Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 lipca 2017

Kolejny podatek drogowy, czyli jak PiS odbiera to co daje

Był sobie podatek drogowy, który być może starci kierowcy jeszcze pamiętają. Płaciło się określoną z góry kwotę roczną za posiadany pojazd, pieniądze trafiały do lokalnego budżetu gminnego z przeznaczeniem na utrzymanie i budowę dróg.
Pod koniec lat 90. zniesiono podatek drogowy i wliczono go koszty akcyzy, argumentując, że będzie to rozwiązanie uczciwsze, ponieważ więcej do budżetu będą płacili Ci, którzy więcej jeżdżą, a zatem więcej tankują. Wszystkim to rozwiązanie bardzo się spodobało, choć sam osobiście ostrzegałem, że pieniądze te rozpłyną się w budżetowym worku, co też zresztą nastąpiło, a o drogach nikt nie myślał.
W 2003 roku jaśnie nam panująca koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej z Unią Pracy i PSL-em na wszelkie sposoby próbowała poradzić sobie z problemem polskich dróg, bo stare niszczały a nowe nie powstawały i po odrzuceniu pomysłu wicepremiera Marka Pola dotyczącego wprowadzenia winiet (zyskał nawet przydomek Winietu), utworzono począwszy od 2004 roku opłatę paliwową, która zasila Krajowy Fundusz Drogowy, choć 20% tej kwoty przeznaczana jest na drogi, ale… kolejowe.
Minęło bez mała 15 lat, większość dróg o znaczeniu krajowym pobudowano z funduszy europejskich, ale obecnej władzy rozbudowującej do granic wytrzymałości programy socjalne (Rodzina 500 Plus, Mieszkanie Plus, bezpłatne leki dla seniorów),  brakuje pieniędzy na kontynuowanie programu poprawy stanu dróg, zwłaszcza o znaczeniu lokalnym, więc sięga po wypróbowany sposób – drenowanie kieszeni podatnika. Właśnie pod obrady Sejmu trafił projekt opłaty drogowej (podatek nie brzmi najlepiej), która ma dostarczyć budżetowi 25 groszy z każdego litra sprzedanego paliwa, czyli łącznie w okresie jednego roku ok. 5 mld. zł. Tak historia zatoczyła koło, gminom zabrano wpływy z podatku drogowego, by je teraz wspierać podatkami na budowę dróg.
Inaczej rzecz ujmując, rząd PiS jedną ręką rozdaje, drugą zabiera. Ja, przyznaję, z dobrodziejstw opiekuńczego państwa PiS nie korzystam i korzystać nie chcę, ale żadnej władzy oddawać już nic nie mam ochoty. Platforma Obywatelska odebrała Polakom Fundusz Rezerwy Demograficznej i pieniądze zgromadzone na Funduszu Emerytalnym, co mnie osobiście dotknęło, bo pieczołowicie gromadziłem tam składki licząc na to, że odzyskam je ja bądź moi spadkobiercy. Wyczynów wcześniejszej władzy, tej z prawa i tej z lewa, przypominać nie będę, bo szkoda czasu.
Jeśli jednak władza, bez względu na proweniencję, wyciąga po raz kolejny do mnie rękę po pieniądze, choć wysokość obciążeń podatkami i quasi-podatkami jest już i tak ogromna, to popierać jej nie mogę. Zmienić tego też nie jestem w stanie, ale przynajmniej, tak jak teraz, wyrażać mogę swoją opinię, co niniejszym czynię. Dziś wysłuchałem w Radiu Gdańsk wiceministra infrastruktury Kazimierza Smolińskiego, który z zapałem tłumaczył, że ceny paliwa z tego powodu wzrosną jedynie nieznacznie. No cóż, nie skomentuję. Obawiam się tylko, że kolejna władza znów podniesie tę czy inną opłatę podatkową czy podobną, bo władza zawsze jest nienasycona. Oczywiście uczyni to dla naszego dobra. Nie pytaj zatem podatniku, co rząd może dla ciebie zrobić, zapytaj lepiej, czy mógłby tego nie robić!

