Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sopot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sopot. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 lutego 2018

Sopot – stronnicze i wybiórcze uzupełnienie


Tekst o Trójmieście to fragment prowadzonych przeze mnie zapisków, który tylko z kaprysu postanowiłem zamieścić w Salonie24, ale ku memu zaskoczeniu wzbudził spore zainteresowanie, wypada więc, bym uzupełnił go odpowiadając na zamieszczone uwagi, a jednocześnie dodać kilka zdań o mieście, w którym przyszło mi mieszkać już ponad trzydzieści lat. Szkoda tylko, że nawet przy zdawałoby się zupełnie neutralnym tekście, zamieszczane uwagi nie zawsze wolne są od niewłaściwych emocji. Dlatego lat temu kilka przerwałem zamieszczanie publicznych wpisów i chyba była to słuszna decyzja. Teraz jednak do rzeczy, ale że nie zamierzam i nie jestem w stanie wyczerpać tego tematu, z góry proszę o wybaczenie tych mieszkańców, którzy poczują się zawiedzeni faktem, że nie wspomnę o miejscu, w którym mieszkają.

Widok na Sopot znad Stadionu Leśnego
Przede wszystkim Sopot to nie tylko Monciak, molo, plaża i nadmorski park (czy raczej parki), z którymi kojarzą to miasto turyści i sezonowi przybysze. W tych miejscach bywam raczej rzadko, głównie wtedy gdy ktoś przyjeżdża w odwiedziny bądź gdy umawiam się gdzieś w lokalu ze znajomymi. Mam tam zresztą kilka moich ulubionych i nie przypominam sobie, by gdziekolwiek i kiedykolwiek działo się coś złego, jak zwykle postrzeganie jakiegoś miejsca z perspektywy prasowych doniesień dalekie jest od rzeczywistości. Ale, oczywiście, nikogo kto Sopotu nie chce polubić nie będę przekonywał do przyjazdu ani udowadniał, jak wiele dzieje się tu rzeczy, które zaspokoić najbardziej wybredne gusta. Ale to ta część Sopotu, która tętni życiem, czasem hałaśliwym, ale taki jest los miejsc modnych i, czy się to podoba czy nie, to dzięki temu płyną do kasy miejskiej pieniądze.
Do większości miejskich dzielnic turyści się rzadko zapuszczają i chyba ich mieszkańcy tego nie żałują. Większość z nich jest położonych malowniczo, bo w zasadzie  w Sopocie mieszka się albo blisko morza, albo blisko morenowych wzgórz, albo, jak w moim przypadku, i jednego i drugiego. Niektóre położone są niżej, inne wyżej, co jednak nie zmienia faktu, że rozciągają się raczej u podnóża wzgórz, a nie na wysoczyznach – mam tu na myśli dzielnice Gdyni i Gdańska położone w okolicach trójmiejskiej obwodnicy (Karwiny, Dąbrowa, Osowa, Matarnia czy nawet Morena i Niedźwiednik, wyliczając tylko niektóre). Wspomniana ulica Mickiewicza w Górnym Sopocie rozciąga się malowniczo, ale jednak u stóp okalających ją wzgórz, w tym Łysej Góry. Dzielnica rzeczywiście wyjątkowa, z pięknie położonym kościołem św. Bernarada, lekkoatletycznym Stadionem Leśnym, narciarskim stokiem, przytulna i cicha. To nad nią, powyżej stadionu przy Zajęczym Wzgórzu, znajduje się jeden z najmniej chyba znanych w Sopocie, a o niezwykle ciekawej perspektywie, punkt widokowy. Ale rzecz jasna, z perspektywy Sopotu, jest to najwyżej w stosunku do morza położona dzielnica z nobliwymi uliczkami obsadzonymi starymi willami i domami prowadzącymi w stronę lasu.
Sopot, choć nieduży, ma kilka takich zacisznych i pięknie położonych osiedli i miejsc widokowych, już w czasach gdy był częścią Wielkiego Miasta Gdańska przyciągającym wczasowiczów i spacerowiczów nie tylko znad Motławy. Nieopodal miejsca gdzie mieszkam, z tarasu przy położonym na skraju lasu kościele pw. Zesłania Ducha Świętego roztacza się uroczy widok na zatokę. Kolejny znaleźć można na ulicy Okrężnej przy placu zabaw. To miejsce jest mi także bliskie, swego czasu w pobliżu, na ówczesnej ulicy Małgorzaty Fornalskiej (dzisiaj Księżycowej) zdawałem swój pierwszy egzamin na studiach, bo mieściła się tam jeden z oddziałów katedry prawa karnego.
