wtorek, 24 czerwca 2014

Tryumf chamstwa na salonach

 Mniej więcej dwa tygodnie temu, w każdym razie już po wyborach do parlamentu europejskiego, jeden z moich znajomych podczas rozmowy, która zahaczyła o tematy polityczne, wyraził obawy, czy obraz Polski nie ucierpi z powodu wystąpień przed tak licznym gronem Janusza Korwin-Mikkego. Stwierdził, że podziela znaczną część jego poglądów gospodarczych, ale obawia się wypowiedzi Mikkego i sposobu ich werbalizacji, a także głoszenia opinii, które nie mają nic wspólnego z gospodarką, a są mocno kontrowersyjne. Uspokajałem go, że w każdym gronie przydaje się postać, która może powiedzieć więcej niż inni, bo nie traktuje się jej do końca poważnie, ale jednocześnie daje do myślenia. Wiedzieli o tym dawni władcy utrzymując na swym dworze błaznów, z których niejeden, jak choćby polski Stańczyk, zapisał się w historii jako znakomicie zorientowany w sprawach politycznych patriota, a przy tym surowy sędzia królów i możnych. Wyraziłem nadzieję, że nowy polski eurodeputowany tę rolę odegra w europejskim parlamencie.
Podtrzymuję tę opinię, ale dziś, po ostatnio ujawnionych nagraniach czołowych polskich polityków i prezesów państwowych spółek, zdecydowanie mniej surowo oceniam wystąpienia lidera Nowej Prawicy, bo przy języku jakim się posługują w prywatnych rozmowach, Janusz Korwin-Mikke wypada co najmniej blado. Jak pisałem, nie byłem zdziwiony, że tak wyglądają kulisy polskiej polityki (choć nie powinny), ale nie przypuszczałem, że elita polskiej klasy politycznej, najbardziej rozpoznawalni politycy i przedsiębiorcy, rozmawiają tak rynsztokowym językiem. No cóż, wygląda na to, że jaka „elita”, taki język. Choć nie mniej istotne jest, że takim językiem opisują też swoich współpracowników i kolegów. Sięgająca dna degrengolada dotyka jednak nie tylko kultury (czy też raczej jej braku) rządzących, lecz również moralności, co jet tym bardziej przykre, iż pseudo-bohaterowie afery taśmowej i ich przełożeni, w tym Donald Tusk, zdają się tego zupełnie nie dostrzegać i nie widzą powodu, by się kajać. W ich opinii, tak właśnie wygląda troska o ojczyznę – prowadzone w knajpach przy suto zastawionym stole prywatne (jak twierdzą) rozmowy, za które płaci się służbowymi (czyli za pieniądze podatników) kartami. Żenada, jaką mają prawo odczuwać Polacy, to dużo za delikatne słowo.

wtorek, 17 czerwca 2014

Zaskakujące zaskoczenie

 Zaskakuje mnie zaskoczenie. Zabawne, prawda? Ale naprawdę zaskakuje mnie, że dziennikarze dziwią się, iż polityka odbywa się w ten właśnie sposób, w jaki pokazały to nagrania ujawnione przez „Wprost” . Dlatego mnie to ani nie zdziwiło, ani nie zaskoczyło. Tak wygląda „troska o kraj”, o której mówił Pan Belka. Takie tajemnice, jak Pan Nowak, skrywają politycy. Gdzie znajdują swoje miejsce politycy, tacy jak Pan Parafianowicz (obiecujący Panu Nowakowi zbadanie sprawy związanej z kontrolą jego żony) po zwolnieniu z politycznego stanowiska? Oczywiście, w spółkach Skarbu Państwa. Pisałem o tym, gdy starałem się podsumować ćwierćwiecze wolności.
A teraz przewrotnie – ani dziennikarzy, ani innych inteligentnych ludzi (co nie znaczy, że wszyscy dziennikarze są inteligentni) nie mógł zaskoczyć fakt, że w ten sposób, jaki ukazały to ujawnione nagrania, robi się politykę. Tak się to właśnie odbywa, a nagrania to tylko udowadniają. Dzięki nim czasem ktoś traci władzę (jak socjaliści na Węgrzech), ale nie w Polsce. W Polsce, jest to tylko troska o kraj, a pie... Rada Polityki Pieniężnej (jak się raczył wyrazić Prezes NBP), to tylko słowny wypadek przy pracy. Pan Belka przeprosi, pokaja się, i wszystko będzie dobrze. Urząd Skarbowy zajmie się Panem Nowakiem (współczuję mu) i przykładnie ukarze go za wszystko, co zrobił, i czego nie zrobił, by pokazać Polakom, że takich „przekrętasów” praworządna Polska tolerować nie będzie.
W całej tej aferze, za którą nikt nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności (poza, ewentualnie osobami, które dokonały tych nagrań, jeśli się ich uda wyśledzić), chyba że trzeba będzie znaleźć kozła ofiarnego (np. Pana Sienkiewicza). Najwyżej zbeszta się kilka osób, by opinia publiczna miała satysfakcję. I tyle, świat będzie się kręcił dalej, politycy będą się spotykali i nadal rozmawiali o Polsce tym samym językiem, tyle że będą bardziej czujni.
Ale w tym całym zamieszaniu umyka jedna rzecz istotna, którą zwerbalizował Pan Sienkiewicz: budżet państwa jest na dnie (!) i, zgodnie z jego proroctwem, na dnie będzie co najmniej do końca 2015 roku (a ja myślę, że znacznie dłużej). Co gorsza, nie pomogła kradzież 150 mld. złotych oszczędności Polaków w OFE. Trzeba było się zwrócić jeszcze o wsparcie do NBP. A że sprawa wyszła na jaw, i wsparcie nie będzie takie proste, należy się spodziewać kolejnych obciążeń obywateli, by tylko utrzymać budżet w ryzach. I rządy Platformy u władzy.

