wtorek, 22 września 2015

Ostatni dzień lata

 Ostatni dzień lata – te słowa przywołują cień nostalgii i nieco smutku. Nieodwracalnie odchodzi w przeszłość kolejna słoneczna pora roku, kolejny zestaw wspomnień z minionych wydarzeń, latem zazwyczaj najciekawszych, bo wakacyjnych, a poza tym, co tu ukrywać, w naszym klimacie odchodzą też ciepłe i pogodne dni. Nadchodzi nieuchronnie druga połowa roku, jesień i zima. Z biegiem dni ubierać będziemy się coraz cieplej, skrobać szyby w samochodzie coraz częściej i z rosnącą tęsknotą wyczekiwać kolejnej wiosny, przeglądając na ekranie komputera bądź w albumie (coraz rzadziej) wspomnienia z minionych wakacji, a przy okazji planując kolejne.
I tak to właśnie jest w każdym życiu, bez względu na to, ile ono liczy sobie lat i jakiej jest płci, towarzyszą mu zawsze te dwa nieustanne uczucia: oczekiwanie i tęsknota.
Od dziecka na coś niecierpliwie czekamy i za czymś tęsknimy, nawet jeśli to ma być upragniony koniec lekcji czy, bardziej odległy, roku szkolnego. Nadzieja zawsze chowa się za horyzontem czasu bądź przestrzeni, zawsze jest przed nami, przywołuje i czeka. Kto wie, może już za kilka godzin, a może miesięcy zdołamy do niej dotrzeć? I, co najbardziej zadziwiające, nawet jeśli się ziści, gdy ma się to, czego się zapragnęło, nagle okazuje się, że jak feniks z popiołu odradza się, tyle że w innym niż poprzednio przebraniu. Bo nadzieja jest właśnie jak lato, trwa zbyt krótko, by się nią w pełni nacieszyć, gdy się ziści, i potem trzeba znowu czekać na następną.
Wszyscy tak bardzo lubimy lato, że mierzymy nim upływ czasu. Mawiamy: „minęły dwa bądź trzy lata”, albo „to będzie miało miejsce za trzy lata”, nie za trzy zimy, nie jesienie, nie wiosny nawet, ale „lata”, bo to one się liczą. Lato zamyka rok, zalicza go do czasu przeszłego aż do nadejścia kolejnej wiosny.
Metaforycznie opisał to Tadeusz Konwicki filmem „Ostatni dzień lata” – wraz z coraz szybciej zachodzącym słońcem dwoje bohaterów stara się w ostatniej chwili zatrzymać odchodzący czas kończącego się lata. Ociągają się z zejściem z plaży, szukają ostatniej szansy na miłość, na kolejne niezapomniane wspomnienie. On jest młody i zapalczywy, każda taka chwila jest dla niego nowością, to on namawia, oddaje się i prosi. Ona jest starsza i doświadczona, przeżyła więcej, zna zagrożenia, nie ulega łatwo nastojom, ale w końcu i ona się poddaje, akceptuje tę ostatnią chwilę, by zachować ją we wspomnieniach do końca życia.
Zachód słońca nad Kanałem Augustowskim, © Marek H. Kotlarz
Lata bywają rożne, podczas tego ostatniego niewiele miałem dni wolnych i prawdziwie wakacyjnych, a i tak już jawi mi się w pamięci wspaniale. I nie dlatego, że było wyjątkowo ciepłe i słoneczne. Po prostu było  i to wystarczy. Już mam ochotę wspominać dni spędzone na północnym Podlasiu, Litwie czy kilka dni na rodzinnej mazowieckiej prowincji, gdzie w dzieciństwie spędzałem dużą część wakacji. Znów mam co wspominać i za czym tęsknić w pięknym przecież nawet zimą Trójmieście.
To nic, że przede mną trudne miesiące, po nich nadejdzie kolejny rok, kolejna wiosna. I jak zawsze wierzę, że spełnią się pokładane w niej nadzieje. Bo, jak śpiewał Marek Grechuta, „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”.  

