Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2017

Rozstanie z Facebookiem

Chciałem coś pozytywnie, przynajmniej we wspomnieniach, napisać o Facebooku, ale już nie potrafię. Porzucam FB i wszelkie inne portale społecznościowe o charakterze niesprecyzowanym tematycznie, bo w ostatnich latach przestały być społecznościowe, a zamieniły w polityczne. Kiedyś pozawalały odnaleźć się ludziom, którzy rozjechali się w różne strony świata, teraz zaczęły ich dzielić według politycznych sympatii, a tych niezaangażowanych emocjonalnie w politykę, do których  sam się zaliczam, po prostu odstręczają.
Ja mam dość i mam wrażenie, że nie jestem jedyny. Naprawdę rzadko udaje mi się od jakiegoś czasu trafić na posty znajomych związane z codziennymi wydarzeniami, zainteresowaniami pozapolitycznymi, podróżami, rodziną, hobby. Z przerażeniem przyglądam się zrywanym przyjaźniom, nienawistnym słowom, ostrym komentarzom. Nikt już nie słucha argumentów, tylko z góry odrzuca i  wykpiwa wszystko, co powiedzą przeciwnicy. Prawda przestała się liczyć, liczy się tylko przynależność, trzeba być za bądź przeciw, bo jak się nie jest za, to i tak jest się przeciw.
Nie pasuję do tego świat, wolę własny. Przez dziesięciolecia żyłem bez Facebooka, nie przychodzi mi zatem z trudem się z nimi żegnać. Zresztą to rozstanie nie jest gwałtowne, nie zamknę ostentacyjnie profilu na FB, bo takie gesty nie są w moim stylu. Coraz rzadziej zaglądałem tam zresztą ostatnio, a te przerwy się wydłużały. Nie obrażam się też ani na media, ani na znajomych, po prostu to nie moje klimaty.
Myślę, że otwarte, egalitarne portale, po początkowym okresie euforycznych powrotów do starych znajomości, uprzytomniły teraz wszystkim, że każdy jest inny i bardzo się różnimy. Wspólna klasa czy studia nie sprawiają, że myślimy tak samo i mamy podobne poglądy na wszystko i podobne gusta. Aby być ze sobą, cieszyć się swoim towarzystwem, trzeba dzielić zainteresowania. Egalitaryzm jest fikcją co jakiś czas narzucaną przez kolejne ideologie, ale sądziłem, że nie musi to oznaczać ostentacyjnej manifestacji rozumianej jako jedyna słuszna prawda. Dlatego się wypisuję, pozostawiając Facebook współczesnym sankiulotom i  żyrondystom, niech tam zmagają się ze sobą, gdy ja będę zmagał się z codziennymi problemami niezależnie od tego, kto jest u władzy. I spotykał się w realu z ludźmi, których łączy ze mną coś więcej, niż tylko polityczny transparent rozpostarty nad głowami. Bo życie pokazuje, że istnieją sprawy ważniejsze od polityki, choć niektórym trudno w to uwierzyć.