Donald Tusk, oczywiście, o niczym nie wie, jest jak car, którego ciągle oszukują najbliżsi współpracownicy. Wszystkich złych (czytaj: pozwalających się ujawnić), natychmiast usuwa. Sam jest nieskazitelny.

niedziela, 15 czerwca 2014

Ćwierć wieku od wyborów – negatywnie

 Wracając do „za” i „przeciw” (vide: poprzedni wpis), niestety, niemal w każdej beczce miodu trafi się przynajmniej jedna łóżka dziegciu, a w Polsce po dwudziestu pięciu latach, które upłynęły od pierwszych powojennych wyborów do których zaproszono opozycję, tych łyżek jest znacznie więcej. Nawet trudno się zdecydować, od czego zacząć.
1. Pierwszą przykrą niespodzianką była obserwacja, z jaką łatwością niedawni opozycjoniści, niegdyś zagorzali ideowcy, w tym także moi koledzy, wchodzili w rządowo-parlamentarne układy i przyswajali sobie mechanizmy władzy. Czynili to niemal wszyscy, bez względu na proweniencję polityczną. Czas ich transformacji w homo politicus następował niebywale szybko, jakby od dawna czekali na zmianę warty.
Oczywiście, w samym zajmowaniu się polityką, zwłaszcza gdy ma ona umożliwić wcielenie w życie głoszonych wcześniej ideałów, nie byłaby niczym niewłaściwym, gdyby nie lekkość, z jaką zrzucali z siebie garnitur wcześniejszych poglądów czy młodzieńczych marzeń. Każda wolta, każda zmiana poglądów bywa dopuszczalna, jeśli pozwalała utrzymać się w polityce lub, dzięki niej, zdobyć intratne stanowisko w tym czy innym dochodowym przedsięwzięciu. Tempo powstawania „nowej klasy”zaskoczyłaby chyba nawet samego Milovana Dźilasa, i wcale nie musiała mieć, co by go nieco zdziwiło, czerwonej barwy.
2. Kolejnym niemiłym rozczarowaniem jest sposób, w jaki traktuje się zwyczajnych obywateli, którzy stanowią dla „elit” politycznych bezimienny tłum wyborców, który się mami i któremu się wiele obiecuje, bo po wyborach cynicznie łamać obietnice. Nie dość na tym, równie cynicznie ograbia się ich z pieniędzy, by ratować budżet państwa. Wręcz modelowym tego przykładem było odebranie Polakom 150 mld. zł prywatnych oszczędności zgromadzonych w Otwartych Funduszach Emerytalnych. Gdy rząd Jerzego Buzka dokonywał tamtej reformy emerytalnej namawiano do tej formy oszczędzania i obiecywano, że te pieniądze nie tylko staną się nienaruszalną własnością każdego z Polaków, tale będą mogły być dziedziczone. Donald Tusk i Jacek Rostowski nie wahali się złamać tamte obietnice i odebrać Polakom ich oszczędności, cynicznie tłumacząc to dobrem kraju.
Nie inaczej ma się sprawa z podatkami. Niemal każda formacja polityczna obiecywała obniżenie podatków (ci o lewicowych korzeniach tym najmniej zarabiającym) i ich stabilizację. Obiecywali i na tym zazwyczaj się kończyło. Jako pierwszy progi podatkowe zamroził rząd Hanny Suchockiej (co było w istocie zwiększeniem obciążeń podatkowych), a potem jej następcy bez wahania sięgali po ten czy inny sposób drenowania kieszeni Polaków. Z punktu widzenia rządzących społeczeństwo powinno być jak stado owiec, pokorne i zawsze gotowe do ostrzyżenia,
3. Do listy przykrych niespodzianek zaliczyłbym także centralizm. Warszawa decyduje o wszystkim, a w pierwszej kolejności o tym, jak dzielić społeczne pieniądze. Regiony, które osiągają większe dochody, oddawać muszą ich tak znaczną część, że wpadają w finansowe kłopoty. Tę karę za przedsiębiorczość nazwano słusznie „janosikowym”. Samorządy lokalne niewielką mają możliwość kształtowania własnej polityki podatkowej. Najchętniej Warszawa decydowałaby, jak niegdyś Komitet Centralny PZPR o wszystkim (co zresztą jest też tendencją widoczną w UE).
4. Ograniczanie wolności i odpowiedzialności obywatelskiej, to kolejny przykład negatywnych tendencji. Coraz więcej sfer życia regulowanych jest nakazami i zakazami, oczywiście, jak tłumaczą oświeceni politycy, dla dobra obywatela lub, co jeszcze bardziej enigmatyczne, dobra wspólnego. Ot, jeden z ostatnich przykładów – zakaz palenia w prywatnych (sic!) restauracjach. Do restauracji w której się pali, (prywatnej, jeszcze raz podkreślam) nie muszą wchodzić osoby, które chcą uniknąć dymu (w przeciwieństwie do urzędów, gdzie zakaz jest jak najbardziej zasadny). mogą wybrać taką, której właściciel wywiesi wywieszkę, że jest dla niepalących. To właściciel lokalu powinien decydować, czy jest on dla palących, czy nie. Podobno pali mniejszość, więc i lokali z zakazami palenia byłoby więcej. By uniknąć zarzutów o stronniczość zaznaczam, że palenia nie pochwalam, nie chodzi jednak o mnie, a o zasadę wolnego wyboru.
Coraz więcej przestrzeni wolności i decyzji odbiera się obywatelom, choćby decydując o tym, jakie produkty spożywcze trafiać mają do sieci handlowych. Narzuca się przedsiębiorstwom, jak i co mają produkować, co szczególnie widoczne jest w obszarze artykułów spożywczych. Przez setki, ba, tysiące lat pito niepasteryzowane i niehomogenizowane mleko, jedzono wytwarzane pod strzechą sery i ludzkość przetrwała. Poza tym decydować o tym, co je, powinien konsument, jeśli zaryzykuje chwilowym rozstrojem żołądka, to jego sprawa, bo jego żołądek!
5. Gąszcz przepisów utrudniających życie przedsiębiorcom – to kolejny przykład absurdu, bo niekiedy przepisy równych ustaw są ze sobą sprzeczne.
6. Niewydolny system sądowniczy, w którym sprawy wloką się całymi latami.
7. Powszechna kontrola i nasilające się tendencje do wprowadzania państwa powszechnej inwigilacji. W tej dziedzinie rzeczywistość zaczyna przekraczać wyobraźnię Orwella. W jego „Roku 1984” Wielki Brat obserwował obywateli tylko przez telewizor w ich mieszkaniach, dziś za pomocą coraz liczniejszych kamer obserwuje nas wszędzie, na każdej ulicy. Śledzi nas też dzięki używaniu telefonów komórkowych czy kart kredytowych. Urzędnicy aparatu przemocy (a wciąż ich przybywa, bo poza policją jest jeszcze policja skarbowa, Straż Leśna, Straż Ochrony Kolei, Inspekcja Transportu Drogowego, Straż Graniczna i pewnie niejedna jeszcze tak instytucja mogąca używać broni), też są wszędzie. W każdej chwili mogą nas zatrzymać, wylegitymować, i przesłuchać, choć nie złamaliśmy żadnego przepisu. Ot, prewencyjnie. Oczywiście wszystko to dla naszego bezpieczeństwa i dobra. Przypominam, że dla społecznego dobra terror wprowadzali też Robespierre, Lenin, Stalin, Hitler, Kadafi, Husajn, a ostatnio na Krymie również Putin.

