Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demokracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demokracja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 listopada 2016

I znowu Naród przegłosował Demokrację!

Wypada coś napisać o wyborach w Stanach Zjednoczonych, ale podkreślę od razu, że felieton ten stanowi konstatację wynikającą z obserwacji i nie jest w najmniejszym stopniu jego intencją wyrażaniem sympatii do kogokolwiek i czegokolwiek, a zwłaszcza wspominanych partii, polityków i działaczy. A teraz do rzeczy.
Prof. Jacek Bartyzel w bardzo odległych już czasach napisał felieton zatytułowany „Lament nad koleżanką Demokracją”. Przyglądając się wydarzeniom ostatniego roku (czy nieco ponad), nie sposób znaleźć równie trafnego określenia dla co jakiś czas pojawiającej się histerii u tzw. obrońców demokracji. Wybór na czterdziestego piątego prezydenta USA Donalda Trumpa stworzył kolejną okazję do lamentu, bo po raz kolejny okazuje się, że demokracja rozkwita w pełni tylko wtedy, gdy wygrywa „właściwy” kandydat, a tu na nieszczęście Jaśnie Oświecona Koleżanka Demokracja została przegłosowana przez naród! A co gorsza, w uczciwych wyborach, co ze smutkiem przyznać musieli nawet obserwatorzy OBWE (to zabawne, że do ojczyzny współczesnej demokracji pojechali europejscy urzędnicy, sprawdzać, czy Amerykanie nie oszukują). Ale i tak polamentować warto, bo przecież znowu przegrała Demokracja!
W nagłówkach portali czytam zatem dzisiaj: „Nowy Jork jeszcze się nie otrząsnął”, „Amerykanie wyszli na ulicę”, „Czy wybory prezydenckie w USA były uczciwe?”, „Protest przeciw Trumpowi. Ludzie na ulicach”, „W USA wrze po wyborze Donalda Trumpa” – to tylko kilka polskich przykładów, podobnie jest na stronach obcojęzycznych.
Przypomina mi się podobny atak histerii, gdy w 2000 roku w wyborach w Austrii 26% głosów  zdobyła Partia Wolności (dokładniej: Freiheitliche Partei Österreichs), której przewodniczył Jörg Haider. Doprowadziło to do trwającego przez rok bojkotu Austrii przez Unię Europejską, bez szczególnego, należy dodać, powodu, ot w ramach skarcenia Austriaków.
Podobny atak medialnej histerii i wspieranych przez media polityków i działaczy miał miejsce w Polsce po zwycięstwie Andrzeja Dudy i PiS, następny po niewłaściwym głosowaniu Brytyjczyków w sprawie wystąpienia z Unii. Wszędzie tam przegrała Demokracja!
Ameryka miała już najróżniejszych prezydentów, a nadal ma się lepiej niż niejeden kraj Unii Europejskiej, a nawet wszystkie one razem, Austria też przetrwała i dobrze sobie radzi, w Polsce nikt za poglądy nie trafia do więzień i nie powstają obozy internowania dla „Demokratów”, co do przyszłości Wielkiej Brytanii mniej mam obaw, niż co do przyszłości Unii Europejskiej w obecnym kształcie i pod obecnymi rządami. 
Panie i Panowie Jaśnie Oświeceni, musicie zaufać koleżance Demokracji i jej wyborom, albo przestać się do niej umizgiwać, bez względu na to, z kim w danej chwili ogłosiła zaręczyny. I uświadomić sobie, że nie bywa stała w uczuciach – równie często wiąże się z kimś, jak i rozwodzi, taką ma osobowość. Mnie Panna (lekkich obyczajów) Demokracja nie bardzo się podoba, wolę dziewczyny z charakterem.

