego, że się je lubi, a tym samym coś na ich temat wie. Doświadczenie ostatnich lat nauczyło mnie, że prawdziwie wartościowe pozycje trafiają do księgarń dopiero na zamówienie, a na co dzień krzyczą w nich kolorowymi okładkami tylko te najczęściej reklamowane i najbardziej znanych autorów. Innymi słowy mnogość książek, a niedostatek literatury (choć absolutnie nie mam zamiaru dyskredytować literatury popularnej, którą uważam za doskonałą rozrywkę, ale przecież nie samym chlebem człowiek żyje). Podczas gdy przeglądałem regały, jedna z pań zapytała mnie uprzejmie, czy może w czymś pomóc? Odparłem równie grzecznie i zgodnie z prawdą, że nie, że tylko się przyglądam, ale bardzo dziękuję. I przesuwałem się dalej wzdłuż półek najpierw literatury pięknej polskiej, jak głosiły napisy na regałach, potem literatury równie pięknej, ale obcej, na których ani tytuły ani nazwiska niewiele mi w większości mówiły. Aż w którymś momencie wzrok mój padł na książkę z widocznym na grzbiecie tytułem: „Sklepy cynamonowe”. Przetarłbym pewnie oczy ze zdumieniem, gdybym nie nosił okularów, ale na wszelki wypadek raz jeszcze spojrzałem na umieszczoną na regale tabliczkę – nie przywidziało mi się, napis głosił, że stoję przed regałem z literaturą obcą. A bo to jednemu psu Burek? – przypomniałem sobie ludowe powiedzenie i by się upewnić wyjąłem tomik i na wszelki wypadek sprawdziłem autora, bo przecież, choć to mało prawdopodobne, jakiś obcokrajowiec mógł napisać książkę o takim samum tytule. Ale, jak się należało spodziewać, był nim nadal Bruno Schulz.
Bruno Schulz miał żydowskie pochodzenie, ale nie to zadecydowało. Kosiński też był pochodzenia żydowskiego, a na półkę literatury obcej nie trafił. Po prostu pani z księgarni nic to nazwisko nie mówiło, a obco brzmiało, więc powędrowało tam, gdzie jej zdaniem było jego miejsce. Była to w istocie literatura obca, obca jednak tylko pani ekspedientce, która ją tam umieściła. Zgroza!

środa, 9 kwietnia 2014

Wilcze legowisko

 Dwa dni temu przyszła do mego syna Maćka opasła przesyłka pocztowa, jak się okazało, cała wypełniona wydanymi w 2014 roku książkami, które dostał w wyrazie uznania, za swą recenzyjną aktywność na jakimś portalu internetowym związanym z grami komputerowymi. Było tego kilkadziesiąt tomów, istna wydawnicza mieszanina romansów, kryminałów, powieści historycznych, monografii, pseudo-psychlogicznych dociekań i czegoś tam jeszcze, czego nie zdążyłem przejrzeć, bo nim wróciłem do domu, moja córka Marta dokonała pierwszej selekcji i co cenniejsze jej zdaniem pozycje zabrała do siebie. Ale i w tym co pozostało zanurzyłem się z przyjemnością, z jaką zwykłem gmerać na księgarskich półkach. To jedno z najprzyjemniejszych zajęć i zawsze towarzyszy temu dreszcz emocji w oczekiwaniu na to, czy uda się wyszperać coś, co pozwoli zapełnić kilka najbliższych wieczorów przyjemnością lektury. Kilka chwil potem ustawiłem w podręcznej biblioteczce niemal dziesięć tytułów, by mieć je w zasięgu ręki, gdy znużony pracą zamknę pokrywę laptopa.