środa, 17 maja 2017

Harce wokół Konstytucji

Od jakiegoś czasu staram się unikać politycznych tematów, a już szczególnie deklarowania się po jednej czy po drugiej stronie sporu, bywają jednak takie, których nie sposób uniknąć, bo budzą niepokój. Dlatego tym razem nie powstrzymam się od komentarza, bo sprawa dotyczy konstytucji.
Czego dotknie PiS, czy słusznie czy nie, rodzi ferment, bo PiS zabiera się do wszystkiego jak chłop, który wrócił z pola w uwalanych gnojem gumofilcach i stara się robić porządki na salonach. Razem z obrusem ściąga ze stołu porcelanę robiąc mnóstwo rabanu, a przy okazji uwala dywan, po którym wszyscy stąpają w eleganckich pantoflach. Jeśli ktoś myśli, że przypomina słonia w składzie porcelany,  jest w błędzie, słoń chciał dobrze, tylko mu nie wychodziło, działania PiS to już nie niezdarność, to (wszystko na to wskazuje) świadome próba wywołania burzy.
Tak jest właśnie z konstytucją, do której poprawiania z typową dla siebie „finezją” zabrali się posłowie wiodącej partii. Nie jest to ustawa doskonała, co mam prawo głosić, ponieważ podczas referendum decydującym o jej wprowadzeniu niemal równo 20 lat temu (27 maja 1997 r.) byłem jej przeciwny, bo od początku była złym kompromisem. Największym jej orędownikiem był Aleksander Kwaśniewski i będący wówczas u władzy postkomuniści (choć nie oni jedni, bo wspierał te działania także wielce dla Polski zasłużony Tadeusz Mazowiecki). Obecna konstytucja jest przegadana, reguluje sprawy, które nie powinny się w konstytucji w ogóle znaleźć, jak choćby Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, której nawet potrzeba istnienia jest wątpliwa; i nieprecyzyjna, czego mamy okazję doświadczać wysłuchując sporów o Trybunał Konstytucyjny czy Krajową Radę Sądownictwa – a wad jest znacznie więcej.
Nie byłem wówczas jedynym przeciwnikiem konstytucji w takim kształcie, wielu znanych polityków oraz poważanych autorytetów przyznawało się do głosowania w referendum przeciwko jej wprowadzeniu, niemniej, gdy za jej reformowanie zaczął się zabierać PiS, wszyscy oni (bądź niemal wszyscy) stanęli w jej obronie (gdy piszę te słowa, wypowiada się akurat w TV w tym tonie Aleksander Hall, który też obecnej konstytucji nie pochwalał).
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego rzeczy dotknięte przez PiS nabierają stygmatów świętości nawet w oczach wcześniejszych ich krytyków? Politycy PiS nie grzeszą pokorą, ale przecież arogancję potrafili okazywać także ich poprzednicy, od Leszka Balcerowicza począwszy, na Donaldzie Tusku skończywszy (a nie byli jedynymi aroganckimi premierami czy wicepremierami, którym to się zdarzało), więc to chyba nie jedyny powód.
Politykom PiS brakuje finezji i wcale się o nią nie starają – to ich partia po raz pierwszy w historii III RP osiągnęła bezwzględną większość w Sejmie i ten sukces nadmiernie zamieszał w głowach. Prominentni działacze PiS uznali, że nie tylko umizgi wobec opozycji są zbędne, ale i o zwykłej kindersztubie można zapomnieć. Donald Tusk potrafił czarować i uwodzić sojuszników i elektorat, Jarosław Kaczyński nie tylko tego nie potrafi, ale i nie chce. Świadom jest skali zwycięstwa własnej partii, umizgiwać się więc nie zamierza, a elektoratowi woli płacić (500 zł na dziecko) niż oczarowywać wdziękiem. Opozycja czyniła zresztą ostatnio wiele, by ułatwić te działania: pan Ryszard Petru, na którego partię (o zgrozo!) głosowałem, kilkakrotnie popełniał polityczne samobójstwo (i to jest spory wyczyn przy tak dobrym starcie, a odkrywanie jego nieuctwa było dla mnie wyjątkowo żenujące), a panu Grzegorzowi Schetynie daleko do wdzięku szermierza, a tym bardziej charyzmy przywódcy, więc wdaje się w wymianę ciosów z najbardziej zażartymi harcownikami PiS, nie odbiegając od ich poziomu dyskusji.
Nie sądzę, w gruncie rzeczy, by Jarosław Kaczyński liczył na to, iż uda mu się zmienić konstytucję (nawet przy wsparciu partii Kukiz), on po prostu z uwielbia przyglądać się zamieszaniu i histerii, z jaką na jego wypowiedzi reagują przeciwnicy – to taki trochę sondaż, trochę widowisko dla cesarza. Przynajmniej na razie.