poniedziałek, 14 września 2015

Stracie cywilizacji i epok

 Nic bardziej nie zmusza do przemyśleń, niż mający miejsce w ostatnich miesiącach napływ do Europy imigrantów z Afryki i Azji Mniejszej. Ani przywódcy Unii Europejskiej, ani tym bardziej mieszkańcy naszego kontynentu, tak naprawdę nie wiedzą, jak sobie z tym problemem poradzić. A wydarzeniom tym towarzyszą przeciwstawne uczucia, w których lęk przed obcymi miesza się z litością dla cierpiących, otwartość na ich przyjęcie z agresją.
Trudno się w gruncie rzeczy dziwić temu zamieszaniu, Europa od czasów wielkiej wędrówki ludów, jaka miała miejsce półtora tysiąca lat temu gdy Rzym zaczynał chylić się ku upadkowi, nie przeżywała takiego najazdu obcych kulturowo plemion. Choć słowo „plemiona” może oburzać, to jednak nie sposób uniknąć takiego porównania. Tak jak w czasach Rzymu, napływający masowo przybysze przekonani są o tym, że wkraczają do świata będącego przedmiotem ich marzeń, daleko bogatszego i lepszego od cywilizacji, którą sami stworzyli i od której uciekają. I tak jak wówczas rozpieszczeni dobrobytem obywatele Rzymu, tak dzisiaj Europejczycy starają się znaleźć rozwiązanie, które pozwoliłby zachować porządek ich starego świata, podświadomie jednak czując, że to już niemożliwe, że są świadkami wydarzeń, które nieodwracalnie zmienią dotychczasowe status quo.
W V i VI wieku naszej ery Rzym stracił już żywotność, jego obywatele nie byli skłonni do poświęceń i nie mieli żadnego pomysłu na zmiany, rozleniwił ich dobrobyt, uśpił dobrze funkcjonujący porządek prawny zapewniający bezpieczeństwo w okresie pokoju. Wojny o nowe terytoria z plemionami Gotów, Germanów, Brytów czy Daków toczyły się na peryferiach imperium, nie zakłócały spokoju. Wraz z Antoninami minął jednak okres ekspansji, wygodniej było leżeć niż walczyć. Cesarstwo Rzymskie zamknęło się, odgrodziło pilnie strzeżonymi, jak się zdawało, granicami i zgnuśniało.
A za Renem i Dunajem wrzało, napływały kolejne ludy z azjatyckich stepów łakomie przyglądające się bogactwu i dobrobytowi Rzymu i czekały na właściwy moment. Gdy wreszcie ruszyły, granice okazały się zbyt wątłe, a cesarze nieudolni. Życie nie znosi bezczynności, promuje żywotność i energię, które cechowały przybyszów. Rozpoczął się trwający dwieście lat zmierzch cesarstwa. Gdy wreszcie Rzym upadł, jego ruiny stały się podwalinami nowego świata, świata współczesnej i znanej nam dobrze Europy.
Tę samą drogę przeszła Europa która wyrosła na ruinach Rzymu, tak samo jak jej protoplastę, cechowała ją przez kilkanaście stuleci żywotność i ekspansja. Europejczycy wyruszali w świat, by zdobywać i podbijać, czerpać z doświadczeń ludów, które stawały się od nich zależne i wprowadzać na podbitych przez siebie terytoriach swoje zwyczaje i tradycje. Europie uległy ludy Afryki, Azji, obu Ameryk i Australii. I choć wielu myślicieli oburza tamta ekspansja, nie sposób zaprzeczyć, że dopóki trwała, Europa rozwijała się i powiększała dobrobyt.
Początek XX wieku stanowił apogeum europejskiej dominacji, niemal cały świat uległ jej wpływowi. Nawet Stany Zjednoczone, choć zrzuciły polityczną dominację Europy, kontynuowały jej wyrosłą na chrześcijaństwie kulturę.
Ten stan rzeczy zaczął się zmieniać gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, a po dwóch dziesięcioleciach kolejna. Wycieńczona wewnętrznymi konfliktami Europa zaczęła tracić energię, wolała gromadzić dobra i z nich korzystać, niż borykać się z problemami na innych kontynentach. Wobec rodzących się na ruchów niepodległościowych, wycofywała się kolejno ze swoich dominiów w Afryce, Azji i Ameryce Południowej. Zbierała owoce cywilizacyjnej przewagi i rozkoszowała rosnącym dobrobytem. Ale dawne kolonie, po krótkiej euforii z odzyskanej niepodległości, szybko zaczęły rozumieć, że niepodległość to nie wszystko, że trzeba do niej dorosnąć, bo w przeciwnym wypadku, bez zewnętrznej kurateli, nowo powstałe państwa stają się terenem walk pozostających ze sobą w konflikcie kolejnych watażków i dyktatorów lub religijnych przywódców. Ich mieszkańcy zrozumieli, że nigdy nie osiągną europejskiego dobrobytu.