sobota, 19 grudnia 2015

Senny koszmar

 W tym roku 13 grudnia wypadł w niedzielę, tak jak w dniu ogłoszenia stanu wojennego w 1981. Gdy gorączkowo wynosiliśmy z uczelni maszyny i narzędzia drukarskie, papier i farbę, by je ukryć przed funkcjonariuszami SB i milicji, rozpoczynaliśmy daleką podróż w nieznane. Robiliśmy to wierząc może nie tyle na zwycięstwo, co na jakiś consensus z władzą, która uzna, że lepiej dać jakiś margines swobody narodowi spragnionemu wolności po sierpowych zwycięskich strajkach z 1980 roku. Ku naszemu zaskoczeniu osiem lat później drzwi do wolności otworzyły się na całą szerokość. Te miesiące z przełomu lat 1989 – 1991 należały do najpiękniejszych, jakie przeżyłem. Wszyscy Polacy czuli, że stało się coś niewyobrażalnie dobrego. Wreszcie mogłem mogłem pisać w legalnej prasie i czytać legalnie wydane książki. Wielu z moich kolegów odnalazło się w polityce, gdzie mnie nigdy nie ciągnęło, ale przyglądałem się im z nadzieją i podziwem, że zmieniają kraj na lepsze.
A Polska była w stanie naprawdę opłakanym po kilkudziesięciu latach socjalizmu. Sklepowe półki świeciły pustakami, a pieniądz traciła na wartości w tempie zastraszającym (w 1990 roku inflacja wyniosła niemal 600%!). Nie mieliśmy nic poza gorącą wiarą w lepsze jutro i dla tej wszyscy Polacy gotowi byli na ogromne wyrzeczenia.
Po ćwierćwieczu od tamtych wydarzeń z dumą patrzę na wolną i otwartą na świat Polskę, o której kiedyś mogliśmy tylko marzyć w niekończących się kolejkach po nieco wędliny na święta czy paszport na Zachód. Rozświetlone kolorowymi reklamami ulice pełne zachodnich samochodów, dostatek wszelakich towarów na półkach, stabilne a nawet ostatnio spadające ceny i, choć to najtrudniej nam dostrzec, znaczna poprawa jakości życia większości rodzin – to zewnętrzne oznaki zmian mających miejsce przez ostaniach 25 lat. Tak, są jeszcze ludzie, o których należy się zatroszczyć, problemy, które należy rozwiązać i sprawy którymi należy się zająć. Ale bilans jest zdecydowanie dodatni. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, zwyczajnie mija się z prawdą, albo świadomie wykazując złą wolę, albo ulegając takiej niszczącej propagandzie.
Nie zawsze zgadzałem się ze sprawującymi władzę (powiedziałbym nawet, że często), ale szanowałem (choć nie jest moją faworytką) demokrację, wszak naród zdecydował. Ale nigdy jeszcze w III Rzeczpospolitej przejmujący władzę nie czynili takiego moralnego spustoszenia, nie niszczyli z taką złością tego, co zostało stworzone przez lata ciężkiej pracy. Należy poprawiać i zmieniać to, co nie jest doskonałe (a często nie jest), ale nawet wyborcze zwycięstwo nie upoważnia do dewastowania dotychczasowych osiągnięć i budowania na tym własnego pałacu władzy. Porządek konstytucyjny i system prawny zmienia się z namysłem, drogą utartych reform, a nie drogą populistycznych haseł i parlamentarnych nocnych obrad. Ewolucja, nie rewolucja – to właściwa droga ku lepszemu.
Jestem ekonomistą, na co dzień zajmuję się finansami przedsiębiorstw (nie w wielkich korporacjach, które też znalazły się ostatnio na cenzurowanym, choć największe w Polsce korporacje należą do skarbu państwa) i z przerażeniem patrzę na perspektywę rujnowania gospodarki i budżetu, jaki nam serwuje nowy rząd i nowa parlamentarna większość. Nie byłem zachwycony skokiem na pieniądze funduszy emerytalnych (więc i moje, dopóki nie zaprzeczył temu Trybunał Konstytucyjny), ale jeśli już tak się stało i poprawiono dzięki temu stan finansów państwa, nie niszczmy go ponownie – nie ma już skąd wziąć pieniędzy, a opodatkowanie instytucji finansowych czy sklepów odczujemy w domowym budżecie. Resztą skutek i tak będzie znacznie mniejszy, niż rządzący się spodziewają.
O wolność się nie obawiam, nie traktuję poważnie straszenia bojówkami Mariusza Kamińskiego czy obozami dla nieposłusznych Antoniego Macierewicza. Tego już nikt w tym kraju nie uczyni. Obawiam się jednak dewastacji polskiego systemu prawnego i ekonomicznego, który niełatwo będzie naprawić, boję się powrotu do centralnego sterowania gospodarką, co z reguły prowadzi do gospodarczej zapaści albo przynajmniej opóźnienia w rozwoju, boję się, że powyborcze zagarnianie łupów (wygranemu wszystko wolno) stanie się normą, boję się, że korzystając ze sprzyjającej koniunktury społecznych protestów przeciw PiS, przygotują sobie drogę do władzy partie, które chciałby zafundować nam socjalizm w wenezuelskim stylu Chaveza. Boję się, że podział na tych za i tych przeciw pozostawi w narodzie na wiele lat róznice trudne do przezwyciężenia . Boję się złych politycznych obyczajów.
Czy to jest naprawdę ten sam kraj i ci sami ludzie, którzy przed laty przekazywali sobie z poświęceniem drukowane nielegalnie ulotki? Którzy użyczali swoich domów na podziemne drukarnie ryzykując osobistą wolnością i konfiskatą majątku? Którzy ukrywali działaczy podziemia pomimo niewygód i ryzyka? Którzy gotowi byli nieść pomoc i dokonywać wyrzeczeń w imię wolności i lepszego jutra? To jakiś koszmar! Co gorsza wygląda na to, że na przebudzenie z niego trzeba będzie długo czekać. Obawiam się, że to może się ludziom spodobać – zwolennicy jednej i drugiej strony sceny politycznej podczas ulicznych demonstracji obrzucali się pełnymi nienawiści słowami i wyglądało na to, że nie dostrzegają w tym niczego niewłaściwego.