Jeśli jednak, porzucając żartobliwy nieco ton,  w istocie miałoby się w konstytucji coś zmienić (a kiedyś powinno), to wolałbym poczekać na nieco spokojniejsze czasy, gdy polityczni oponenci ze sobą dyskutują, a nie obrzucają się inwektywami. Tylko czy to w ogóle w tym kraju możliwe?

poniedziałek, 6 lutego 2017

Za czyli przeciw – jak zmieniały się sympatie politycznych środowisk nie tylko w sprawie Wałęsy

W miarę upływu lat i oddalania się od przełomowego roku 1989, z coraz mniejszymi emocjami, ale za to większym rozbawieniem obserwuję wydarzenia na politycznej scenie Polski. Przedziwne bowiem rzeczy dzieją się w polityce, jeśli spojrzeć na nie z perspektywy ćwierćwiecza, zaskakujące bywają zmiany stron i sojuszy dokonywane przez polityków, i chociaż wszyscy już przywykli, mnie nadal wprawia to w zdumienie. Ot, choćby Roman Giertych, swego czasu jako przewodniczący Ligi Polskich Rodzin tworzący wespół z PiS i Samoobroną rządzący Polską sojusz, dziś pomstuje na byłego koalicjanta (PiS) i jego przywódcę. Nie inaczej Kazimierz Marcinkiewicz, pozbawiony za nieudolność (bo serwilizmu mu nie brakowało) stanowiska szefa rządu przez swego protektora, dziś wtóruje jego przeciwnikom. Nie inaczej usunięty przez Jarosława Kaczyńskiego ze stanowiska ministra obrony Radosław Sikorski, od owej chwili wierny członek PO i zajadły wróg PiS z jego prezesem na czele. Można to grono poszerzyć choćby o Michała Kamińskiego, swego czasu rzecznika prasowego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a także wielu kolejnych choć mniej znanych postaci życia politycznego. Bywają również wolty odwrotne, do spektakularnych należało przyjęcie stanowiska ministra finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego przez oddaną wcześniej Donaldowi Tuskowi Zytę Gilowską, czy rok temu przez Jarosława Gowina teki w resorcie nauki i szkolnictwa wyższego. Nie wnikam, czy ich postawa wówczas, czy obecnie jest słuszna (odpowiedź zależy od tego, kto będzie to oceniał), to jedynie czysta konstatacja. Politycy, jak widać, delikatnej natury mają psychikę i gdy poczują się urażeni, równy przejawiają entuzjazm, co i wrogość. Ale to wszystko już nie zaskakuje, zwłaszcza, że za niektórymi z nich trudno nadążyć. Znakomitym tego przykładem może być Ryszard Czarnecki: zaczynał od Unii Polityki Realnej, następnie zakładał Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, potem przystąpił do Samoobrony, aż wreszcie odnalazł się w PiS, przy czym warto podkreślić, że nie należy on do wyjątków. W tym kontekście równie interesujące są, zwłaszcza w świetle ostatnio opublikowanych opinii biegłych grafologów na temat teczki Lecha Wałęsy, wolty całych środowisk politycznych. A ich historia może być bardzo pouczająca.
W 1990 roku, podczas kampanii przed pierwszymi powszechnymi wyborami prezydenta, przeprowadzanymi po raz pierwszy od zakończenia II wojny, w polskim społeczeństwie dokonał się głęboki podział. W wyścigu do Belwederu (obecny Pałac Prezydencki był jeszcze wówczas tylko Pałacem Namiestnikowskim) stanęło w szranki dwóch niekwestionowanych w swych osiągnięciach polityków: Lech Wałęsa, patron Komitetu Obywatelskiego dzięki któremu opozycja wygrała kontraktowe wybory 4 czerwca 1989 roku, oraz Tadeusz Mazowiecki, pierwszy niekomunistyczny premier Polski drugiej połowy XX wieku rezydujący w Polsce (nie licząc nominalnych tylko premierów londyńskich).
