Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 lutego 2018

Trójmiasto nie tylko po północy


Jest po północy, jak zwykle zerknąłem na naszą elektroniczną stację meteorologiczną, na naszym balkonie jest nieco ponad dwa stopnie powyżej zera, choć nocą zapowiadają nawet dwa poniżej. W Sopocie zimą jest zawsze cieplej, zwłaszcza u nas, plażę mamy kilkaset metrów za oknem, a morze zimą ogrzewa i łagodzi, choć czasem potrafi też otumanić gęstą mgłą. Życie między morenowymi wzgórzami i Zatoką zmienia perspektywę, nie tylko klimatyczną, również społeczną, kulturalną i polityczną. Do tego wniosku dochodziłem latami, bo musiałem odszukać dowodów na to w swojej przeszłości a potem to sobie uświadomić. Na zachód od naszego domu, sto metrów wyżej i dwa kilometry dalej wszystko się zmienia, jest zimniej i dłużej zalega śnieg. To zawsze mnie zaskakiwało, gdy nieco dłużej nie wjeżdżałem do dzielnic takich jak Wielki Kack w Gdyni czy Osowa w Gdańsku. Sopot nie ma dzielnic leżących na wyniesieniu, tam jest już tylko las.
Podobnie spory zdawały mi się zawsze łagodnieć w Sopocie, łatwiej było godzić stanowiska, te polityczne także. Przynajmniej do niedawna, bo ostatnimi laty chyba coś się zmieniło i nawet tutaj ludzie przestali sobie podawać ręce, a jeśli to czynią, to potem już nie idą razem na piwo jak dawniej, tylko niosą w sobie tę zapiekłą złość na siebie, która zalała i podzieliła Polskę. Podtrzymuję kontakty z jednymi i drugimi, ale wspólnie nie biesiadujemy. Czasem zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że tyle kiedyś robiliśmy rzeczy wspólnie? No tak, tłumaczę sobie, to było przecież trzydzieści lat temu i jeszcze dawniej, więc wszystko wyblakło w pamięci: studia, sierpniowe strajki, NZS, uczelniany samorząd… kto o tym teraz pamięta?
Gdy w roku 1983 przeprowadziłem się do Sopotu, mając za sobą kilkunastoletnie okresy zamieszkiwania w Gdyni i w Gdańsku, Sopot wydał mi się spokojny, nobliwy i dostatni, jak na tamte smutne komunistyczne czasy rzecz jasna. Ale to tylko pozory, bo przecież sami wnosiliśmy weń ferment, który przypisywany był potem Gdańskowi. Gdy w oku 1979 zaczynałem studia ekonomiczne w Sopocie, był to wydział należący do Uniwersytetu Gdańskiego; gdy w na sopockich wydziałach prowadziliśmy strajk w roku 1981, a tych wydziałów były tam wtedy aż trzy, dwa ekonomiczne oraz prawa i administracji, wszystko szło na konto Gdańska. Gdy po wprowadzeniu stanu wojennego w Sopocie drukowaliśmy ulotki i gdy je rozrzucaliśmy na uczelni, mówiono o działalność opozycyjnej studentów uniwersytetu w Gdańsku.
Sopot był jednak znaczący nie tylko dla nas, także dla władzy, chociaż nie wiem dokładnie, dlaczego. Ot, dla przykładu, gdy w 30 kwietnia roku 1982 przeprowadzano i w Gdyni, i w Gdańsku przeszukania w domach członków NZS, zatrzymanych przewieziono na posterunek w Sopocie i tam przetrzymywano.
Nie inaczej było ze światem przestępczym. Gdy w latach dziewięćdziesiątych panoszyły się w Polsce gangi czy mafie (w polskiej skali), w tym najbardziej znane pruszkowska i wołomińska, Sopot na podstawie niepisanej umowy miał być miejscem azylu, w którym gangsterskich porachunków nie wolno było załatwiać.
No i, co jest nie bez znaczenie, w Sopocie urodziła się, wychowała moja żona. Tym samym nie sposób zaprzeczyć, że w tym niewielkim, bo liczącym sobie niespełna czterdzieści tysięcy mieszkańców mieście wciśniętym między Gdańsk, Gdynię, morze i morenowe wzgórza jest coś wyjątkowego, szczególnie dla mnie. A takich ludzi, urodzonych i mieszkających w Sopocie, jest garstka, bo w 1960 czy 1961 roku zamknięto w Sopocie szpital i tym samym wydział położniczy i od tego czasu sopockie dzieci rodzą się albo w Gdyni, albo w Sopocie. Nie inaczej było z naszymi.
Sopot jest inny, bo choć bywa w nim tłoczno (już nie tylko latem), choć przemykają przezeń gnające między Gdańskiem i Gdynią samochody, zachował coś z atmosfery nobliwego kurortu. Łatwiej to zauważyć poza sezonem i nieco w bok od ulicy Bohaterów Monte Cassino, czyli Monciaka, jak ten najbardziej znany w Polsce deptak nazwali mieszkańcy. I zawsze, tak przed wojną, gdy był częścią autonomicznego obszaru Wielkiego Miasta Gdańska, tak i teraz, ciąży bardziej do Gdańska niż Gdyni, ale nie ze względu na swą niechęć do pierwszego wielkiego portu Drugiej Rzeczpospolitej, co raczej ze względu na wciąż wyczuwalną atmosferę konkurowania Gdyni z Gdańskiem. Gdynia, choć to nieco absurdalne, ma kompleks Gdańska, bo jest większy, bardziej znany, częściej odwiedzany, a co gorsza, gorsza bo tej przepaści nie da się zasypać, Gdańsk starszy jest od Gdyni o jakieś... dziewięćset pięćdziesiąt lat. Mnie to nie przeszkadza, do granicy z Kolibkami, najbardziej na południe położonej dzielnicą Gdyni, mam jakieś sto metrów, często jeżdżę tam na zakupy. W Gdyni się urodziłem i spędziłem pierwszych piętnaście lat, ale w Gdańsku nie tylko mieszkałem, przede wszystkim pracuję tam przez całe swoje życie, czyli od chwili, gdy podjąłem pierwszą stałą pracę. Dla mnie to był i będzie jeden organizm, Trójmiasto, moja mała ojczyzna.