Na domiar złego, w sąsiadujących z Europą na południu i południowym wschodzie państwach (choć nie tylko), dominującą pozycję zdobył islam, najbardziej agresywna i bezkompromisowa religia ze znanych dotychczas światu, która otwarcie głosie potrzebę zabijania niewiernych. Pominę tu cytaty koraniczne, które tego dowodzą, a które część wyznawców islamu stara się tłumaczyć opacznie jako duchowe zmagania.
Uprzedzając zarzuty dodam, że świadom jestem, iż dogmatyczni wyznawcy Chrystusa także dokonali niejednego godnego potępienia czynu, niemniej było to wynaturzeniem, nie istotą chrześcijaństwa. W żadnym fragmencie Nowego Testamentu nie znalazły się słowa nawołujące do wojny. Natomiast śmiem twierdzić też odwrotnie, gdy chodzi o islam – tolerancyjni i pokojowo usposobieni jego wyznawcy są raczej (mile nam widzianym) wynaturzeniem tej religii, a nie jej istotą. Islam w swojej zasadzie jest nietolerancyjniej i agresywny, a wolność osobista i demokracja są mu całkowicie obce. Z chrześcijaństwa, po wielu wiekach fanatycznych jego interpretatorów i inkwizytorów, narodziła się tolerancja i szacunek; z islamu, po kilkunastu wiekach i religijnych wojnach, narodziło się państwo islamskie i bokaharam. Oba te islamskie twory są przerażające, destrukcyjne, teokratycznie apodyktyczne, a co najgorsze, demonicznie wynaturzone z człowieczeństwa. To z powodu islamu, śmiem twierdzić, Afrykanie, którzy kilka dziesiątków lat temu chcieli się tak bardzo pożegnać z Europejczykami w swoich ojczyznach, teraz uciekają do nich. Bo to już nie tylko zderzenie skrajnie odmiennych cywilizacji, to zderzenie, jak w telewizji już przed laty powiedział była wyznawczyni islamu Wafa Sultan, wczesnego średniowiecza z XXI wiekiem (http://www.cda.pl/video/8887397). Trzeba być naprawdę zaślepionym, by nie dostrzegać zagrożeń ze strony islamu i nie chodzi tu tylko o ukrywających się wśród nich terrorystów. Wyznawcy islamu po prostu nie są i nigdy nie będą tolerancyjni, bo zabrania im tego religia. Wykorzystują i będą wykorzystywać tolerancję i liberalizm Europy, bo widzą w nich słabość, dzięki którym z biegiem czasu będą mogli ją opanować, kontynuują to, co nie udało się w VII wieku Abd ar-Rahmanowi i XVII wezyrowi Kara Mustafa.
Europa, jak niegdyś Rzym, ulegnie imigrantom, bo stała się niewolnikiem własnego liberalizmu i niechęci do działania. Jej przywódcy wykazali się brakiem wyobraźni – najpierw nie docenili skali zjawiska, potem swymi działaniami wręcz zachęcali kolejnych imigrantów. Dziś już nikt nie jest w stanie określić, którzy z napływających przybyszów są prawdziwymi uchodźcami, a którzy postanowili skorzystać z okazji, by dostać się do lepszego świata by korzystać z jego socjalnych możliwości lub go zwalczać. Europy nie uchroni już nawet zamknięcie granic, opóźni to jedynie nieuchronne.
Europa jaką znamy odchodzi, jesteśmy świadkami początku jej końca. Może Europa zachowa swoją nazwę, może zachowa przez jakiś czas swoje struktury, ale nie minie pokolenie, najwyżej dwa, gdy o jej losie zaczną decydować dzieci imigrantów tłoczących się teraz na dworach jej stolic i u jej granic. W nich tkwi energia i determinacja, bezwzględna potrzeba zmierzania do wyznaczonego celu, których brakuje dzisiejszym Europejczykom.