wtorek, 3 maja 2016

Blaski i cienie Konstytucji 3 Maja

 Przedziwną i niezwykłą legendą obrosła Konstytucja 3 Maja w zbiorowej świadomości Polaków, stając się symbolem wolności i i demokracji, choć w istocie swojej była właśnie czymś zupełnie przeciwnym, gdyż nie tylko wolność ograniczała, ale i oddawała władzę królewską w ręce niemieckiej dynastii (a dokładniej saskiej od Fryderyka Augusta poczynając), która przejąć miała władzę po śmierci Stanisława Augusta. Nie dość na tym, saskiej dynastii zapewniała wieczystą władzy królewskiej nad Polską dziedziczność. Znoszono zatem istniejącą od 1573 roku obieralność (elekcję) królów Polski, co było widomym przykładem odstąpienia od zasad demokracji.
Źródło: Wikipedia
W Wikipedii można wyczytać: Powszechnie przyjmuje się, że Konstytucja 3 maja była pierwszą w Europie i drugą na świecie (po konstytucji amerykańskiej z 1787 r.) nowoczesną, spisaną konstytucją”. Na czym zatem polega nowoczesność tej i amerykańskiej konstytucji, skoro jedna zasadniczo rożni się od drugiej? Konstytucja amerykańska wprowadzała demokrację w każdym aspekcie, trzeciomajowa przeciwnie, od demokracji uciekała, bo polskie elity tamtych czasów przekonane były, że ratunkiem dla kraju jest odejście od obieralności w wyborach głównego władcy.
A jakby tego było mało, przypomnieć należy, że konstytucja trzeciomajowa była nietolerancyjna. W pierwszym artykule, przyjmując dzisiejszą terminologię, oznajmiała: „Religią narodową panującą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkimi jej prawami; przejście od wiary panującej do jakiegokolwiek wyznania jest zabronione pod karami apostazji”.
Co zatem się stało, że tak bardzo bliska jest wszystkim partiom i ludziom, zwolennikom rządzących i opozycji, ten dokument sprzed ponad 200 lat? Jedynym wyjaśnieniem zdaje się być fakt, że większość ludzi po prostu nie zna jej treści, a jedynie przyklaskuje powielanym w środkach przekazu i podręcznikach sformułowaniom typu: „wielka konstytucja”, „zniesienie liberum veto”, „pierwsza w Europie” i tak dalej.
Kierujemy się obiegowymi stwierdzeniami, zakorzenionymi poglądami przekazywanymi przez innych i nie staramy się ich weryfikować. Nie świadczy to o nas najlepiej, bez zastrzeżeń wierzymy opiniom autorytetów, zamiast sprawdzać, czy są prawdziwe.
Nie znaczy to, by Konstytucja 3 Maja nie była wartościowym dokonaniem, jednak jej wartości szukać należy nie tam, gdzie dzisiaj próbuje się je wskazywać. Jej wielkość polega właśnie na sztuce rezygnacji z własnych uprawnień elit i szlachty na rzecz skutecznie sprawowanej władzy, odejściu od demokracji na rzecz silnej władzy wykonawczej (wtedy jeszcze w osobie króla), a przy tym dziedzicznej, a nie jak dotąd obieranej przez szlachtę. Takie rozwiązanie zapewniało jej ciągłość, a przy tym niezależność od nastrojów społecznych.
Konstytucja wówczas napisana ma jeszcze jedną wielką zaletę, o której zapomniano pisząc obecnie w Polsce obowiązującą, czyli powoływała senat nie w wyborach (znów odstępstwo od demokracji) ale złożony „z biskupów, wojewodów, kasztelanów i ministrów pod prezydencyją króla”. Ten sposób stanowienia Izby Senatorskiej miał trzy niepodważalne zalety: pozwalał senatorom patrzeć na uchwalane dokumenty z perspektywy własnych doświadczeń w sprawowaniu urzędów i bez konieczności przypodchlebiania się wyborcom; uodparniał je na zmiany nastrojów społecznych, gdy w sejmu większość zdobywało opozycyjne dotąd stronnictwo, a co za tym idzie zapewniał ciągłość działania urzędów.
Konstytucja 3 Maja w zasadzie nie została nigdy wypróbowana w działaniu, nie było więc okazji przyjrzeć się jej słabościom, więc stała się mitem, piękną przypowieścią o pięknym ustroju, który mógłby zapanować. Ale świętując tradycję jej ustanowienia nie można też zapominać, że właśnie jej uchwalenie stało się przyczyną jej upadku i ostatniego etapu zaborów, który całkowicie pozbawił Polskę niepodległości. Bo o jednym wówczas zapomniano, tak jak i dzisiaj się zapomina, o kompromisie z opozycją, która stanęła w obronie poprzedniego ustroju, zmiany uważając za despotyczne. Seweryn Rzewuski napisał o tym akcie, że: „kajdany nasze są zawsze kajdanami, a włożone ręką obcą lub domową równie ciężą”. Srogą Polska zapłaciła cenę za manipulację, jakiej dopuszczono się przy uchwalaniu ustawy zasadniczej (w zasadzie dokonano tego przez zamach stanu, przyspieszając dzień uchwalenia, by nie zdążyli przybyć posłowie sprzeciwiający się jej treści). Zasiano wiatr i w rezultacie zebrano burzę, co nieuchronni nasuwa skojarzenia z ze współczesnością, a ściślej działaniami poprzedniego sejmu, który zmieniał ustawę o Trybunale Konstytucyjnym na swoją modłę, a dziś protestuje, gdy obecna większość postępuje tak samo (nie rozstrzygam tu słuszności zmian, a jedynie przypominam działania). Tamta pierwsza Polska konstytucja przypominać powinna, że tylko kompromis może uchronić przed kłopotami i zapewnić powodzenie, co wziąć powinni sobie do serca wszyscy politycy, bez względu na wyznawane poglądy. Ale obawiam się, że w te opinii jestem odosobniony.