czwartek, 19 grudnia 2013

Grudzień 1970 oczami dziecka

 Siedemnastego grudnia 1970 roku miałem jedenaście lat i z samego rana szykowałem się, by pójść do szkoły. Mieszkaliśmy wtedy w Gdyni, a z okien kuchni mieliśmy rozległy widok na gdyński port i stocznię. Zanim się ubrałem, rozległ się dzwonek u drzwi – to był mój wujek,który mieszkał na Grabówku i pracował w Stoczni Remontowej w Gdańsku. Oznajmił, że nie udało mu się dotrzeć do pracy, bo nie jeździ komunikacja miejska, a w okolicach przystanku SKM Gdynia-Stocznia gromadzą się grupy gdyńskich stoczniowców portowców, którym wojsko odgrodziło drogę do zakładów pracy. Chwilę potem, pomimo zamkniętych okien, dobiegły nas odgłosy strzelaniny.
Wszyscy podeszliśmy do okna w kuchni i naszym oczom ukazał się prawdziwy horror: tłumy ludzi biegały chaotycznie po torowisku między peronem kolejki i ul. Morską (wówczas Czerwonych Kosynierów), nie wiedząc, gdzie się podziać. Chwilę potem nadleciały helikoptery. Najpierw posypały się z nich ulotki, a zaraz potem pojemniki z gazem łzawiącym. Oczywiście, babcia zabroniła mi iść do szkoły. Zazwyczaj bym się z tego ucieszył, ale tego dnia nie czułem radości. Siedziałem z wujkiem przy oknie i obserwowałem wydarzenia, niekiedy przemywając wodą łzawiące oczy, bo snujący się po ulicy i podwórku gaz przeciskał się do mieszkania.
To był dramat, którego nie potrafiłem pojąć, takie rzeczy zdarzały się tylko w filmach lub książkach o przeszłości. Wprawdzie sąsiedzi ubiegłego wieczoru opowiadali o wydarzeniach w Gdańsku, ale co innego słuchać, a co innego zobaczyć. A to się działo tu i teraz, na moich oczach. Zza okna wiało grozą, snujący się biały dym, odgłosy strzelaniny, warkot helikopterów... Od czasu do czasu przemykały w stronę dworca samochody osobowe z wywieszonymi przez okno zakrwawionymi fragmentami materiału, na znak, że wiozą rannych. Gęstniejący na ul. Czerwonych Kosynierów tłum rozstępował się przed nimi.
Źródło: http://www.grudzien70.ipn.gov.pl
Tłum narastał, sięgał schodów do kościoła św. Rodziny, a dzieliło je od wejścia na peron dobrych kilkaset metrów. Nagle wśród tłumu nastąpiło poruszenie, zza narożnika kamienicy, który przesłaniał mi widok na część ulicy, wyłoniła się grupa ludzi z drzwiami na ramionach, na których leżało ciało mężczyzny. Ludzie rozstępowali się przed nimi, a potem ruszali w ślad za tymi, którzy nieśli zwłoki Zbyszka Godlewskiego (bardziej znanego pod nazwiskiem Janka Wiśniewskiego z powstałej potem piosenki).Takiej liczby ludzi w jednym miejscu chyba wcześniej nie wiedziałem. Później dowiedziałem się, że ten osobliwy kondukt uformowany z setek czy nawet tysięcy ludzi, dotarł aż pod Urząd Miejski.
Tak zapamiętałem ostatnie dni mojego jedenastego roku życia, obraz z mojej historii, który stał się historią Polski a nawet symbolem oporu przeciw komunizmowi.
Kilka lat później przeprowadziliśmy się do Gdańska, potem do Sopotu, ale ilekroć wracam w tamto miejsce, wracają sceny z poranka 17 grudnia 1970 roku. A wraz z nimi zwrotki piosenki:

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni,
dzisiaj milicja, użyła broni,
dzielnieśmy stali, celnie rzucali,
Janek Wiśniewski padł.

Na drzwiach ponieśli, go Świętojańską,
naprzeciw glinom, naprzeciw tankom,
Chłopcy stoczniowcy, pomścijcie druha,
Janek Wiśniewski padł.


Urodziłem się i wychowałem na Grabówku, o tym też nie zapomnę.