Dla obu stających w szranki liderów wybory te miały nie tylko polityczne, ale i ambicjonalne znaczenie. Lech Wałęsa, od lat przyzwyczajony do roli dyrygenta, niechętnie patrzył, jak spod jego skrzydeł wyrwał się, usamodzielnił, a co gorsza nabierał popularności nowy sejmowy przywódca. Czuł, że usuwa mu się spod nóg piedestał, bez którego nie potrafił już żyć. Sam Tadeusz Mazowiecki natomiast, nie do końca widzący się w nowej roli, dał się przekonać swoim poplecznikom głoszącym, że tylko on zrealizować może bliską im wizję socjaldemokratycznej i liberalnej Polski, a co najważniejsze, zatrzyma nieodpowiedzialnego gbura, czyli Wałęsę, postrzeganego przez środowisko bliskie Mazowieckiemu jako największe zagrożenie dla dokonujących się przemian.
Dla polityków skupionych wokół kandydatów wybory miały także ogromne znaczenie. Wałęsie, głoszącemu konieczność przyspieszenia i nowego początku, patronowali Jarosław i Lech Kaczyński i środowisko Porozumienia Centrum (z którego w 2001 roku narodził się PiS), Kongres Liberalno-Demokratyczny z Donaldem Tuskiem i znaczna część środowisk o prawicowej proweniencji (chociaż dystansował się od postaci Wałęsy na przykład Aleksander Hall). Ich zagorzałymi przeciwnikami, wspierającymi Tadeusza Mazowieckiego, było przede wszystkim środowisko Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna (ROAD, później przekształcony w Unię Demokratyczną), w którym najważniejszą rolę odgrywali politycy o lewicujących poglądach, tacy jak Jacek Kuroń, Adam Michnik, Henryk Wujec czy Władysław Frasyniuk. W ślad za nimi podzieliło się społeczeństwo.
Kampania była ostra i bezkompromisowa, a co najbardziej zaskakujące, to sojusznicy Mazowieckiego wprowadzili do niej elementy agresywne i dyskredytujące przeciwnika. W spotach wyborczych T. Mazowieckiego, Wałęsa odcinał siekierą Polskę od Europy (bo w jednym z wywiadów ogłosił, że trzeba prezydenta z siekierą) i łamał ledwo wschodzące drzewo wolnej Polski, by wsadzać bez korzeni do innej doniczki (zapowiadał nowy początek), a to tylko dwa zapamiętane przeze mnie z wielu podobnych. Nie szczędzono też Wałęsie czarnego wizerunku, był w nim nieobliczanym w czynach populistą i dyletantem, nieodpowiedzialnym i groźnym watażką, a jego rządy miały sprowadzić na Polskę ogrom niewyobrażalnych nieszczęść.
Wybory okazały się klęską Mazowieckiego, przegrał nie tylko z Wałęsą, ale nawet z nieznanym do niedawna nikomu Tymińskim. Środowisko Unii Demokratycznej głęboko urażone taką niesprawiedliwością i głupotą ludu, przez kolejnych pięć lat nie unikało żadnej okazji, by przypiąć urzędującemu prezydentowi kolejną łatkę (co, nawisem mówiąc, nie było trudne, bo Wałęsa w istocie okazał się dyletantem i gburem).
Minęło nieco ponad dwadzieścia lat (Wałęsa w kolejnych wyborach przegrał z Aleksandrem Kwaśniewskim) i ku memu zaskoczeniu, to właśnie najwięksi ówcześni przeciwnicy Wałęsy skupieni wokół Gazety Wyborczej stali się jego największymi apologetami, a jego dawni sojusznicy wrogami! Ciekawe, czy to Wałęsa przeszedł tak głęboką metamorfozę (stał się wykształcony, uprzejmy i odpowiedzialny), że warto go dzisiaj poopierać, czy już taki był, tylko dopiero teraz jego obrońcy to dostrzegli?