Chyba czas kończyć, choć miałem jeszcze ochotę napisać o wielu sprawach, o poprawności politycznej, narastających obawach wyrażania swoich poglądów ze względu na potępienie przez media czy nawet środowiskowy ostracyzm (vide – Joanna Szczepkowska, która odważyła się potępić gejowskie lobby w świcie aktorskim) czy prymacie prawa brukselskiego na narodowym. Już nie napiszę, nie mam ochoty, bo zaraz się okaże, że to nie łyżka dziegciu w beczce miodu, tylko odwrotnie. Ale nadal uważam, że droga była dobra. To, co potem nastąpiło, tak naprawdę tylko Polacy są odpowiedzialni.

piątek, 13 czerwca 2014

Ćwierć wieku od wyborów – pozytywnie

 Hucznie świętowana rocznica ćwierćwiecza odzyskania przez Polskę wolności (choć precyzyjniej, była to rocznica pierwszego kroku do jej odzyskiwania, bo mające miejsce 4 czerwca 1989 roku wybory były tylko częściowo wolne) w każdym chyba Polaku, który świadomie uczestniczył w tamtych wydarzeniach, wzbudziła nieco refleksji na temat przemian, jakie miały miejsce od tamtego dnia, a także na temat obecnej kondycji Polski. To, że większość z nas nie jest zadowolonych z obecnego stanu rzeczy, nie powinna dziwić, bo z jednej strony tęsknota za wolnością w czasach komunizmu sprawiła, że nazbyt gloryfikowaliśmy demokrację wyobrażając ją sobie jako raj na ziemi, z drugiej, w naturze Polaków, tak przynajmniej ja to oceniam, zakorzeniony jest większy niż w innych europejskich narodach krytycyzm. Coś jednak bez wątpienia w tym jest, bo we mnie także, najdelikatniej rzecz ujmując, rodzą się ambiwalentne odczucia, gdy myślę o tym, co przez tych trzydzieści lat moja ojczyzna osiągnęła. Pomyślałem, że warto dokonać subiektywnego całkiem bilansu i skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością.
Zanim jednak przejdę do tego prywatnego rachunku zysków i start, chciałbym podkreślić, że zarówno rozmowy okrągłego stołu, jak i pierwsze ułomne wybory, uważam z perspektywy lat za właściwą decyzję opozycji i krok, jak już wspomniałem, we właściwym kierunku. Choć szanuję odmienne opinie wyrażane w tej sprawie przez niektóre środowiska, nie mogę ich podzielać, bo w moim przekonaniu rozpoczęły one bezkrwawy proces powrotu do w pełni demokratycznego systemu sprawowania w Polsce władzy, a co więcej, otworzyły one tę możliwość innym krajom Europy Wschodniej. Gdyby nie tamte wydarzenia, zapewne nie upadłby jeszcze przez wiele lat mur berliński, nie byłby jedwabnej rewolucji w Czechosłowacji i, co najbardziej niezwykłe, nie odzyskałyby niepodległości kraje wcielone siłą do ZSRR.
Niektórzy twierdzą, że i bez okrągłego stołu, za jakiś czas do Polski osiągnęłaby wolność, ale „jakiś czas” już mi wtedy nie wystarczał. Miałem trzydzieści lat i z całej duszy pragnąłem żyć w normalnym kraju, zapomnieć o przeszłości, bezsilności, zmorach kolejek, cenzurze, milicyjnych szykanach, drukowanych w piwnicach ulotkach i nieustannej obawie o przyszłość najbliższych.
Każda, nawet najdłuższa droga, zaczyna się od pierwszego, nawet nieporadnego kroku, a nasz naród wkraczał w zupełnie nieznane i niebezpieczne rejony, torując drogę innym. Z tego kroku powinniśmy być dumni i mieć świadomość, że gdybyśmy go nie uczynili, być może teraz, gdy minęło od tamtej chwili ćwierć wieku, stojąc w kolejce po chleb i kiełbasę wyrzucalibyśmy sobie, że gdy otworzyła się taka szansa, nie potrafiliśmy z niej skorzystać.
Nec temere, nec timide, „bez zuchwałości, ale i bez lęku”, ta złota dewiza zamieszczona przed wiekami na herbie Gdańska, wskazywała właściwą drogę. Niepotrzebna zuchwałość bądź nieuzasadniony strach niejeden kraj doprowadzały do ciężkich doświadczeń, a Polakom udało się w 1989 roku wypracować consensus, któremu przyświecała.