Wyd. Noir sur Blanc, 2014, stron 202
Wśród nich znalazła się książka szczególna, za której lekturę zabrałem się od razu, Szczególna z dwóch przynajmniej powodów: po pierwsze – autorstwa Mariusza Wilka, którego miałem okazję poznać i z nim pracować w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia; a także dlatego, że jak poprzednio, wiodącym jej tematem, choć nie jedynym, jest Rosja, która ostatnio, w świetle wydarzeń na Ukrainie, gości nieustannie na pierwszych stronach gazet i portali internetowych.„Dom włóczęgi”, bo taki tytuł nosi siódma już książka Mariusza Wilka (ósma, wliczając „Konspirę”, której był współautorem), jest jednak nieco inna od poprzednich, nie tyle stylem czy zakresem tematów w niej poruszanych, co wewnętrzną przemianą autora, a tym samym zmianą jego stosunku do otaczającej go rzeczywistości. Na czym ona polega i dlaczego nastąpiła? Odpowiedź jest prosta w sferze przyczyn (o czym za chwilę), ale istotna w przestrzeni prozatorskiego skutku, a tym samym słów, jakimi Mariusz przestrzeń opisuje – „Dom włóczęgi” jest refleksyjno-nastrojowy, wyczuwa się w nim poczucie upływu czasu. Autor zaczął odczuwać świadomość nieuchronnego procesu starzenia się. Nie jest to na razie brzemię, nie doskwierają mu jeszcze fizyczne dolegliwości (lub nie na tyle, by o nich wspominać) czy brak energii. To raczej świadomość nieodwracalnych zmian świata, który od dwudziestu lat opisuje. A ta świadomość zmienia optykę jego prozy, stała się ona nieco sentymentalna i osobista, refleksyjna bardziej niż buntownicza. Mariusz nadal jest bystrym obserwatorem, ale już nie rzuca się jak dawniej na każdy aspekt rzeczywistości z którym się nie zgadza, jak wilk na ofiarę. Raczej porównuje, przymierza teraźniejszość do przeszłości (bądź odwrotnie). Jest bardziej wyrozumiał a jego pisanie delikatniejsze.
Ale jak się stało, że wieczny buntownik wyczulił się tak na upływ czasu i tak się uwrażliwił?
Mariusza romans ze słowem pisanym zaczął się wraz z początkami demokratycznych przemian, gdy jako dziennikarz współredagował podziemny „Biuletyn Dolnośląski”, a potem, już jako redaktor naczelny, jedno z najważniejszych pism nowo narodzonego ruchu społeczno-związkowego, czyli Biuletyn Zarządu Regionu Gdańsk „Solidarność”. W latach osiemdziesiątych przyszedł czas na książkę „Konspira” (współautorami byli Maciej Łopiński i Zbigniew Gach), która była cyklem wywiadów przeprowadzonych z ukrywającymi się przywódcami podziemnej „Solidarności”. Po 1989 roku wrócił do dziennikarstwa, pisywał m.in. w „Gazecie Gdańskiej” i tygodniku „Młoda Polska”. W 1991 roku ukazała się jego niewielka, lecz pierwsza autorska książka, będąca owocem pobytu w Stanach Zjednoczonych, „Black'n Red”, która nie została zauważona w zasadzie ani przez czytelników, ani krytyków. Wreszcie, latem 1991 roku, Mariusz Wilk wyjechał do Moskwy jako korespondent relacjonujący wydarzenia związane z puczem Janajewa i... słuch o nim zaginął. „Gazeta Gdańska”, której był korespondentem, została niedługo potem zamknięta, a my zastanawialiśmy się, co się z nim mogło stać?
Jakiś czas potem, nie pamiętam, czy były to trzy lata, czy cztery, objawił się jako dojrzały i interesujący pisarz na łamach paryskiej „Kultury”, gdzie zaczął zamieszczać swoje teksty. Jak się okazało, lata swojego „nieistnienia” poświęcił na podróże po Rosji, czy raczej krajach byłego ZSRR, pilnie obserwował i notował wszystko, co zmieniało się w upadającym i rodzącym się na nowo imperium niegdysiejszych carów i genseków. Zaniosło go na Syberię, gdzie odwiedził miejsce po dawnych gułagach, czy do Czeczeni, gdzie spotkał się z islamskim watażką Szamilem Basajewem. Swoje wrażenia z odwiedzonych miejsc i spostrzeżenia opisywał w piśmie redaktora Giedroycia, który jako pierwszy docenił ich wartość. Osiadł na jakiś czas Wyspach Sołowieckich Morza Białego, aż wreszcie, w roku 1998, ukazała się jego pierwsza obszerna książka nosząca tytuł „Wilczy notes”, która spotkała się z przychylnym przyjęciem tak czytelników, jak i literackiego salonu. Tak Mariusz Wilk, dotychczasowy redaktor i wagabunda, stał się pisarzem.