czwartek, 26 listopada 2015

Zwycięstwo złej demokracji, czyli "Kości zostały rzucone"

 Zostały rzucone nocą rękoma PiS i sądzę, że nie najlepiej się stało, iż odbyło się to w sposób tak nagły, bez możliwości zastanowienia się nad skutkami. Niemniej nie rwałbym włosów z głowy i nie posunąłbym się do twierdzenia, iż ogranicza się demokrację, potrzeba na to mocniejszych argumentów, bo to co się stało było przecież manifestacją demokratycznie wybranej władzy większości. Jest to raczej wyraźny przykład na to, że upadają dobre obyczaje, co, niestety, zapoczątkowała Platforma Obywatelska jeszcze w poprzedniej kadencji, a teraz wszyscy obserwujemy tego konsekwencje. PiS w zasadzie jest tylko jej naśladowcą, chociaż znaczenie bardziej zdeterminowanym i posuwającej się chyba już poza granice obowiązującego prawa. Efekt jest taki, że autorytet Trybunału Konstytucyjnego został poważnie naruszony, podobnie jak po raz kolejny autorytet parlamentu polskiego, ale to już chyba nikogo nie dziwi.
Przyznam, że mocno zdegustowany jestem postawą polityków PiS. Nie jestem wprawdzie bezwarunkowym obrońcą prawa stanowionego, bo prawo piszą i stosują ludzie, a ci są omylni. Niemniej złe prawo zmieniać należy zgodnie z przyjętymi procedurami, a nie doraźnymi uchwałami sejmowej większości. Wiele z decyzji wydawanych przez Trybunał Konstytucyjny na przestrzeni ostatnich lat przyjąłem i ze zdumieniem, i z niezadowoleniem, ale jednak nie uważam tego za powód do pospiesznego majstrowania przy misternej konstrukcji systemu prawnego, bo to zazwyczaj kończy się powiększaniem chaosu, którego i tak w polskim ustawodawstwie nie brakuje.

Czekam, co będzie dalej. Jak zachowa się PiS? Czy po pierwszej napędzanej dotychczasową niemocą fali gniewu na PO nastąpi w jej szeregach uspokojenie, czy fala przerodzi się w sztorm? Wolałbym nie być świadkiem kolejnej męczącej wojny na górze, gdy wycina się wszystko, co pozostawili po sobie poprzednicy (bez względu na słuszność), zamiast poprawiać i budować.