A teraz już swoiste i osobiste za i przeciw, zalety i wady Polski, w której dzisiaj przyszło mi żyć.
Co osiągnęliśmy?
1. Zlikwidowano gospodarkę niedoborów, przekleństwo wystawania w kolejkach za najpotrzebniejszymi towarami. Pamiętam dowcip krążący w okresie stanu wojennego: Jak po angielsku nazywa się mięso? – zadawano pytanie. Meat – odpowiadał zapytany. To dokładnie jak po polsku – stwierdzano. Ale wszyscy pamiętamy, że niemal mityczne było nie tylko mięso, brakowało niemal dosłownie wszystkiego: żywności, mebli, artykułów AGD czy ubrań, nie wspominając o surowcach czy półfabrykatach dla fabryk. Teraz w sklepach znaleźć możemy wszystko to, co mają Amerykanie, Francuzi czy Brytyjczycy.
2. Pełne artykułów sklepy są wynikiem dopuszczenia na rynek prywatnych przedsiębiorców. Do roku 1989 niemal wszystkie przedsiębiorstwa (nie licząc rolnictwa) należały do państwa. Polska socjalistyczna gospodarka bohatersko starała się pokonywać trudności, które... nie występowały w żadnym innym kraju Zachodu (jak zwykł mawiać Stefan Kisielewski), a mimo to nie dawała rady. Bo nie mogła, gdyż z założenia brak właściciela prowadzi do dewastacji. Dziś w Polsce każdy może założyć przedsiębiorstwo i to kolejne niezaprzeczalne dobro obecnego stanu rzeczy.
3. Więcej zarabiamy. Stać nas na to (uprzedzając, oczywiście nie wszystkich, ale dotyczy to wszystkich krajów świata) na zagraniczne podróże na Zachód (w roku 1989, gdy na dużym kacu kupowałem w sklepie puszkę Coca-Coli za 2,5 marki zachodniej, serce bolało mnie okrutnie, bo zarabiałem miesięcznie takich marek w przeliczeniu, coś ze czterdzieści). Dziś Polacy jeżdżą normalnymi samochodami, nie tylko wytwarzanymi w krajach tzw. demokracji ludowej i zarezerwowanymi wówczas dla uprzywilejowanych. Posiadają prywatne domy i mieszkania wyposażone w najnowocześniejsze urządzenia (choć nie wszyscy, ale o tym potem).
4. Otworzył się przed nami świat, Polacy mogą wyjechać dokąd chcą i kiedy chcą, oraz zatrudnić we wszystkich krajach UE., Zapominalskim przypominam, że w 1989 roku, by uzyskać możliwość wyjazdu, trzeba było tygodniami zabiegać o paszport (o którego wydaniu decydowali urzędnicy), a potem jeszcze starać się o wizę. Po powrocie z zagranicy natychmiast trzeba było paszport oddać.
5. Zniesiono cenzurę, możemy czytać wszystko, co wydano na całym świecie, a także wyrażać wszystkie niemal opinie, zwłaszcza polityczne. Istnieją ograniczenia, ale o tym w innym już dziale, poświęconym temu, czego nie udało nam się osiągnąć.