To prawda, są wśród uchodźców rodziny uciekające przed wojną i w obawie o własne życie, tych powinno się identyfikować i udzielać schronienia do czasu poprawy sytuacji w ich ojczyźnie, a to możliwe jest tylko w obozach. Na pewno nie można pozwalać imigrantom na jawne łamanie obowiązującego prawa, jakim jest nielegalne przekraczanie granic i unikanie tworzonych dla nich obozów przejściowych. Polacy już w najbliższych tygodniach zapewne sami będą się musieli z tym zmierzyć, gdy uchodźcy, ze względu na zamknięcie granic węgierskiej i niemieckiej, zmienią kierunek i ruszą na Zachód przez Polskę. Już niedługo dworzec we Wrocławiu i Poznaniu wyglądać mogą jak budapesztański i monachijski. To już nie będzie teoria, to będzie prawdziwy egzamin dla polskich władz. Nie zazdroszczę.

wtorek, 18 sierpnia 2015

NowoczesnaPL

 Przyglądając się prasowym i telewizyjnym doniesieniom o peregrynacjach po Polsce Pani Premier Ewy Kopacz, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że odczuwam coś na kształt deja vu i nie było to wcale przyjemne uczucie. Swego czasu, w odległej już dla wielu przeszłości lat siedemdziesiątych, z podobnymi „gospodarskimi” wizytami pielgrzymował po naszym kraju towarzysz pierwszy sekretarz PZPR Edward Gierek. W zamierzeniu ówczesnych specjalistów od propagandy (dziś nazywanych specjalistami od public relations), miało to pomóc w ociepleniu wizerunku pierwszego sekretarza i zapewne ten sam cel przyświeca obecnie poczynaniom Pani Premier. Mam jednak obawy, że jak niegdyś w przypadku Gierka, tak i obecnie zabiegi te nie powstrzymają nieuchronnie zbliżającej się przegranej formacji Pani Premier, a jedynie nadwerężą i tak już uszczuplony absurdalnym referendum (którego ogłoszenie miało powstrzymać klęskę Bronisława Komorowskiego) budżet państwa. Zresztą, nie ma co ukrywać, Pani Ewie Kopacz nie dostaje charyzmy Donalda Tuska i jej nieporadne zabiegi budzą raczej zażenowanie niż sympatię.
Wszystko wskazuje na to, że pomimo takich pomysłów los PO w kolejnych wyborach jest przesądzony. Przegrana z PiS może sprawić, że partia zaczynie się wykruszać i dzielić. W polskiej rzeczywistości często nawet odchodzi w niebyt. Tak stało się z Unią Wolności, choć wspierała ją do końca jak mogła „Gazeta Wyborcza”, tak zakończył swój żywot Kongres Liberalno-Demokratyczny i Akcja Wyborcza „Solidarność”, pomniejszych partii nie licząc. W gruncie rzeczy, od czasu upadku komunizmu, na polskiej scenie politycznej utrzymują się nieustanie właściwie dwie tylko partie: postkomunistyczny Sojusz Lewicy Demokratycznej i Polskie Stronnictwo Ludowe. Co nie znaczy, że nie przetrwali tego burzliwego dwudziestopięciolecia politycy. Są tacy, których lista partii jest znacznie pokaźniejsza niż lista osiągnięć. Na przykład Pan Ryszard Czarnecki, obecny europoseł, zasiadał już w ławach Unii Polityki Realnej, Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, AWS, Samoobrony, by trafić w końcu do PiS, a nie jest to przykład odosobniony. Czasem, jak w przypadku Radosława Sikorskiego (też nie jedynym), opłaca się radykalna zmiana orientacji – kiedyś PiS, dziś PO. Politycy potrafią być niezatapialni.
Dlatego Polacy zniechęceni są już do partyjniactwa i demokracji i rozczarowani systemem. Głównie z tego powodu, że czują się lekceważeni przez polityków, traktowani jak wyborcze pospólstwo, do którego raz na kilka lat, przy okazji wyborów, politycy czynią umizgi a władza sypie obietnicami bez pokrycia. A potem stają się stadem owiec do strzyżenia, bo państwu wciąż brakuje pieniędzy. Obalenie komunizmu miało upodmiotowić Polaków, sprawić, że poczują się szanowani, że będą ważni dla polityków a najważniejsi dla rządu. Bo to na ludziach skupiać się powinien wzrok rządu i parlamentu, nie na państwie i jego strukturach. To z perspektywy losu pojedynczego człowieka powinny być oceniane ustawy i rozporządzenia. Państwo powstało po to, by lepiej zadbać o swoich członków niż czyniła to plemienna grupa. Państwo nie musi rozdawać, wystarczy, by nie odbierało.
Moje osobiste rozczarowanie obecnym stanem rzeczy jest równie głębokie, bo od kilkunastu lat nie widzę partii, na którą chciałbym głosować. Żadna nie spełniła moich ideowych oczekiwań, w związku z tym od lat nie chadzam na parlamentarne wybory. I nie mam z tego powodu żadnego poczucia winy, a zarzut, że nie jest to postawa obywatelska, odrzucam jak zupełnie nietrafiony, podobnie jak opinię, że ten kto nie głosuje, nie ma prawa potem krytykować. Przeciwnie, samo powstrzymanie się od głosowania, jest najbardziej miażdżącą krytyką polityki. To właśnie wybieranie spośród partii, którym się nie ufa, jest nieetyczne. Jeśli mam wybierać między dżumą i cholerą, wolę pozostać zdrowy. Dzięki temu mam zawsze czyste sumienie, bo nie muszę się zamartwiać, że głosowałem na partię, która szkodzi obywatelom. Co więcej, mogę z pełną odpowiedzialnością, patrząc na jej działania, powiedzieć tym, którzy głosowali: „A nie mówiłem, że tak będzie?!”.
Na kolejne wybory chyba jednak pójdę i zagłosuję na ugrupowanie, które na pewno nie zwycięży, ale mam nadzieję, że wprowadzi nieco głosu rozsądku do Sejmu, czyli na ugrupowanie nowoczesnaPL stworzone przez ekonomistę Ryszarda Petru. To jeszcze nie partia, ale najbardziej zbliżone do moich poglądów na państwo i gospodarkę ugrupowanie. Opowiada się za liberalizmem gospodarczym, nakierowane jest na przedsiębiorców, jako najistotniejszą, bo stwarzającą przychody i miejsca pracy grupę społeczną, głosi ograniczenie roli państwa w ekonomii, upodmiotowienie obywateli. Zresztą wszystko to można znaleźć tutaj https://nowoczesnapl.org