sobota, 19 grudnia 2015

Senny koszmar

 W tym roku 13 grudnia wypadł w niedzielę, tak jak w dniu ogłoszenia stanu wojennego w 1981. Gdy gorączkowo wynosiliśmy z uczelni maszyny i narzędzia drukarskie, papier i farbę, by je ukryć przed funkcjonariuszami SB i milicji, rozpoczynaliśmy daleką podróż w nieznane. Robiliśmy to wierząc może nie tyle na zwycięstwo, co na jakiś consensus z władzą, która uzna, że lepiej dać jakiś margines swobody narodowi spragnionemu wolności po sierpowych zwycięskich strajkach z 1980 roku. Ku naszemu zaskoczeniu osiem lat później drzwi do wolności otworzyły się na całą szerokość. Te miesiące z przełomu lat 1989 – 1991 należały do najpiękniejszych, jakie przeżyłem. Wszyscy Polacy czuli, że stało się coś niewyobrażalnie dobrego. Wreszcie mogłem mogłem pisać w legalnej prasie i czytać legalnie wydane książki. Wielu z moich kolegów odnalazło się w polityce, gdzie mnie nigdy nie ciągnęło, ale przyglądałem się im z nadzieją i podziwem, że zmieniają kraj na lepsze.
A Polska była w stanie naprawdę opłakanym po kilkudziesięciu latach socjalizmu. Sklepowe półki świeciły pustakami, a pieniądz traciła na wartości w tempie zastraszającym (w 1990 roku inflacja wyniosła niemal 600%!). Nie mieliśmy nic poza gorącą wiarą w lepsze jutro i dla tej wszyscy Polacy gotowi byli na ogromne wyrzeczenia.
Po ćwierćwieczu od tamtych wydarzeń z dumą patrzę na wolną i otwartą na świat Polskę, o której kiedyś mogliśmy tylko marzyć w niekończących się kolejkach po nieco wędliny na święta czy paszport na Zachód. Rozświetlone kolorowymi reklamami ulice pełne zachodnich samochodów, dostatek wszelakich towarów na półkach, stabilne a nawet ostatnio spadające ceny i, choć to najtrudniej nam dostrzec, znaczna poprawa jakości życia większości rodzin – to zewnętrzne oznaki zmian mających miejsce przez ostaniach 25 lat. Tak, są jeszcze ludzie, o których należy się zatroszczyć, problemy, które należy rozwiązać i sprawy którymi należy się zająć. Ale bilans jest zdecydowanie dodatni. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, zwyczajnie mija się z prawdą, albo świadomie wykazując złą wolę, albo ulegając takiej niszczącej propagandzie.
Nie zawsze zgadzałem się ze sprawującymi władzę (powiedziałbym nawet, że często), ale szanowałem (choć nie jest moją faworytką) demokrację, wszak naród zdecydował. Ale nigdy jeszcze w III Rzeczpospolitej przejmujący władzę nie czynili takiego moralnego spustoszenia, nie niszczyli z taką złością tego, co zostało stworzone przez lata ciężkiej pracy. Należy poprawiać i zmieniać to, co nie jest doskonałe (a często nie jest), ale nawet wyborcze zwycięstwo nie upoważnia do dewastowania dotychczasowych osiągnięć i budowania na tym własnego pałacu władzy. Porządek konstytucyjny i system prawny zmienia się z namysłem, drogą utartych reform, a nie drogą populistycznych haseł i parlamentarnych nocnych obrad. Ewolucja, nie rewolucja – to właściwa droga ku lepszemu.