Dwie strony „maszynopisu” zakończyłem, więcej nikt nie ma ochoty czytać, w związku z tym, o tym, czego nie dokonaliśmy lub co mi się nie podoba, w najbliższym tekście.

poniedziałek, 19 maja 2014

Kobieta z brodą i schyłek Europy Zachodniej

 W 1974 roku, gdy kończyłem ostatnią klas szkoły podstawowej i zastanawiałem się, do jakiego liceum skierować swe kroki, w Grecji niekwestionowane zwycięstwo w Konkursie Piosenki Eurowizji odniosła szwedzka grupa Abba, rozpoczynając swój trwający wiele lat prymat w gatunku popularnej muzyki rozrywkowej. Wówczas nie miałem o tym pojęcia, zarówno ze względu na fakt, że Polska należała do strefy Interwizji (organizacji nadawców krajów podległych Moskwie), jak i z racji zainteresowań skupionych na innych gatunkach muzyki. Niemniej już wkrótce piosenki Abby opanowały wszystkie stacje nadawcze radia i telewizji Europy na wschód i zachód od żelasnej kurtyny.
Nie przepadałem za, tak mi się wówczas wydawało, zbyt przesłodzonymi i melodyjnymi piosenkami Abby, ale dziś, gdy po dokładnie czterdziestu latach dowiedziałem się, iż eurowizyjny konkurs wygrała kobieta z brodą (czy też dokładniej mówiąc, mężczyzna z brodą ubrany w sukienkę), po raz pierwszy zatęskniłem za dawnymi czasami. Nie dlatego, że w Polsce panowała wtedy „złota” era Gierka, ale dlatego że Europa Zachodnia, za którą tak tęskniliśmy, tym właśnie werdyktem rozczarowała mnie chyba już ostatecznie i nieodwołalnie. Polityczno-kulturalny salon Zachodu (bo nie słuchacze) tym wyborem ostatecznie potwierdził schyłek epoki, w której szanowano te wartości, które pozwoliły cywilizacji Zachodu wyprzedzić inne części świata w rozwoju cywilizacyjnym.
By odeprzeć mogące się pojawić zarzuty wyjaśnię, że jest mi zupełnie obojętne w co się ludzie ubierają. Damskie przebranie eurowizyjnego pana z brodą robią na mnie mniejsze wrażenie, niż w XIX stuleci robiły na jej współczesnych męskie odzienia George Sand i palone przez nią cygara. Georg Sand, pomimo swego prowokacyjnego męskiego pseudonimu (nazywała się naprawdę Amantine Dupin) i ostentacyjnie męskiego wizerunku, była i chciała pozostała kobietą, o czym mógłby najlepiej zaświadczyć Fryderyk Chopin. Jej zachowanie było wynikiem pragnienia zwrócenia uwagi na dyskryminację kobiety przez ówczesne prawo i konwenanse. Mężczyźni ani wówczas, ani tym bardziej obecnie, nie mają jednak powodu do narzekania na dyskryminację, więc przebieranie się w sukienkę jest zupełnie dla mnie niezrozumiałe i dla mnie, i jak przypuszczam dla większości Europejczyków, w tym również słuchaczy Konkursu Eurowizji.
Można oczywiście tłumaczyć werdykt jury troską o równouprawnienie osób o odmiennych orientacjach, ale jaki to ma związek z piosenką, która na festiwalach Eurowizji powinna być oceniana? Publiczność miałaby, gdyby pozwolono jej decydować, zupełnie inne zdanie co do wartości artystycznej tego występu i bez wątpienia kto inny zostałby zwycięzcą.
Żyjemy w epoce dyktatu pseudo-poprawności politycznej, która zwiastuje schyłek dominacji Zachodu. Jego elity już nie chcą przeć naprzód i zwyciężać, straciły wigor i ducha rywalizacji. Tak samo rzecz się miała u schyłku łacińskiego Cesarstwa Rzymskiego, tak umierało Bizancjum. Dobrobyt, wygoda i rozkosze ciała ważniejsze był od dobra kraju, a honor i cnoty obywatelskie traciły na wartości. Cesarstwo łacińskie legło w gruzach pod naporem energicznych i szukających nowych wyzwań barbarzyńców, opływające w bogactwa i zbiurokratyzowane Bizancjum uległo Turkom, którzy gotowi byli oddać życie w imię idei, nie ważne czy dobrej, czy nie. Elity tamtych imperiów głównie interesował czubek własnego nosa, lenistwo i święty spokój. Tak właśnie dzisiaj zachowują się europejskie elity – libertynizm ważniejszy jest od cnoty, wygoda od honoru, święty spokój od rywalizacji. Przepełnione samozadowoleniem europejskie elity Zachodu lubią pouczać innych, ale w oparach drogich perfum nie czują, że ich świat dobrobytu już zaczyna gnić.
Na Wschodzie czają się już czekając na dogodny moment współcześni „barbarzyńcy”, narody gotowe na poświęcenie dla osiągnięcia czegoś więcej, niż miały dotąd w posiadaniu, gotowe podjąć nowe wyzwania i zwyciężyć w wyścigu technologii, wydajności, kultury. Europie pilnie przyglądają się Chiny i inne kraje Dalekiej Azji. I nie czynią tego bezczynnie. Przez kilka ostaniach dziesiątków lat tamte narody uczyły się pilnie i są gotowe do ekspansji, która, poniekąd, już się zaczęła, choć na razie do Europy i Afryki wyruszyła tylko ich forpoczta. Prawdzie najazd dopiero nastąpi i nie będzie wyglądał jak średniowieczne najazdy Hunów czy Osmanów. Dziś prawdziwe zwycięstwo odnosi się bez kawalerii i zastępów piechoty, kapitał i praca sieją większe spustoszenie. Do Europy ruszą azjatyckie pieniądze, a za nimi znakomicie wykształceni na zachodnich uczelniach i przeszkoleni przez zachodnich specjalistów menadżerowie i ich podwładni. A pracownicy azjatyckich korporacji gotowi są tyrać bez wytchnienia za znacznie mniejsze pieniądze od tych, które otrzymują robotnicy na Zachodzie.
Europa będzie bezbronna, bo już robi wszystko, by ułatwić Azji wygraną. Już niedługo zabraknie młodych Europejczyków (bo rodzina nie stanowi już największej wartości), a ktoś na emerytury starzejących się pokoleń będzie musiał zapracować.
Tęsknię za czasami Abby, bo wtedy jeszcze na Zachodzie oceniano piosenkę, a nie wygląd wykonawcy; bo wówczas ceniono rodzinę, chroniono dzieci przed deprawacją, szanowano wysiłek, chwalono przedsiębiorczość, zachwalano gotowość do wyrzeczeń, zachęcano do ryzyka, a za swoje czyny ponoszono konsekwencje.