Jest najgłębiej wcinające się w las osiedle Przylesie. Podobną wiodącą doń ulicą 23-Marca wkroczyły do Sopotu w roku 1945 sowieckie oddziały, który to dzień upamiętniono w jej dacie. Co ciekawe, długo, bo do ubiegłego roku, opierała się dekomunizacji, aż wreszcie przeszła niezwykłą metamorfozę, gdy sopoccy rajcy uchwalili, że odtąd data ta upamiętniać ma dzień przyjaźni polsko-węgierskiej, który w istocie w 2007 roku uchwałą sejmu został ogłoszony szczęśliwie zgodnie z tą datą. Dzięki temu zabiegowi dokonano dekomunizacji zaoszczędzając jednocześnie pokaźne kwoty związane z koniecznością przeprowadzania zmian administracyjnych. I chwała radzie miasta za ten przejaw rozsądku.
Jeszcze na koniec coś o Stawowiu, parku na granicy Sopotu i Gdańska. Większości współczesnych sopocian nieznany zespół parkowo-pałacowy o historii sięgającej XII wieku. To tu do roku 1960 mieścił się szpital położniczy (to ostatni jak dotąd rocznik urodzonych w Sopocie), potem szpital gruźlicy i chorób płuc (choć historię powojenną miał ciekawszą, mieścił się tam sztab Armii Czerwonej i dom dziecka). Sam pałac od kilkunastu lat chyba nadal nie może znaleźć nowego właściciela, choć w pobliżu powstało hospicjum Caritasu. Natomiast ku radości młodych mieszkańców Sopotu, po wielu latach starań jest wreszcie szansa, że przy ulicy Polnej, blisko morza i Gdańska, już niedługo otworzy swoje podwoje nowy szpital, gdzie znajdzie się oddział geriatryczny i ginekologiczno-położniczy. Taki właśnie jest Sopot, miejsce ludzi i starszych i młodych. Tak czy inaczej, w Sopocie znów zaczną przychodzić na świat dzieci.
To tylko niektóre z miejsc mniej znanych, punktów z perspektywą, ulic sopockich i ich opowieści. Nie było moim zamiarem pisać wyczerpująco, to była tylko nocna refleksja, a ten wpis jest jej uzupełnieniem. Sopot nie musi się obawiać o popularność, jeśli już, to raczej o jej nadmiar. Zresztą przebywa w dobrym towarzystwie dwóch pięknych miast i na zawsze będzie już z nimi związany.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Trójmiasto nie tylko po północy


Jest po północy, jak zwykle zerknąłem na naszą elektroniczną stację meteorologiczną, na naszym balkonie jest nieco ponad dwa stopnie powyżej zera, choć nocą zapowiadają nawet dwa poniżej. W Sopocie zimą jest zawsze cieplej, zwłaszcza u nas, plażę mamy kilkaset metrów za oknem, a morze zimą ogrzewa i łagodzi, choć czasem potrafi też otumanić gęstą mgłą. Życie między morenowymi wzgórzami i Zatoką zmienia perspektywę, nie tylko klimatyczną, również społeczną, kulturalną i polityczną. Do tego wniosku dochodziłem latami, bo musiałem odszukać dowodów na to w swojej przeszłości a potem to sobie uświadomić. Na zachód od naszego domu, sto metrów wyżej i dwa kilometry dalej wszystko się zmienia, jest zimniej i dłużej zalega śnieg. To zawsze mnie zaskakiwało, gdy nieco dłużej nie wjeżdżałem do dzielnic takich jak Wielki Kack w Gdyni czy Osowa w Gdańsku. Sopot nie ma dzielnic leżących na wyniesieniu, tam jest już tylko las.
Podobnie spory zdawały mi się zawsze łagodnieć w Sopocie, łatwiej było godzić stanowiska, te polityczne także. Przynajmniej do niedawna, bo ostatnimi laty chyba coś się zmieniło i nawet tutaj ludzie przestali sobie podawać ręce, a jeśli to czynią, to potem już nie idą razem na piwo jak dawniej, tylko niosą w sobie tę zapiekłą złość na siebie, która zalała i podzieliła Polskę. Podtrzymuję kontakty z jednymi i drugimi, ale wspólnie nie biesiadujemy. Czasem zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że tyle kiedyś robiliśmy rzeczy wspólnie? No tak, tłumaczę sobie, to było przecież trzydzieści lat temu i jeszcze dawniej, więc wszystko wyblakło w pamięci: studia, sierpniowe strajki, NZS, uczelniany samorząd… kto o tym teraz pamięta?