Jestem ekonomistą, na co dzień zajmuję się finansami przedsiębiorstw (nie w wielkich korporacjach, które też znalazły się ostatnio na cenzurowanym, choć największe w Polsce korporacje należą do skarbu państwa) i z przerażeniem patrzę na perspektywę rujnowania gospodarki i budżetu, jaki nam serwuje nowy rząd i nowa parlamentarna większość. Nie byłem zachwycony skokiem na pieniądze funduszy emerytalnych (więc i moje, dopóki nie zaprzeczył temu Trybunał Konstytucyjny), ale jeśli już tak się stało i poprawiono dzięki temu stan finansów państwa, nie niszczmy go ponownie – nie ma już skąd wziąć pieniędzy, a opodatkowanie instytucji finansowych czy sklepów odczujemy w domowym budżecie. Resztą skutek i tak będzie znacznie mniejszy, niż rządzący się spodziewają.
O wolność się nie obawiam, nie traktuję poważnie straszenia bojówkami Mariusza Kamińskiego czy obozami dla nieposłusznych Antoniego Macierewicza. Tego już nikt w tym kraju nie uczyni. Obawiam się jednak dewastacji polskiego systemu prawnego i ekonomicznego, który niełatwo będzie naprawić, boję się powrotu do centralnego sterowania gospodarką, co z reguły prowadzi do gospodarczej zapaści albo przynajmniej opóźnienia w rozwoju, boję się, że powyborcze zagarnianie łupów (wygranemu wszystko wolno) stanie się normą, boję się, że korzystając ze sprzyjającej koniunktury społecznych protestów przeciw PiS, przygotują sobie drogę do władzy partie, które chciałby zafundować nam socjalizm w wenezuelskim stylu Chaveza. Boję się, że podział na tych za i tych przeciw pozostawi w narodzie na wiele lat róznice trudne do przezwyciężenia . Boję się złych politycznych obyczajów.
Czy to jest naprawdę ten sam kraj i ci sami ludzie, którzy przed laty przekazywali sobie z poświęceniem drukowane nielegalnie ulotki? Którzy użyczali swoich domów na podziemne drukarnie ryzykując osobistą wolnością i konfiskatą majątku? Którzy ukrywali działaczy podziemia pomimo niewygód i ryzyka? Którzy gotowi byli nieść pomoc i dokonywać wyrzeczeń w imię wolności i lepszego jutra? To jakiś koszmar! Co gorsza wygląda na to, że na przebudzenie z niego trzeba będzie długo czekać. Obawiam się, że to może się ludziom spodobać – zwolennicy jednej i drugiej strony sceny politycznej podczas ulicznych demonstracji obrzucali się pełnymi nienawiści słowami i wyglądało na to, że nie dostrzegają w tym niczego niewłaściwego.