Czterdzieści lat temu grupa Abba zdobyła pierwsze miejsce w konkursie Eurowizji piosenką, nomen omen, Waterloo. Śpiewali: Waterloo – zostałem pokonany, wy wygraliście wojnę.

środa, 30 kwietnia 2014

Samotność nie tylko w sieci

 W każdym okresie życia towarzyszą nam ludzie ważni. Ważni nie dlatego, że znani powszechnie, ale po prostu ważni dla nas. Nie chodzi o rodziców, rodzeństwo czy najbliższą rodzinę, tylko o to, co znaczą ci ludzie wokół, zupełnie niespokrewnieni. Od szkoły podstawowej, a może od przedszkola nawet, spędzamy z nimi mnóstwo czasu i wydaje nam się, że nie potrafimy bez nich żyć. A potem następuje coś, co zrywa te więzi. Rozchodzimy się, bo ktoś wybiera inną szkołę, pracę, przeprowadza się i znajduje inne grono przyjaciół.
Ten proces nie jest gwałtowny, następuje powoli. Rozchodzimy się do innych szkół czy przedsiębiorstw, ale jeszcze przez jakiś czas utrzymujemy kontakty, bo jakże to miałoby być inaczej? Byliśmy przyjaciółmi na śmierć i życie!
Ale kontakty stają się coraz rzadsze, coraz rzadziej myślimy o koleżankach, kolegach,z którymi spędzaliśmy jeszcze niedawno ogrom czasu, które. Drogi się rozchodzą, w nowym środowisku i z nowymi ludźmi czujemy się lepiej, więcej nas łączy. I nagle uświadamiamy sobie, że nie widzieliśmy się z dawnymi przyjaciółmi już od miesięcy i nasz świat wcale się nie zawalił.
Siłą rzeczy porzucamy wspomnienia z podstawówki, potem z ogólnika, wreszcie ludzi z kolejnych miejsc pracy, choć przy rozstaniu obiecujemy sobie, że nigdy się nie zapomnimy i będziemy się odwiedzać. A jednak zapominamy.
Potem, gdy nasze dzieci wyrastają, gdy nie mają już ochoty jeździć z nami na wakacje i wycieczki, pojawia się nieco pustki. Staramy się ją wypełnić lekturą książek, wizytami w kinie, zbieraniem bibelotów, czymkolwiek, byle tylko zapomnieć o tym, że w domu przestaliśmy być najważniejsi dla naszych dzieci. A za tym idzie refleksja, że i w pracy jest już inaczej, coraz więcej młodych wokół nas młodych ludzi, pełnych zapału, jaki i nam kiedyś towarzyszył, ale gdzieś z biegiem lat się zapodział. Być może jest miło i sympatycznie, ale to do nich należeć będzie przyszłość, przed nimi są te same wzruszenia, zwycięstwa i porażki, które kiedyś były naszym udziałem.

Wtedy przypominamy sobie o bardzo kiedyś dla nas ważnych ludziach z przeszłości. Zaczynamy się zastanawiać, co robią i jak im się wiedzie, chcielibyśmy się dowiedzieć więcej, ale nie zawsze, mimo wszechobecnego Internetu, udaje się ich odnaleźć. A nawet jeśli się to nam udaje, jeśli uda nam się spotkać po latach, szybko mija pierwsza euforia i ze smutkiem konstatujemy, że to już nie to samo co niegdyś i nie sposób dwa razy wejść do tej samej rzeki. Minione lata i doświadczenia sprawiły, że zbyt dużo zaczyna nas dzielić, a łączą tylko wspomnienia. To jednak za mało, by zasypać różnice w poglądach, zamiłowaniach, sposobie spędzania czasu i planach na przyszłość. I okazuje się, że chociaż być może żaden człowiek nie jest samotną wyspą, jak twierdził angielski poeta John Donne, to na pewno jest przylądkiem, który z kontynentem, czy raczej pozostałymi przylądkami, łączy bardzo wątły półwysep. Ale to nie powód do smutku, przylądki, czy skaliste, czy zielone, zawsze prezentują się najpiękniej, zwłaszcza od strony oceanu, który je otacza. A przecież, koniec końców, in mare via tua, a za oceanem zawsze czekają nowe, nieznane lądy.