środa, 10 grudnia 2014

Nihil novi, czyli o tym i owym, nie pomijając polityki i kotów

 Przyglądając się rzeczywistości z perspektywy zbliżającej się rocznicy wprowadzenia stanu wojennego oraz niedawno obchodzonej pierwszych częściowo wolnych wyborów, mam wrażenie, że nie mieszczę się w kategoriach tego kraju i nie bardzo się z nim potrafię utożsamić, co szczególnie mocno odczuwam po ostatnich wyborach samorządowych. Nie mieszczę się ani w kategoriach programowych i politycznych partii rządzących, ani opozycyjnych, nie akceptuję bezkrytycznej wierności i służalczości jednych i drugich, nie akceptuję także języka, jakim raczą ich przedstawiciele politycznych przeciwników. Gdy trzydzieści lat temu tęskniliśmy za demokracją, gdy czyniliśmy wszystko, by do Polski zawitała, nie znałem wówczas jej drugiego, szyderczego oblicza. Wprawdzie ten czy inny z moich znajomych przekonuje mnie niekiedy, że to nie demokracja zawodzi, a ludzie, to choć zgadzam się co do tych ludzi, zwłaszcza tych, których ceniłem w latach opozycji, a którzy z taką łatwością zmieniają teraz poglądy i sojusze, to co do samej demokracji nie sposób również nie mieć zastrzeżeń, bo przecież demokracja, to właśnie ludzie. To oni wybierają i kształtują rzeczywistość.
Nie będę jednak pastwił się nad demokracją, czynili to więksi ode mnie, by wspomnieć tylko Platona przed wiekami czy Alexisa de Tocqueville'a w XIX stuleciu (a nie należeli oni do wyjątków), dodam jedynie, że niekiedy mam wrażenie, iż Polska na mapie światowej demokracji jest miejscem, w którym obnażane są jej najbardziej gorszące a czasem niespodziewane cechy, miejscem, w którym wszystko co może pójść źle, idzie jeszcze gorzej. Aż dziw, że świat nie testuje u nas swych społecznych koncepcji i wynalazków, gdyż jeśli ktokolwiek jest w stanie znaleźć w nich najdrobniejszą niedoskonałość, to na pewno polskie władze wypróbowując je na żywym organizmie polskiego narodu, tak jak to się stało w przypadku ostatnich wyborów samorządowych. W gruncie rzeczy budżet mógłby zarobić niezłe pieniądze czyniąc z Polski taki poligon doświadczalny i pobierając za to opłaty.
Zostawiam współczesne oblicze polskiej demokracji, nie zostawię jednak tego tematu tak zupełnie, bo nasunął on mi się podczas lektury „Dzienników” Marii Dąbrowskiej. W 1921 roku, gdy Polska po latach niewoli odzyskała niepodległość i zagościła w niej demokracja, autorka pisała: „Czym jest Polska? Straszliwe złodziejstwo, szwindle i nadużycia. Obracanie na własną korzyść powierzonymi państwowymi pieniędzmi, to jedno z najmniejszych przestępstw. Obok złodziejstwa – niedołęstwo, nieporządek, nieład”. A w kwietniu 1929 roku, po lekturze artykułu „Dno oka” autorstwa Józef Piłsudskiego, komentowała: „Marszałek Piłsudski ogłosił artykuł, w którym najgorszymi wyrazami zezwał (zachowuję oryginalną pisownię – przyp. aut.) od ostatnich cały sejm, [...], a ostatecznie – lżył, jak zawsze, cały naród. […] Tak nie przemawia wielkość, tak może przemawiać istotnie człowiek chory, to nie jest styl świętego gniewu”. Gdyby nie daty, nie postać, o której pisała, słowa te pasowałyby jak ulał do dzisiejszej polityki i niektórych jej „autorytetów”. Jak przekleństwo zatacza nad Polską kręgi ten bumerang samolubstwa i interesowności.
Dlaczego jednak teraz dopiero zabrałem się za lekturę „Dzienników” Dąbrowskiej? Choć tak lubię raptularze i wspomnienia? Bo dopiero niedawno ukazało się pierwsze pełne wydanie jej zapisków, wcześniej to były wyjątki, najpierw przeczesane przez cenzurę, potem ograniczone do fragmentów. Teraz wydała je Polska Akademia Nauk w nakładzie zaledwie trzystu egzemplarzy. Pobrałem je w postaci elektronicznej z sieci, z witryny Uniwersytetu Śląskiego. Nie wiem, czy tak w ogóle wolno, ale nie mogłem się oprzeć, chętnie bym zresztą za nie zapłacił, ale gdzie i jak?
To niezwykła lektura, bez przypisów, bez uwspółcześnienia języka, czysty żywy zapis, taki, jak w oryginale. Gigantyczne dzieło liczące kilkanaście tomów, wydane w celach naukowych, tak też, skromnie, traktuję swoją jego lekturę. Przyjmuję, że też czytam je „naukowo” i nie popełniam wykroczenia, choć, jak wspomniałem, zawsze gotów będę za nie zapłacić, gdy tylko będzie taka możliwość. Szkoda, że tej pozycji nie udostępniono za odpłatnością dla każdego zainteresowanego.
Podczas lektury „Dzienników” towarzyszą mi przedziwne uczucia, bo poraża mnie niekiedy ich szczerość, gdy Dąbrowska pisze o sprawach intymnych. Prawdę mówiąc, te fragmenty najchętniej bym pomijał, bo napełniają mnie pewnym zażenowaniem, zwłaszcza gdy bez ogródek opisuje swoje homoseksualne fascynacje. Ale nie chcę zgubić ciągłości, a siłą tej prozy są opisy odległej już rzeczywistości, fakty, wydarzenia, a przede wszystkim ludzie, im bliżej naszych czasów, tym częściej znani. Te codzienne i monumentalne zapiski, choć niekiedy zupełnie błahe, miewają genialne fragmenty i porażają trafnością spostrzeżeń. Dąbrowska, bez wątpienia, była niezwykle bystra i inteligentna. „Dzienniki” w moim przekonaniu, przynajmniej w wielu fragmentach, znacznie przewyższają jej prozę, do której lektury zmusza się do dzisiaj uczniów. Tamta jest uładzona, ta żywa i bezpośrednia.
No i tak zawędrowałem od współczesności i polityki do „Dzienników”, ale na usprawiedliwienie dodam, że w gruncie rzeczy wszystko jest polityką. Nawet jej unikając, wyraża się o niej opinię, może właśnie wtedy najbardziej dosadną.