Gdy w roku 1983 przeprowadziłem się do Sopotu, mając za sobą kilkunastoletnie okresy zamieszkiwania w Gdyni i w Gdańsku, Sopot wydał mi się spokojny, nobliwy i dostatni, jak na tamte smutne komunistyczne czasy rzecz jasna. Ale to tylko pozory, bo przecież sami wnosiliśmy weń ferment, który przypisywany był potem Gdańskowi. Gdy w oku 1979 zaczynałem studia ekonomiczne w Sopocie, był to wydział należący do Uniwersytetu Gdańskiego; gdy w na sopockich wydziałach prowadziliśmy strajk w roku 1981, a tych wydziałów były tam wtedy aż trzy, dwa ekonomiczne oraz prawa i administracji, wszystko szło na konto Gdańska. Gdy po wprowadzeniu stanu wojennego w Sopocie drukowaliśmy ulotki i gdy je rozrzucaliśmy na uczelni, mówiono o działalność opozycyjnej studentów uniwersytetu w Gdańsku.
Sopot był jednak znaczący nie tylko dla nas, także dla władzy, chociaż nie wiem dokładnie, dlaczego. Ot, dla przykładu, gdy w 30 kwietnia roku 1982 przeprowadzano i w Gdyni, i w Gdańsku przeszukania w domach członków NZS, zatrzymanych przewieziono na posterunek w Sopocie i tam przetrzymywano.
Nie inaczej było ze światem przestępczym. Gdy w latach dziewięćdziesiątych panoszyły się w Polsce gangi czy mafie (w polskiej skali), w tym najbardziej znane pruszkowska i wołomińska, Sopot na podstawie niepisanej umowy miał być miejscem azylu, w którym gangsterskich porachunków nie wolno było załatwiać.
No i, co jest nie bez znaczenie, w Sopocie urodziła się, wychowała moja żona. Tym samym nie sposób zaprzeczyć, że w tym niewielkim, bo liczącym sobie niespełna czterdzieści tysięcy mieszkańców mieście wciśniętym między Gdańsk, Gdynię, morze i morenowe wzgórza jest coś wyjątkowego, szczególnie dla mnie. A takich ludzi, urodzonych i mieszkających w Sopocie, jest garstka, bo w 1960 czy 1961 roku zamknięto w Sopocie szpital i tym samym wydział położniczy i od tego czasu sopockie dzieci rodzą się albo w Gdyni, albo w Sopocie. Nie inaczej było z naszymi.
Sopot jest inny, bo choć bywa w nim tłoczno (już nie tylko latem), choć przemykają przezeń gnające między Gdańskiem i Gdynią samochody, zachował coś z atmosfery nobliwego kurortu. Łatwiej to zauważyć poza sezonem i nieco w bok od ulicy Bohaterów Monte Cassino, czyli Monciaka, jak ten najbardziej znany w Polsce deptak nazwali mieszkańcy. I zawsze, tak przed wojną, gdy był częścią autonomicznego obszaru Wielkiego Miasta Gdańska, tak i teraz, ciąży bardziej do Gdańska niż Gdyni, ale nie ze względu na swą niechęć do pierwszego wielkiego portu Drugiej Rzeczpospolitej, co raczej ze względu na wciąż wyczuwalną atmosferę konkurowania Gdyni z Gdańskiem. Gdynia, choć to nieco absurdalne, ma kompleks Gdańska, bo jest większy, bardziej znany, częściej odwiedzany, a co gorsza, gorsza bo tej przepaści nie da się zasypać, Gdańsk starszy jest od Gdyni o jakieś... dziewięćset pięćdziesiąt lat. Mnie to nie przeszkadza, do granicy z Kolibkami, najbardziej na południe położonej dzielnicą Gdyni, mam jakieś sto metrów, często jeżdżę tam na zakupy. W Gdyni się urodziłem i spędziłem pierwszych piętnaście lat, ale w Gdańsku nie tylko mieszkałem, przede wszystkim pracuję tam przez całe swoje życie, czyli od chwili, gdy podjąłem pierwszą stałą pracę. Dla mnie to był i będzie jeden organizm, Trójmiasto, moja mała ojczyzna.