Jestem większym niż oni liberałem, ale w porównaniu z pozostałymi partiami, to i tak ogromna różnica.

czwartek, 16 lipca 2015

Siwy

 To zawsze najtrudniejsze pytanie: co napisać o koledze, który odszedł? Żadne słowa już przecież tego faktu nie zmienią. Że kochał wolność? I psy? Że lubił żeglować? Że był przychylny ludziom, choć niczego sam osobiście od nich nie oczekiwał poza sympatią? Że był wiecznym wędrowcem, zawsze w drodze, anarchistą, który nie lubił systemu i żył na jego obrzeżach? To wszystko wydaje się miałkie, bo żaden opis nie podoła rzeczywistości. Marek Gąsiorowski, a dla przyjaciół „Siwy”, to była postać wyjątkowa nawet na niezwykle barwnym „świetlikowym” firmamencie. Do spółdzielni ściągnął go Maciej Płażyński, z którym kiedyś koczowali razem w ośrodku żeglarskim AZS w Górkach Zachodnich.
Ja poznałem go bezpośrednio na zleceniu w Petrochemii Płockiej, była wiosna, rok 1984. Malowaliśmy najpierw kominy, potem instalacje przeciwpożarowe na wieżach reformingowych. Z przerwami spędziliśmy w Płocku trzy miesiące, w upale, oparach chemikaliów i farby. Wtedy się zaprzyjaźniliśmy na tyle, że zmówiliśmy się na wspólny wypad na Jeziorak.
Siwy był pełnokrwistym żeglarzem morskim, nieobce mu były oceany, ale Jeziorak lubił w sposób szczególny. Podczas wspólnej pracy w Płocku, gdy wieczory wypełniały nam długie rozmowy, a za dnia wspomagaliśmy się wisząc obok siebie na linie, wciąż opowiadał o Siemianach, Iławie, Wieprzu, złowionych sandaczach i węgorzach. Kilka dni przed końcem zlecenia, zaproponował mi wspólną tam wyprawę. Dopiero po jakimiś czasie zrozumiałem, że jego zaproszenie było przywilejem. Tak się zaczęła nasza przyjaźń.
W połowie sierpnia wróciłem do domu, zostawiłem worek brudnych rzeczy i następnego dnia wsiadłem w pociąg jadący do Iławy, ku wielkiemu niezadowoleniu mojej żony, która została w domu sama z kilkumiesięczną naszą córką. Do dziś mi to czasem wypomina. Ale żony nie rozumieją, że mężczyźnie, zwłaszcza po ciężkiej pracy, czasami potrzebne jest kilka dni oddechu poza domem z kumplami.
Z Iławy autobusem dostałem się do Siemian i na przystani obok knajpki czekałem na Siwego. W plecaku miałem dwie półlitrówki i nieco prowiantu. Położyłem się na trawie i wygrzewałem w promieniach słońca, starając się zapomnieć o pracy, kominach i smrodzie rozpuszczalników. Chwilę później podpłynął niewielki kabinowy jacht, za sterem którego siedział Siwy. Za jachtem, przymocowany liną, podskakiwał na falach kajak. Wszedłem na pokład, a reszta należała już do Siwego – nie miałem ochoty nic planować, zdałem się na to, co mi zaproponuje.
Po dwóch, może trzech godzinach walki z niesprzyjającym wiatrem przybiliśmy do brzegu gdzieś nieopodal wyspy Czaplak, między trawiastym brzegiem a kępami szuwarów zasłaniających nas od strony jeziora. Zagajnik porośnięty gęstymi krzewami oddzielał nas z drugiej strony od ludzi błąkających się po lądzie. Ot, skrawek polany na brzegu jeziora.
Spędziliśmy tam kilka dni nie ruszając się nigdzie, nie licząc wędkarskich niedalekich wypadów kajakiem. Wieczorami zastawialiśmy wędki, a rano zbieraliśmy połów, czasem były to węgorze, czasem trafił się sandacz, częściej jednak okonie, płocie i leszcze. Nie gardziliśmy niczym, wszystko przyrządzaliśmy na ognisku uzupełniając dietę (bo prowiant szybko się skończył), zebranymi na okolicznych polach kolbami kukurydzy, które piekliśmy w popiele ogniska. Rozmawialiśmy o wszystkim, kolegach, dziewczynach, żeglarstwie, życiu i historii. Tylko polityki nie trzeba było poruszać, bo sprawa wtedy była jasna: oni i my.
Wtedy właśnie, razem z Siwym okrywałem historię okolicy Jezioraka. A może raczej, on odkrywał ją przede mną, snuł opowieści o niemieckich mieszkańcach tych ziem, którzy musieli uciekać lub zostali do tego zmuszenie w 1945 r. W Matytach, już w dniu naszego wyjazdu, pokazał mi pomnik postawiony ku pamięci mieszkańców wioski, którzy oddali swe życie podczas I wojny światowej w obronie niemieckiej ojczyzny. To była rzadkość, ponieważ w tamtych czasach ludowa władza gorliwie likwidowała wszelkie dowody pobytu na ziemiach odzyskanych niemieckiej ludności.
Po kilku dniach wróciliśmy do rzeczywistości i do domu, ale przyjaźń trwała. Gdy nie mogliśmy się spotkać bezpośrednio, piliśmy... przez telefon. Tę historię Siwy lubił przypominać chyba najbardziej, bo rzeczywiście była raczej wyjątkowa. Siedzieliśmy przy słuchawkach w dwóch rożnych miejscach, rozmawialiśmy, a co jakiś czas wznosiliśmy toast.