Piszę, a między mną i klawiaturą laptopa, na moich kolanach pomrukuje Mufka, znaleziona niegdyś na dworze koteczka o delikatnym jak aksamit futerku, której jedynym mam wrażeniem celem w życiu, jest przytulanie się do ludzi. Jest bezpośrednia i przecudna w tym swoim pragnieniu bliskości. Obok, na tapczanie, leży Mugol, też dachowiec. Trąca mnie łapką, bym nie zapominał go od czasu do czasu pogłaskać, ale w Mugolu nie ma nic z bezpośredniości i nachalności, to kot arystokrata, indywidualista. Długo trwało, nim nawiązaliśmy przyjaźń, ale i teraz, gdy ma niemal czternaście lat, zachować potrafi dystans. Koty są piękne, przyjacielskie, a każdy, jak człowiek, ma inny charakter. Chyba będę musiał poświęcić im kiedyś osobny wpis. Czasem mi się wydaje, że bardziej na to zasługują, niż ludzie.

czwartek, 30 stycznia 2014

Wolna Ukraina

 Nie doceniłem Ukraińców. Wydawało mi się, że tylko Polacy tak długo i z taką determinacją potrafią walczyć o wolność, nie miałem racji.
Dlaczego wysiłki Ukraińców cieszą się wśród Polaków tak dużym wsparciem? Po pierwsze, Polakom nigdy nie był obojętny los narodów starających się zrzucić tyranię. Motto, „Za Waszą wolność i naszą” pojawiało się na sztandarach powstańców listopadowych i wojskach dowodzonych przez Józefa Bema na Węgrzech w 1948 r. Po drugie, sytuacja na Ukrainie przypomina tę z lat osiemdziesiątych w Polsce, gdy stan wojenny wprowadził Wojciech Jaruzelski – manifestacje, strajki i ofiary reżimu nadal żywo tkwią w naszej pamięci.
Polacy pamiętają jednak o jeszcze jednym fakcie, mianowicie o tym, jak istotne dla naszej walki było wsparcie udzielane nam w latach 80. przez przywódców Zachodu, m.in. Ronalda Reagana, Margaret Thatcher czy Helmuta Kohla. Tysiące mieszkańców Zachodu zaangażowanych było w niesienie Polakom pomocy, płynęła do nas nie tylko żywność, ale także sprzęt poligraficzny i pieniądze dla demokratycznej opozycji. Czujemy się zobowiązani odwzajemnić to teraz innemu walczącemu o wolność i demokrację narodowi.
Nie wiadomo, jak zakończy się ukraińska rewolucja, sytuacja zdaje się wciąż balansować na granicy równowagi, która zamienić się może w czarny scenariusz dyktatury sił specjalnych lub, w co wierzę, porozumienie prowadzące do wolnych wyborów prezydenckich i parlamentarnych.
Trafiają się, niezbyt częste na szczęście opinie, że obecne wystąpienia na Ukrainie są buntem przeciwko legalnie wybranej władzy. Śmiem nieco wątpić, biorąc pod uwagę, jak wiele zgłoszono po ostatnich wyborach protestów, czy były one do końca uczciwe i transparentne. Ale nawet jeśli tak, istotą demokracji jest właśnie to, że wyborcy zmieniać mogą opinię, a gdy do tego dochodzi, zmienia się też sytuacja polityczna, a wtedy jedynym właściwym rozwiązaniem jest ogłoszenie kolejnych wyborów, bo tylko one mogą zweryfikować prawdę o sympatiach i antypatiach obywateli. Jeśli nadal większość uważa za słuszną politykę Janukowycza, nie ma się czego obawiać, wręcz przeciwnie, udowodniłby światu, że nadal ma prawo dysponować powierzonym mu przez naród mandatem. Przegrana zdecydowałaby natomiast o jego odejściu. W jednej czy drugiej sytuacji któraś ze stron musiałby przełknąć gorzką pigułkę przegranej, ale zapobiegłoby to eskalacji przemocy i groźbie otwartego wewnętrznego konfliktu.

Sercem jestem z protestującymi Ukraińcami i ich prawem do decydowania o losach własnej ojczyzny.