Nie mam ochoty więcej o tym pisać, jest wiele ciekawszych tematów. Najlepszą metodą na powrót do normalności jest robienie tego, co się potrafi najlepiej. Nie lubię rozkrzyczanych wieców i manifestacji, nie czuję się dobrze w tłumie. Wolę sam i po swojemu. Zawsze byłem w mniejszości i tak już chyba pozstanie.

wtorek, 18 sierpnia 2015

NowoczesnaPL

 Przyglądając się prasowym i telewizyjnym doniesieniom o peregrynacjach po Polsce Pani Premier Ewy Kopacz, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że odczuwam coś na kształt deja vu i nie było to wcale przyjemne uczucie. Swego czasu, w odległej już dla wielu przeszłości lat siedemdziesiątych, z podobnymi „gospodarskimi” wizytami pielgrzymował po naszym kraju towarzysz pierwszy sekretarz PZPR Edward Gierek. W zamierzeniu ówczesnych specjalistów od propagandy (dziś nazywanych specjalistami od public relations), miało to pomóc w ociepleniu wizerunku pierwszego sekretarza i zapewne ten sam cel przyświeca obecnie poczynaniom Pani Premier. Mam jednak obawy, że jak niegdyś w przypadku Gierka, tak i obecnie zabiegi te nie powstrzymają nieuchronnie zbliżającej się przegranej formacji Pani Premier, a jedynie nadwerężą i tak już uszczuplony absurdalnym referendum (którego ogłoszenie miało powstrzymać klęskę Bronisława Komorowskiego) budżet państwa. Zresztą, nie ma co ukrywać, Pani Ewie Kopacz nie dostaje charyzmy Donalda Tuska i jej nieporadne zabiegi budzą raczej zażenowanie niż sympatię.
Wszystko wskazuje na to, że pomimo takich pomysłów los PO w kolejnych wyborach jest przesądzony. Przegrana z PiS może sprawić, że partia zaczynie się wykruszać i dzielić. W polskiej rzeczywistości często nawet odchodzi w niebyt. Tak stało się z Unią Wolności, choć wspierała ją do końca jak mogła „Gazeta Wyborcza”, tak zakończył swój żywot Kongres Liberalno-Demokratyczny i Akcja Wyborcza „Solidarność”, pomniejszych partii nie licząc. W gruncie rzeczy, od czasu upadku komunizmu, na polskiej scenie politycznej utrzymują się nieustanie właściwie dwie tylko partie: postkomunistyczny Sojusz Lewicy Demokratycznej i Polskie Stronnictwo Ludowe. Co nie znaczy, że nie przetrwali tego burzliwego dwudziestopięciolecia politycy. Są tacy, których lista partii jest znacznie pokaźniejsza niż lista osiągnięć. Na przykład Pan Ryszard Czarnecki, obecny europoseł, zasiadał już w ławach Unii Polityki Realnej, Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, AWS, Samoobrony, by trafić w końcu do PiS, a nie jest to przykład odosobniony. Czasem, jak w przypadku Radosława Sikorskiego (też nie jedynym), opłaca się radykalna zmiana orientacji – kiedyś PiS, dziś PO. Politycy potrafią być niezatapialni.
Dlatego Polacy zniechęceni są już do partyjniactwa i demokracji i rozczarowani systemem. Głównie z tego powodu, że czują się lekceważeni przez polityków, traktowani jak wyborcze pospólstwo, do którego raz na kilka lat, przy okazji wyborów, politycy czynią umizgi a władza sypie obietnicami bez pokrycia. A potem stają się stadem owiec do strzyżenia, bo państwu wciąż brakuje pieniędzy. Obalenie komunizmu miało upodmiotowić Polaków, sprawić, że poczują się szanowani, że będą ważni dla polityków a najważniejsi dla rządu. Bo to na ludziach skupiać się powinien wzrok rządu i parlamentu, nie na państwie i jego strukturach. To z perspektywy losu pojedynczego człowieka powinny być oceniane ustawy i rozporządzenia. Państwo powstało po to, by lepiej zadbać o swoich członków niż czyniła to plemienna grupa. Państwo nie musi rozdawać, wystarczy, by nie odbierało.
Moje osobiste rozczarowanie obecnym stanem rzeczy jest równie głębokie, bo od kilkunastu lat nie widzę partii, na którą chciałbym głosować. Żadna nie spełniła moich ideowych oczekiwań, w związku z tym od lat nie chadzam na parlamentarne wybory. I nie mam z tego powodu żadnego poczucia winy, a zarzut, że nie jest to postawa obywatelska, odrzucam jak zupełnie nietrafiony, podobnie jak opinię, że ten kto nie głosuje, nie ma prawa potem krytykować. Przeciwnie, samo powstrzymanie się od głosowania, jest najbardziej miażdżącą krytyką polityki. To właśnie wybieranie spośród partii, którym się nie ufa, jest nieetyczne. Jeśli mam wybierać między dżumą i cholerą, wolę pozostać zdrowy. Dzięki temu mam zawsze czyste sumienie, bo nie muszę się zamartwiać, że głosowałem na partię, która szkodzi obywatelom. Co więcej, mogę z pełną odpowiedzialnością, patrząc na jej działania, powiedzieć tym, którzy głosowali: „A nie mówiłem, że tak będzie?!”.
Na kolejne wybory chyba jednak pójdę i zagłosuję na ugrupowanie, które na pewno nie zwycięży, ale mam nadzieję, że wprowadzi nieco głosu rozsądku do Sejmu, czyli na ugrupowanie nowoczesnaPL stworzone przez ekonomistę Ryszarda Petru. To jeszcze nie partia, ale najbardziej zbliżone do moich poglądów na państwo i gospodarkę ugrupowanie. Opowiada się za liberalizmem gospodarczym, nakierowane jest na przedsiębiorców, jako najistotniejszą, bo stwarzającą przychody i miejsca pracy grupę społeczną, głosi ograniczenie roli państwa w ekonomii, upodmiotowienie obywateli. Zresztą wszystko to można znaleźć tutaj https://nowoczesnapl.org

Jestem większym niż oni liberałem, ale w porównaniu z pozostałymi partiami, to i tak ogromna różnica.