Potem świat się zmienił, oddaliliśmy się od spółdzielni i jej czasów. Ale podczas promocji książki o „Świetliku”, Siwy zaprosił mnie do Radogoszczy. Byłem, zobaczyłem. Widzieliśmy się potem jeszcze kilka razy, kolejnych kilkanaście rozmawialiśmy przez telefon. Od trzech lat, gdy tylko wracał do Polski, bo dzielił życie między Dortmund i Pomorze, wybierałem się do niego, ale już nie dojechałem.

piątek, 26 czerwca 2015

James Horner, kolejny nieobecny

 Niedawna tragiczna śmierć Jamesa Hornera, to ogromna strata dla świata muzyki i filmu. Zazwyczaj, gdy ktoś mnie pyta o ulubiony film, książkę, pisarza, utwór, kapelę czy coś tam jeszcze, irytuje mnie to, bo mogę podać ich dziesiątki, a jedne nazwiska czy tytuły prześcigają inne. Bo jak porównać „Eine kleine Nachtmusik” Mozarta z, na przykład, „Stairway to Heaven” Led Zeppelin? Albo „Ostatni dzień lata” Konwickiego z, na przykład, „Żądłem” Hilla? To niemożliwe, każde z takich dzieł jest doskonałe na swój sposób, ale nieporównywalne. Jest jednak wyjątek – gdy pytano mnie o kompozytorów muzyki filmowej, wymieniałem zawsze dwa polskie i dwa zagraniczne nazwiska: Komedę i Kilara, Morricone i Hornera.
Pozostawię dziś bez komentarza polskich kompozytorów muzyki filmowej (choć można o nich napisać wiele) i wytłumaczę, czym uwiedli mnie Morricone i Horner. Może się mylę, bo nie jestem specjalistą, ale w moim odczuciu do czasów zaistnienia Morricone, muzyka była tłem filmu, miała działać na podświadomość, być niezauważalna. Jej rolą było podkreślać obrazy, napięcie, dramatyzm czy romantyzm sceny. Wychodziło się z kina nie pamiętając muzyki, tylko film. Zmienił to Morricone, sprawił, że zapamiętywało się nie tylko filmowe sceny, ale i muzykę, słuchało się jej z równym zainteresowaniem, jak śledziło filmową fabułę. Dlaczego? Morricone wprowadził do filmowej muzyki nowe i nietypowe instrumenty, a ich przejmujące, nieco zawodzące dźwięki stały się dla widza (czy raczej w tym przypadku słuchacza) nie mniej istotne, niż wydarzenia na ekranie. Wymienić przykłady? Pierwsze naprawdę ważne w historii filmu były spaghetii westerny z Clintem Eastwoodem, a ich następcami arcydzieła takie jak „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, „Dawno temu w Ameryce” czy „Misja”, a to tylko wybrane przykłady.
Horner był jego następcą (ale nie naśladowcą). W „Walecznym sercu”, który to film pozwalał widzowi rozkoszować się długimi scenami ukazującymi scenerie szkockich wrzosowisk, muzyka była równie ważna, jak fabuła. Muzyka do tego filmu była pierwszym soundtrackiem, jaki kupiłem na CD i do dziś słucham tego z równym zainteresowaniem. Kocham tę muzykę. Fletnię Pana czy organki wprowadzone przez Morricone, zastąpiły tu dudy, ale ich brzmienie jest równie przejmujące. Zresztą czyż nie dudy są najbardziej odpowiednią formą wyrazu dla szkockich krajobrazów? James Horner wypełnił też muzyką inne niezapomniane filmy, takie jak, wymieniając tylko kilka: „Imię Różny”, „Titanic”, „Apocalypto”, „Avatar”, „Apollo 13”, „Willow”, „Maska Zorro”.