środa, 9 kwietnia 2014

Wilcze legowisko

 Dwa dni temu przyszła do mego syna Maćka opasła przesyłka pocztowa, jak się okazało, cała wypełniona wydanymi w 2014 roku książkami, które dostał w wyrazie uznania, za swą recenzyjną aktywność na jakimś portalu internetowym związanym z grami komputerowymi. Było tego kilkadziesiąt tomów, istna wydawnicza mieszanina romansów, kryminałów, powieści historycznych, monografii, pseudo-psychlogicznych dociekań i czegoś tam jeszcze, czego nie zdążyłem przejrzeć, bo nim wróciłem do domu, moja córka Marta dokonała pierwszej selekcji i co cenniejsze jej zdaniem pozycje zabrała do siebie. Ale i w tym co pozostało zanurzyłem się z przyjemnością, z jaką zwykłem gmerać na księgarskich półkach. To jedno z najprzyjemniejszych zajęć i zawsze towarzyszy temu dreszcz emocji w oczekiwaniu na to, czy uda się wyszperać coś, co pozwoli zapełnić kilka najbliższych wieczorów przyjemnością lektury. Kilka chwil potem ustawiłem w podręcznej biblioteczce niemal dziesięć tytułów, by mieć je w zasięgu ręki, gdy znużony pracą zamknę pokrywę laptopa.
Wyd. Noir sur Blanc, 2014, stron 202
Wśród nich znalazła się książka szczególna, za której lekturę zabrałem się od razu, Szczególna z dwóch przynajmniej powodów: po pierwsze – autorstwa Mariusza Wilka, którego miałem okazję poznać i z nim pracować w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia; a także dlatego, że jak poprzednio, wiodącym jej tematem, choć nie jedynym, jest Rosja, która ostatnio, w świetle wydarzeń na Ukrainie, gości nieustannie na pierwszych stronach gazet i portali internetowych.„Dom włóczęgi”, bo taki tytuł nosi siódma już książka Mariusza Wilka (ósma, wliczając „Konspirę”, której był współautorem), jest jednak nieco inna od poprzednich, nie tyle stylem czy zakresem tematów w niej poruszanych, co wewnętrzną przemianą autora, a tym samym zmianą jego stosunku do otaczającej go rzeczywistości. Na czym ona polega i dlaczego nastąpiła? Odpowiedź jest prosta w sferze przyczyn (o czym za chwilę), ale istotna w przestrzeni prozatorskiego skutku, a tym samym słów, jakimi Mariusz przestrzeń opisuje – „Dom włóczęgi” jest refleksyjno-nastrojowy, wyczuwa się w nim poczucie upływu czasu. Autor zaczął odczuwać świadomość nieuchronnego procesu starzenia się. Nie jest to na razie brzemię, nie doskwierają mu jeszcze fizyczne dolegliwości (lub nie na tyle, by o nich wspominać) czy brak energii. To raczej świadomość nieodwracalnych zmian świata, który od dwudziestu lat opisuje. A ta świadomość zmienia optykę jego prozy, stała się ona nieco sentymentalna i osobista, refleksyjna bardziej niż buntownicza. Mariusz nadal jest bystrym obserwatorem, ale już nie rzuca się jak dawniej na każdy aspekt rzeczywistości z którym się nie zgadza, jak wilk na ofiarę. Raczej porównuje, przymierza teraźniejszość do przeszłości (bądź odwrotnie). Jest bardziej wyrozumiał a jego pisanie delikatniejsze.
Ale jak się stało, że wieczny buntownik wyczulił się tak na upływ czasu i tak się uwrażliwił?
Mariusza romans ze słowem pisanym zaczął się wraz z początkami demokratycznych przemian, gdy jako dziennikarz współredagował podziemny „Biuletyn Dolnośląski”, a potem, już jako redaktor naczelny, jedno z najważniejszych pism nowo narodzonego ruchu społeczno-związkowego, czyli Biuletyn Zarządu Regionu Gdańsk „Solidarność”. W latach osiemdziesiątych przyszedł czas na książkę „Konspira” (współautorami byli Maciej Łopiński i Zbigniew Gach), która była cyklem wywiadów przeprowadzonych z ukrywającymi się przywódcami podziemnej „Solidarności”. Po 1989 roku wrócił do dziennikarstwa, pisywał m.in. w „Gazecie Gdańskiej” i tygodniku „Młoda Polska”. W 1991 roku ukazała się jego niewielka, lecz pierwsza autorska książka, będąca owocem pobytu w Stanach Zjednoczonych, „Black'n Red”, która nie została zauważona w zasadzie ani przez czytelników, ani krytyków. Wreszcie, latem 1991 roku, Mariusz Wilk wyjechał do Moskwy jako korespondent relacjonujący wydarzenia związane z puczem Janajewa i... słuch o nim zaginął. „Gazeta Gdańska”, której był korespondentem, została niedługo potem zamknięta, a my zastanawialiśmy się, co się z nim mogło stać?