środa, 10 grudnia 2014

Nihil novi, czyli o tym i owym, nie pomijając polityki i kotów

 Przyglądając się rzeczywistości z perspektywy zbliżającej się rocznicy wprowadzenia stanu wojennego oraz niedawno obchodzonej pierwszych częściowo wolnych wyborów, mam wrażenie, że nie mieszczę się w kategoriach tego kraju i nie bardzo się z nim potrafię utożsamić, co szczególnie mocno odczuwam po ostatnich wyborach samorządowych. Nie mieszczę się ani w kategoriach programowych i politycznych partii rządzących, ani opozycyjnych, nie akceptuję bezkrytycznej wierności i służalczości jednych i drugich, nie akceptuję także języka, jakim raczą ich przedstawiciele politycznych przeciwników. Gdy trzydzieści lat temu tęskniliśmy za demokracją, gdy czyniliśmy wszystko, by do Polski zawitała, nie znałem wówczas jej drugiego, szyderczego oblicza. Wprawdzie ten czy inny z moich znajomych przekonuje mnie niekiedy, że to nie demokracja zawodzi, a ludzie, to choć zgadzam się co do tych ludzi, zwłaszcza tych, których ceniłem w latach opozycji, a którzy z taką łatwością zmieniają teraz poglądy i sojusze, to co do samej demokracji nie sposób również nie mieć zastrzeżeń, bo przecież demokracja, to właśnie ludzie. To oni wybierają i kształtują rzeczywistość.
Nie będę jednak pastwił się nad demokracją, czynili to więksi ode mnie, by wspomnieć tylko Platona przed wiekami czy Alexisa de Tocqueville'a w XIX stuleciu (a nie należeli oni do wyjątków), dodam jedynie, że niekiedy mam wrażenie, iż Polska na mapie światowej demokracji jest miejscem, w którym obnażane są jej najbardziej gorszące a czasem niespodziewane cechy, miejscem, w którym wszystko co może pójść źle, idzie jeszcze gorzej. Aż dziw, że świat nie testuje u nas swych społecznych koncepcji i wynalazków, gdyż jeśli ktokolwiek jest w stanie znaleźć w nich najdrobniejszą niedoskonałość, to na pewno polskie władze wypróbowując je na żywym organizmie polskiego narodu, tak jak to się stało w przypadku ostatnich wyborów samorządowych. W gruncie rzeczy budżet mógłby zarobić niezłe pieniądze czyniąc z Polski taki poligon doświadczalny i pobierając za to opłaty.
Zostawiam współczesne oblicze polskiej demokracji, nie zostawię jednak tego tematu tak zupełnie, bo nasunął on mi się podczas lektury „Dzienników” Marii Dąbrowskiej. W 1921 roku, gdy Polska po latach niewoli odzyskała niepodległość i zagościła w niej demokracja, autorka pisała: „Czym jest Polska? Straszliwe złodziejstwo, szwindle i nadużycia. Obracanie na własną korzyść powierzonymi państwowymi pieniędzmi, to jedno z najmniejszych przestępstw. Obok złodziejstwa – niedołęstwo, nieporządek, nieład”. A w kwietniu 1929 roku, po lekturze artykułu „Dno oka” autorstwa Józef