Odszedł za wcześnie, nie tylko mi będzie brakowało jego muzyki na filmowym ekranie. Szkoda.

sobota, 20 czerwca 2015

Waterloo – ostatnie zwycięstwo Napoleona

 Jeśli kogoś zdziwił ten tytuł, pozostaje mi go zaprosić do dalszej lektury, bo nie jest to pomyłka. Ale o tym potem.
Trudno byłoby nie nawiązać dzisiaj do bitwy pod Waterloo, która miała miejsce równo 200 lat temu – 18 czerwca 1815 roku. Sama bitwa była ostatnim aktem trwającej od piętnastu lat wojny, wojny, która toczyła się od Lizbony po Moskwę, od Szwecji, po Włochy. Wojny okrutnej i pochłaniającej ogromną ilość ofiar, ponieważ ówczesna taktyka przewidywała przeprowadzanie manewrów zwartymi formacjami, które stanowiły doskonały cel dla salw karabinowych i artyleryjskiego ostrzału, a jej elementem była też walka wręcz z użyciem bagnetów i szabel. Wojny, dodajmy, wyjątkowo zajadłej i w samych żołnierzach budzącej krwawe instynkty. Do historii bitwy pod Waterloo, o czym raczył przypomnieć Waldemar Łysiak w rocznicowym artykule zamieszczonym w tygodniku „Do Rzeczy”, przeszedł Dick Tomlinson, angielski piechur, który rzucił karabin, „wyciągnął ręce ku szlachtującym się tłumom i krzyczał: – Ludzie!... Dlaczego my zabijamy się jak zwierzęta?!... Przecież my się nawet nie znamy!!... Ludzie!!!”.
Lew z Waterloo
Pomnik na polach Waterloo
(źródło: Wikipedia)
Bitwa w istocie była wyjątkową rzezią nawet jak na tamte krwawe czasy – w ciągu dziesięciu godzin jej trwania po obu stronach zginęło łącznie 47 tysięcy żołnierzy. Nawet jednak ta imponująca liczba ofiar, które poległy na tak niewielkiej powierzchni, przestaje budzić zdziwienie, gdy porówna się ją do liczby ofiar poniesionych podczas wszystkich wojen napoleońskich. Podczas samej wyprawy na Moskwę w roku 1812 poległo 200 tys. żołnierzy armii napoleońskiej i niemal drugie tyle po stronie rosyjskiej. Wojny toczyły się tak długo i pochłaniały takie ilości ofiar, że we Francji po moskiewskiej eskapadzie nie było już mężczyzn w wieku poborowym i Napoleon przed kampanią w 1813 roku wcielał do wojska chłopców w wieku 13 i 14 lat.
Straty poniesione przez walczące armie najprościej było policzyć, ale to nie wszystkie ani ofiary ani skutki wojen Napoleona. Nieustane przemarsze wojsk po zasianych polach, konfiskaty żywności i grabieże były na porządku dziennym, a ich konsekwencją był głód i choroby, które pochłaniały kolejne dziesiątki tysięcy ofiary, głównie wśród dzieci i kobiet. Na wsiach nie było też rąk do pracy, bo kolejne roczniki chłopów po obu walczących stronach, wcielane były przymusowo do wojska. W wielu miejscach Europy, zwłaszcza tam, gdzie toczyły się najintensywniejsze działania, ogromne połacie ziemi leżały odłogiem i dziczały, wymierały wsie i pustoszały miasteczka. Za klęskami głodu postępowały zarazy, zwłaszcza tyfus zbierał największe żniwo, ale nie mniej uciążliwa była dyzenteria. Wszystko to pochłaniało kolejne tysiące ofiar, które w skali Europy liczyć można było każdego roku w setki tysięcy.
A sprawcą tej gehenny był Napoleon, zakompleksiały z powodu pochodzenia (uboga szlachta korsykańska) i postury bufon z brakiem wyobraźni i o psychotycznych skłonnościach, aale też niepozbawiony militarnego talentu. Potrafił być cierpliwy i służalczy, gdy piął się w górę podczas francuskiej rewolucji, a gdy już zdobył władzę, nie liczył się już z nikim i z niczym. Nie interesował się niczyim losem, nie był wrażliwy na cierpienie innych, dla niego wojna była partią szachów, której szachownicą były europejskie państwa i państewka. Rozstawiał na niej swoje figury: członków rodziny, uległych władców i marszałków. Kreślił granice nowych tworów państwowych na swoją własną modłę, nie licząc się z historycznymi podziałami, etniczną przynależnością jej mieszkańców i budzącym się wśród mieszczan i chłopów poczuciem przynależności narodowej. Ten brak politycznej wyobraźni przyczynił się w końcu do jego ostatecznej klęski.
W życiu Napoleona było wiele niechlubnych czynów i wiele okrucieństwa. Już podczas swojej pierwszej prywatnej wojny, na jaką wyruszył do Egiptu, najpierw bez wahania kazał rozstrzelać trzy tysiące wziętych do niewoli jeńców, którym wcześniej zagwarantowano życie w zamian za złożenie broni, a potem, gdy poniósł klęskę, porzucił swoich żołnierzy i potajemnie uciekł do Europy. Nie lepiej traktował też Polaków, najpierw Legiony Dąbrowskiego walczące pod jego rozkazami we Włoszech wysłał na Haiti, by tłumili bunt niewolników, potem przez dziesięć lat traktował ich jak źródło dobrego, bo walczącej za ojczyznę, mięsa armatniego, a z traktowanego z bałwochwalczą czcią przez Polaków, a utworzonego dla doraźnych celów i całkowicie uległego woli Napoleona Księstwa Warszawskiego bezlitośnie wysysał pieniądze i rekruta, nie dając w zasadzie nic w zamian.
Pomnik Bitwy Nardów pod Lipskiem
(źródło: Wikipedia)