Tamto wydarzenie miało miejsce szesnaście lat temu. Choć liczył już sobie ponad czterdzieści lat, wciąż burzyła mu krew wilcza, buntownicza natura, skłonność do przygód i włóczęgostwa. Kolejne jego książki były zapiskami wędrowca, najlepiej czuł się w drodze, w pogoni za kimś, nawet duchami przeszłości, czy za czymś. Wciąż wydeptywał, jak sam to lubił nazywać, kolejną tropę (ścieżkę), która wiodła go na krańce wschodniej Europy czy Azji, do miejsc, o których nabywcy jego książek lubili czytać, ale w które niechętnie by się sami zapuścili. Miało się wrażenie, że najbliższym domem było mu ognisko w tajdze, nad którym opiekano schwytanego w sidła łabędzia i każdy jego kęs popijano stakanem „szyła” (czytelnicy wiedzą, co to za specyfik). Jego opowieści niosły tchnienie dalekiej Północy, były tęsknym wilczym zewem za nową przestrzenią, w której jeszcze go nie widziano. Chata na Sołowkach, w której zakotwiczył na kilka lat, była bazą wypadową, miejscem z którego wyruszało się po nowe wrażenia, a powrocie zostawało na jakiś czas, by ochłonąć i nabrać sił przed kolejną wędrówką. Aż do teraz.
W życiu Mariusza coś się zmieniło i nie wiązało się to wyłącznie z przeprowadzką nad jezioro Oniego (używam za Mariuszem tej nazwy, choć w polskich encyklopediach funkcjonuje jezioro Onega). Barwnie opisywał swoje nad nim początki w tekście „Dokończyliśmy dzieło Lenina” (dlaczego Lenin i jego dzieło, zawsze można sprawdzić we wcześniejszych książkach), ale na razie jeszcze nic nie zapowiadało zmiany. To, co odmieniło duszę włóczęgi nadeszło później, a znane jest i nazwane – miłość. Ale ta miłość, która ma rumianą buzię i drobne nieporadne rączki. Miłość Mariusza nosi imię Martusza i w chwili gdy kończył ostatnią książkę, miała cztery lata. Wilk został ojcem i uczucia, które się w nim obudziły, zaskoczyły chyba najbardziej jego samego. A potem odmieniły jego życie i sposób postrzegania rzeczywistości.
Trzy lata temu, gdy spotkałem się z Mariuszem podczas jednej z jego wizyt w Polsce, wszystko na pierwszy rzut oka wydawało się być jak dawniej, był już nieco nasączony alkoholem, mówił tylko po rosyjsku (co mnie irytowało), uszczypliwie odnosił się do innych, nawet tych, z których gościny korzystał, choć mnie, nie wiem dlaczego, traktował z większą atencją. Wypisz wymaluj Wilk w całej krasie, ale gdy spytałem, co się zmieniło, bez wahania i z błyskiem w oku, który bez wątpienia nie był odbiciem w źrenicach płomienia zapalniczki, odpowiedział: doczka.
Do doczki wracał potem podczas rozmowy jeszcze wielokrotnie, doczka była najważniejsza, nic innego się nie liczyło. Powiedziałbym nawet, wszystko inne przeszkadzało, gdy nie nawiązywało do jego córki.
Doczka zmieniła perspektywę Mariusza w postrzeganiu świata, w zasadzie zmieniła wszystko. Doczka przyniosła mu świadomość przemijania, upływu czasu i refleksję nad własną przeszłością. A co za tym idzie, wymusiła na nim to, co najbardziej w zapisach dziennikarskich lubię, chwilę zadumy nad tym, czego się doświadczyło, a co minęło, i próbę ponownej oceny własnego do tamtych wydarzeń stosunku. Dzięki Martuszce, Mariusz rozpoczął, na razie nieśmiały, rachunek sumienia, bilans życia i dokonań. A co ważniejsze, zaczął weryfikować swoje sądy wyrażane we wcześniejszych książkach. Inaczej mówiąc, zaczął się pozbywać egocentryzmu, a nabywać empatii.
Mariusz uświadomił sobie, że tkwi, jak nasze całe pokolenie, bez względu na bagaż doświadczeń, na pograniczu epok, tamtej komunistycznej, i tej kapitalistycznej. Tkwimy wspomnieniami w świecie, który przeminął, a żyć musimy w tym, który po nim nastąpił. Ten pierwszy od tego drugiego różni się niebotycznie i pod tym względem pokoleniem jesteśmy wyjątkowym.

Zapełniłem trzy strony maszynopisu, to za dużo jak na blogowy wpis, ale niech tak już zostanie, nie będę skracał, nie będę jednak także przedłużał. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz wrócę do twórczości Mariusza.