Piłsudskiego, komentowała: „Marszałek Piłsudski ogłosił artykuł, w którym najgorszymi wyrazami zezwał (zachowuję oryginalną pisownię – przyp. aut.) od ostatnich cały sejm, [...], a ostatecznie – lżył, jak zawsze, cały naród. […] Tak nie przemawia wielkość, tak może przemawiać istotnie człowiek chory, to nie jest styl świętego gniewu”. Gdyby nie daty, nie postać, o której pisała, słowa te pasowałyby jak ulał do dzisiejszej polityki i niektórych jej „autorytetów”. Jak przekleństwo zatacza nad Polską kręgi ten bumerang samolubstwa i interesowności.
Dlaczego jednak teraz dopiero zabrałem się za lekturę „Dzienników” Dąbrowskiej? Choć tak lubię raptularze i wspomnienia? Bo dopiero niedawno ukazało się pierwsze pełne wydanie jej zapisków, wcześniej to były wyjątki, najpierw przeczesane przez cenzurę, potem ograniczone do fragmentów. Teraz wydała je Polska Akademia Nauk w nakładzie zaledwie trzystu egzemplarzy. Pobrałem je w postaci elektronicznej z sieci, z witryny Uniwersytetu Śląskiego. Nie wiem, czy tak w ogóle wolno, ale nie mogłem się oprzeć, chętnie bym zresztą za nie zapłacił, ale gdzie i jak?
To niezwykła lektura, bez przypisów, bez uwspółcześnienia języka, czysty żywy zapis, taki, jak w oryginale. Gigantyczne dzieło liczące kilkanaście tomów, wydane w celach naukowych, tak też, skromnie, traktuję swoją jego lekturę. Przyjmuję, że też czytam je „naukowo” i nie popełniam wykroczenia, choć, jak wspomniałem, zawsze gotów będę za nie zapłacić, gdy tylko będzie taka możliwość. Szkoda, że tej pozycji nie udostępniono za odpłatnością dla każdego zainteresowanego.
Podczas lektury „Dzienników” towarzyszą mi przedziwne uczucia, bo poraża mnie niekiedy ich szczerość, gdy Dąbrowska pisze o sprawach intymnych. Prawdę mówiąc, te fragmenty najchętniej bym pomijał, bo napełniają mnie pewnym zażenowaniem, zwłaszcza gdy bez ogródek opisuje swoje homoseksualne fascynacje. Ale nie chcę zgubić ciągłości, a siłą tej prozy są opisy odległej już rzeczywistości, fakty, wydarzenia, a przede wszystkim ludzie, im bliżej naszych czasów, tym częściej znani. Te codzienne i monumentalne zapiski, choć niekiedy zupełnie błahe, miewają genialne fragmenty i porażają trafnością spostrzeżeń. Dąbrowska, bez wątpienia, była niezwykle bystra i inteligentna. „Dzienniki” w moim przekonaniu, przynajmniej w wielu fragmentach, znacznie przewyższają jej prozę, do której lektury zmusza się do dzisiaj uczniów. Tamta jest uładzona, ta żywa i bezpośrednia.
No i tak zawędrowałem od współczesności i polityki do „Dzienników”, ale na usprawiedliwienie dodam, że w gruncie rzeczy wszystko jest polityką. Nawet jej unikając, wyraża się o niej opinię, może właśnie wtedy najbardziej dosadną.