Jakiś czas potem, nie pamiętam, czy były to trzy lata, czy cztery, objawił się jako dojrzały i interesujący pisarz na łamach paryskiej „Kultury”, gdzie zaczął zamieszczać swoje teksty. Jak się okazało, lata swojego „nieistnienia” poświęcił na podróże po Rosji, czy raczej krajach byłego ZSRR, pilnie obserwował i notował wszystko, co zmieniało się w upadającym i rodzącym się na nowo imperium niegdysiejszych carów i genseków. Zaniosło go na Syberię, gdzie odwiedził miejsce po dawnych gułagach, czy do Czeczeni, gdzie spotkał się z islamskim watażką Szamilem Basajewem. Swoje wrażenia z odwiedzonych miejsc i spostrzeżenia opisywał w piśmie redaktora Giedroycia, który jako pierwszy docenił ich wartość. Osiadł na jakiś czas Wyspach Sołowieckich Morza Białego, aż wreszcie, w roku 1998, ukazała się jego pierwsza obszerna książka nosząca tytuł „Wilczy notes”, która spotkała się z przychylnym przyjęciem tak czytelników, jak i literackiego salonu. Tak Mariusz Wilk, dotychczasowy redaktor i wagabunda, stał się pisarzem.
Tamto wydarzenie miało miejsce szesnaście lat temu. Choć liczył już sobie ponad czterdzieści lat, wciąż burzyła mu krew wilcza, buntownicza natura, skłonność do przygód i włóczęgostwa. Kolejne jego książki były zapiskami wędrowca, najlepiej czuł się w drodze, w pogoni za kimś, nawet duchami przeszłości, czy za czymś. Wciąż wydeptywał, jak sam to lubił nazywać, kolejną tropę (ścieżkę), która wiodła go na krańce wschodniej Europy czy Azji, do miejsc, o których nabywcy jego książek lubili czytać, ale w które niechętnie by się sami zapuścili. Miało się wrażenie, że najbliższym domem było mu ognisko w tajdze, nad którym opiekano schwytanego w sidła łabędzia i każdy jego kęs popijano stakanem „szyła” (czytelnicy wiedzą, co to za specyfik). Jego opowieści niosły tchnienie dalekiej Północy, były tęsknym wilczym zewem za nową przestrzenią, w której jeszcze go nie widziano. Chata na Sołowkach, w której zakotwiczył na kilka lat, była bazą wypadową, miejscem z którego wyruszało się po nowe wrażenia, a powrocie zostawało na jakiś czas, by ochłonąć i nabrać sił przed kolejną wędrówką. Aż do teraz.
W życiu Mariusza coś się zmieniło i nie wiązało się to wyłącznie z przeprowadzką nad jezioro Oniego (używam za Mariuszem tej nazwy, choć w polskich encyklopediach funkcjonuje jezioro Onega). Barwnie opisywał swoje nad nim początki w tekście „Dokończyliśmy dzieło Lenina” (dlaczego Lenin i jego dzieło, zawsze można sprawdzić we wcześniejszych książkach), ale na razie jeszcze nic nie zapowiadało zmiany. To, co odmieniło duszę włóczęgi nadeszło później, a znane jest i nazwane – miłość. Ale ta miłość, która ma rumianą buzię i drobne nieporadne rączki. Miłość Mariusza nosi imię Martusza i w chwili gdy kończył ostatnią książkę, miała cztery lata. Wilk został ojcem i uczucia, które się w nim obudziły, zaskoczyły chyba najbardziej jego samego. A potem odmieniły jego życie i sposób postrzegania rzeczywistości.
Trzy lata temu, gdy spotkałem się z Mariuszem podczas jednej z jego wizyt w Polsce, wszystko na pierwszy rzut oka wydawało się być jak dawniej, był już nieco nasączony alkoholem, mówił tylko po rosyjsku (co mnie irytowało), uszczypliwie odnosił się do innych, nawet tych, z których gościny korzystał, choć mnie, nie wiem dlaczego, traktował z większą atencją. Wypisz wymaluj Wilk w całej krasie, ale gdy spytałem, co się zmieniło, bez wahania i z błyskiem w oku, który bez wątpienia nie był odbiciem w źrenicach płomienia zapalniczki, odpowiedział: doczka.
Do doczki wracał potem podczas rozmowy jeszcze wielokrotnie, doczka była najważniejsza, nic innego się nie liczyło. Powiedziałbym nawet, wszystko inne przeszkadzało, gdy nie nawiązywało do jego córki.
Doczka zmieniła perspektywę Mariusza w postrzeganiu świata, w zasadzie zmieniła wszystko. Doczka przyniosła mu świadomość przemijania, upływu czasu i refleksję nad własną przeszłością. A co za tym idzie, wymusiła na nim to, co najbardziej w zapisach dziennikarskich lubię, chwilę zadumy nad tym, czego się doświadczyło, a co minęło, i próbę ponownej oceny własnego do tamtych wydarzeń stosunku. Dzięki Martuszce, Mariusz rozpoczął, na razie nieśmiały, rachunek sumienia, bilans życia i dokonań. A co ważniejsze, zaczął weryfikować swoje sądy wyrażane we wcześniejszych książkach. Inaczej mówiąc, zaczął się pozbywać egocentryzmu, a nabywać empatii.
Mariusz uświadomił sobie, że tkwi, jak nasze całe pokolenie, bez względu na bagaż doświadczeń, na pograniczu epok, tamtej komunistycznej, i tej kapitalistycznej. Tkwimy wspomnieniami w świecie, który przeminął, a żyć musimy w tym, który po nim nastąpił. Ten pierwszy od tego drugiego różni się niebotycznie i pod tym względem pokoleniem jesteśmy wyjątkowym.

Zapełniłem trzy strony maszynopisu, to za dużo jak na blogowy wpis, ale niech tak już zostanie, nie będę skracał, nie będę jednak także przedłużał. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz wrócę do twórczości Mariusza.