Nie mam ochoty więcej o tym pisać, jest wiele ciekawszych tematów. Najlepszą metodą na powrót do normalności jest robienie tego, co się potrafi najlepiej. Nie lubię rozkrzyczanych wieców i manifestacji, nie czuję się dobrze w tłumie. Wolę sam i po swojemu. Zawsze byłem w mniejszości i tak już chyba pozstanie.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Krajobraz po (drugiej) bitwie

 Przegrana Bronisława Komorowskiego w prezydenckich wyborach nie wynika z nagłego wzrostu miłości do PiS a ze spadku zaufania do PO i rozpadu ich dotychczasowego elektoratu na mniejsze grupy. Paweł Kukiz i Ryszard Petru ich przejęli znaczną część, kto wie, czy nawet nie połowę. Liderzy Platformy za mocno wzięli sobie do serca stare urzędnicze powiedzenie: „Rzecz nie w działaniu a w sprawozdaniu”. Przez kilka ostatnich lat trudno było nie odnieść wrażenia, że w uprawianiu propagandy sukcesu i pokazywaniu, jak Polska świetnie się rozwija, czerpała swoje wzorce z epoki Edwarda Gierka. I tak jak wtedy, przez kilka lat się udawało i podobnie jak wtedy komunistyczni specjaliści, tak teraz spin-doktorzy wyglądali na bardzo zaskoczonych, że mechanizm przestał działać. A w gruncie rzeczy wystarczyło, by wyborcy zadali sobie pytanie: skoro jet tak dobrze Polsce, to dlaczego mi się nie poprawia? Nowe drogi i stadiony nie przekładają się na dostatniejsze życie. Polacy chcą, by ktoś pomyślał także o nich, nie tylko o Polsce. Chociaż młodzi ludzie są w stanie skutecznie konkurować ze swoimi zachodnimi rówieśnikami, nie chcą wyjeżdżać za pracą, woleliby pracować w Polsce i zarabiać jak ich znajomi z Niemiec czy Wielkiej Brytanii.
Postawa młodych, dobrze wykształconych Polaków daleka jest od roszczeniowej, oni nie chcą niczego dostać za nic, chcą tylko szansy, by mogli wykorzystać to, czego się nauczyli i co docenić potrafią pracodawcy, których nie stać jednak na płacenie im tyle, ile płacą firmy zza zachodniej granicy. Po pierwsze dlatego, że większość czasu zarządy polskich spółek muszą poświęcać na borykanie się z urzędniczym państwem, gdzie nikt nie docenia ich roli, po drugie dlatego, że zaspokajać muszą podatkami i odpisami na ZUS nienasycone państwo, w którym podatki wciąż wzrastają pomimo powracających obietnic o ich obniżaniu. Tu już nie chodzi o to, by dostać dwieście złotych podwyżki, ale by dostać tyle, by żyć na poziomie równym rówieśnikom z Zachodu. I ci młodzi ludzie mają rację, są tego warci! A poza tym chcą zmiany politycznej warty, nowych twarzy, nowej szansy.
Nie mam złudzeń, jeśli w najbliższych wyborach parlamentarnych wygra PiS, sytuacja Polaków wiele się nie zmieni, bo PiS jest lewicowo-społeczny, tyle że bardziej chrześcijański i narodowy. A miejsc pracy i wzrostu zarobków nie zapewnią nowe pomniki dawnej chwały i dawnych tragedii, nawet jeśli staną na Krakowskim Przedmieściu. Zresztą wszystko wskazuje na to, że PiS, nawet jeśli zwycięży w biegu po parlamentarne fotele, nie będzie w stanie rządzić w pojedynkę. Nawet koalicji nie będzie łatwo zmontować. Ugrupowanie Pawła Kukiza, które ma szansę na dobry wynik, to twór raczej efemeryczny i nie wróżę mu istnienia dłuższego niż jedna kadencja, tym bardziej, że jak dotąd nie podjęto w nim dyskusji o istnych dla kraju zmianach – wprowadzenie jednomandatowych okręgów, czego by o nich nie myśleć, niczego nie załatwi. Obawiam się, że szybko podzielą zwolenników Kukiza poglądy na naprawdę ważne elementy programu: konstytucję, prawo podatkowe i wysokość podatkowych stawek, reformę ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych, gospodarczą wolność i rolę w państwie urzędów skarbowych. A to tylko kilka spraw, na które trzeba będzie wyrazić opinię. Paweł Kukiz zdaje sobie z tego sprawę, dlatego jak na razie nie wypowiada się na ten temat, zamykając wszystko w ogólnikach o potrzebie zmian.
Bardziej wyrazista zdaje się być niedawno powołana Nowoczesna Polska Ryszarda Petru, która ma szansę przyciągnąć do siebie zwolenników liberalnej gospodarki, w tym dużą część przedsiębiorców, głównie tych najliczniejszych, czyli małych i średnich. Jest nadzieja, że jej założyciel zdecyduje się przekształcić dotychczasowe stowarzyszenie w polityczną partię i skutecznie konkurować z dotychczasowym układem politycznej sceny.

Tak czy inaczej, nie ma sensu zbytnio się tym emocjonować, doświadczenie pokazuje, że obietnice, nawet te padające z ust najbardziej eleganckich polityków, mają ten brzydki zwyczaj, że obietnicami pozostają. Czas pokaże, czy coś się zmieni, ale nadzieję trzeba mieć zawsze. A na razie po prostu trzeba robić swoje, bo Polska to taki kraj, który nie rządem stoi, a ludźmi, którzy wbrew wszystkim i wszystkiemu robią swoje. I nadal wierzą, że kiedyś coś się zmieni na lepsze.