Piszę, a między mną i klawiaturą laptopa, na moich kolanach pomrukuje Mufka, znaleziona niegdyś na dworze koteczka o delikatnym jak aksamit futerku, której jedynym mam wrażeniem celem w życiu, jest przytulanie się do ludzi. Jest bezpośrednia i przecudna w tym swoim pragnieniu bliskości. Obok, na tapczanie, leży Mugol, też dachowiec. Trąca mnie łapką, bym nie zapominał go od czasu do czasu pogłaskać, ale w Mugolu nie ma nic z bezpośredniości i nachalności, to kot arystokrata, indywidualista. Długo trwało, nim nawiązaliśmy przyjaźń, ale i teraz, gdy ma niemal czternaście lat, zachować potrafi dystans. Koty są piękne, przyjacielskie, a każdy, jak człowiek, ma inny charakter. Chyba będę musiał poświęcić im kiedyś osobny wpis. Czasem mi się wydaje, że bardziej na to zasługują, niż ludzie.

środa, 17 września 2014

Rozstanie z Donaldem

 Być może jesteśmy, przynajmniej na pewien czas, świadkami końca dominacji Donalda Tuska w polskiej polityce. Gdy siedem lat temu obejmował stanowisko premiera, uważany był, zresztą za własnym życzeniem, za liberała, zwolennika decentralizacji i ograniczania roli państwa. Po siedmiu latach sprawowania urzędu odchodzi postrzegany raczej jako socjalista i afirmant silnej władzy centralnej. Siedem lat, bez względu na to czy były tłuste (zdaniem PO), czy chude (zdaniem PiS i pozostałych partii opozycyjnych), odmieniły Tuska nie do poznania. Pytanie, które zadaję sobie nie tylko ja, ale i wielu innych Polaków, brzmi: czy to władza odmieniła Donalda Tuska, czy wcześniejsze głoszenie liberalnych poglądów było tylko swoistym politycznym kamuflażem, mającym prowadzić do zajmowania ważnego miejsca w polityce? Chyba tylko on jeden zna odpowiedź. Bez względu na to, jak było naprawdę (a wolę myśleć, że to władza zmieniła ideowca w zręcznego manipulatora) faktem jest, że Donald, którego poznałem na początku lat osiemdziesiątych, już nie istnieje. Żałuję, ale przywykłem do tego, że zmienia się i świat, i ludzie.
Platforma prawdopodobnie przegra najbliższe wybory samorządowe, a za rok także parlamentarne, ale nie sądzę, by politycy PiS po objęciu władzy cokolwiek istotnego zmienili. Mam wrażenie, że poza krytyką i patriotyczną retoryką, niewiele już w tej chwili różnią się od PO. Jarosław Kaczyński także lubi sterować wszystkim samodzielnie, a w jego ustach hasło „Polska solidarna” jest synonimem Polski socjalistycznej, w którym jedna część społeczeństwa płaci za drugą.
W gruncie rzeczy wszystkie liczące się ugrupowania kochają centralizm i odwoływanie się do patriotyzmu i ojczyzny. „Polska Jest Najważniejsza”, „Solidarna Polska”, Polska Razem”, to tylko przykłady haseł, które zamieniają się w nazwy partii. A dla mnie, proszę mi wybaczyć, nie Polska jest najważniejsza, tylko jej mieszkańcy. Bo państwo wtedy jest ważne, gdy wszystkim obywatelom, a nie odwrotnie. A służenie ludziom nie polega na obciążaniu ich kolejnymi podatkami. Dla mądrych przywódców to budżety rodzin, nie budżet państwa, powinny stanowić najważniejszy cel. A dobrzy obywatele szanują ojczyznę, bo dba o to, co kochają, a nie poucza, co powinni kochać.
Mam obawy, że rozstanie Polski z Tuskiem i Platformą jako partią rządzącą, niewiele zmieni z punktu widzenia przeciętnego jej mieszkańca, nie zlikwiduje zmory kolejek do lekarzy specjalistów i czasu oczekiwania na zabiegi, nie zwiększy dochodów polskich rodzin, ani znacząco nie zmniejszy bezrobocia. Tego nie można uczynić bez głębokiej zmiany polityki gospodarczej, a nawet wtedy nie nastąpi to od razu.

Nie ma zatem powodu się przejmować, po prostu nadal należy robić swoje.

wtorek, 24 czerwca 2014

Tryumf chamstwa na salonach

 Mniej więcej dwa tygodnie temu, w każdym razie już po wyborach do parlamentu europejskiego, jeden z moich znajomych podczas rozmowy, która zahaczyła o tematy polityczne, wyraził obawy, czy obraz Polski nie ucierpi z powodu wystąpień przed tak licznym gronem Janusza Korwin-Mikkego. Stwierdził, że podziela znaczną część jego poglądów gospodarczych, ale obawia się wypowiedzi Mikkego i sposobu ich werbalizacji, a także głoszenia opinii, które nie mają nic wspólnego z gospodarką, a są mocno kontrowersyjne. Uspokajałem go, że w każdym gronie przydaje się postać, która może powiedzieć więcej niż inni, bo nie traktuje się jej do końca poważnie, ale jednocześnie daje do myślenia. Wiedzieli o tym dawni władcy utrzymując na swym dworze błaznów, z których niejeden, jak choćby polski Stańczyk, zapisał się w historii jako znakomicie zorientowany w sprawach politycznych patriota, a przy tym surowy sędzia królów i możnych. Wyraziłem nadzieję, że nowy polski eurodeputowany tę rolę odegra w europejskim parlamencie.
Podtrzymuję tę opinię, ale dziś, po ostatnio ujawnionych nagraniach czołowych polskich polityków i prezesów państwowych spółek, zdecydowanie mniej surowo oceniam wystąpienia lidera Nowej Prawicy, bo przy języku jakim się posługują w prywatnych rozmowach, Janusz Korwin-Mikke wypada co najmniej blado. Jak pisałem, nie byłem zdziwiony, że tak wyglądają kulisy polskiej polityki (choć nie powinny), ale nie przypuszczałem, że elita polskiej klasy politycznej, najbardziej rozpoznawalni politycy i przedsiębiorcy, rozmawiają tak rynsztokowym językiem. No cóż, wygląda na to, że jaka „elita”, taki język. Choć nie mniej istotne jest, że takim językiem opisują też swoich współpracowników i kolegów. Sięgająca dna degrengolada dotyka jednak nie tylko kultury (czy też raczej jej braku) rządzących, lecz również moralności, co jet tym bardziej przykre, iż pseudo-bohaterowie afery taśmowej i ich przełożeni, w tym Donald Tusk, zdają się tego zupełnie nie dostrzegać i nie widzą powodu, by się kajać. W ich opinii, tak właśnie wygląda troska o ojczyznę – prowadzone w knajpach przy suto zastawionym stole prywatne (jak twierdzą) rozmowy, za które płaci się służbowymi (czyli za pieniądze podatników) kartami. Żenada, jaką mają prawo odczuwać Polacy, to dużo za delikatne słowo.