Jakim sposobem taki maluczki człowiek, stał się tak wielką legendą? Skąd cześć, jaką otaczają go nie tylko Francuzi, ale i Polacy? Jego legendę budowało dziesiątki mniejszego i większego formatu wieszczów i pisarzy, na czele których stał mistrz nad mistrze – Adam Mickiewicz. Sączy się też ona ze szkolnych podręczników nieco bezrefleksyjnie, przynajmniej wtedy, gdy ja się z nich uczyłem. Wiem, bo żyłem nią otoczony a pierwsze zdziwienie przyszło, gdy odwiedziłem, jeszcze za czasów NRD, pola przegranej przez Napoleona wielkiej bitwy pod Lipskiem. Podczas zwiedzania monumentalnego Pomnika Bitwy Narodów z głośnika popłynęły zaskakujące wówczas mnie informacje, w których Napoleon Bonaparte określany był mianem agresora, a jego przeciwnicy, armie Rosji, Austrii, Prus i Szwecji, jako obrońcy pokoju. To skłoniło mnie do przyjrzenia się postaci Bonaparte i jego dziejom dokładniej, co całkowicie, mimo nieustających wysiłków jego apologetów, w tym współcześnie najbardziej mu oddanego Waldemara Łysiaka, zmieniło mój do niego stosunek.
A jednak megaloman Napoleon, któremu marzyło się być większym wodzem od Aleksandra, pozostanie jedną z najlepiej rozpoznawalnych postaci historii ludzkości. Jego czciciele wychwalać będą jego zalety takie jak zamiłowanie do badań naukowych i koncepcję prawa cywilnego, a nade wszystko wojskowy geniusz. Arthur Wellesley, bardziej znany jako książę Wellington, wszedł do historii tylko z tego powodu, że pokonał Napoleona, a nie z powodu swych innych zasług. Tak bitwa pod Waterloo w gruncie rzeczy okazała się mimo wszystko ostatnim zwycięstwem Napoleon – takie paradoksy mają czasem miejsce w dziejach.


poniedziałek, 1 czerwca 2015

Krajobraz po (drugiej) bitwie

 Przegrana Bronisława Komorowskiego w prezydenckich wyborach nie wynika z nagłego wzrostu miłości do PiS a ze spadku zaufania do PO i rozpadu ich dotychczasowego elektoratu na mniejsze grupy. Paweł Kukiz i Ryszard Petru ich przejęli znaczną część, kto wie, czy nawet nie połowę. Liderzy Platformy za mocno wzięli sobie do serca stare urzędnicze powiedzenie: „Rzecz nie w działaniu a w sprawozdaniu”. Przez kilka ostatnich lat trudno było nie odnieść wrażenia, że w uprawianiu propagandy sukcesu i pokazywaniu, jak Polska świetnie się rozwija, czerpała swoje wzorce z epoki Edwarda Gierka. I tak jak wtedy, przez kilka lat się udawało i podobnie jak wtedy komunistyczni specjaliści, tak teraz spin-doktorzy wyglądali na bardzo zaskoczonych, że mechanizm przestał działać. A w gruncie rzeczy wystarczyło, by wyborcy zadali sobie pytanie: skoro jet tak dobrze Polsce, to dlaczego mi się nie poprawia? Nowe drogi i stadiony nie przekładają się na dostatniejsze życie. Polacy chcą, by ktoś pomyślał także o nich, nie tylko o Polsce. Chociaż młodzi ludzie są w stanie skutecznie konkurować ze swoimi zachodnimi rówieśnikami, nie chcą wyjeżdżać za pracą, woleliby pracować w Polsce i zarabiać jak ich znajomi z Niemiec czy Wielkiej Brytanii.
Postawa młodych, dobrze wykształconych Polaków daleka jest od roszczeniowej, oni nie chcą niczego dostać za nic, chcą tylko szansy, by mogli wykorzystać to, czego się nauczyli i co docenić potrafią pracodawcy, których nie stać jednak na płacenie im tyle, ile płacą firmy zza zachodniej granicy. Po pierwsze dlatego, że większość czasu zarządy polskich spółek muszą poświęcać na borykanie się z urzędniczym państwem, gdzie nikt nie docenia ich roli, po drugie dlatego, że zaspokajać muszą podatkami i odpisami na ZUS nienasycone państwo, w którym podatki wciąż wzrastają pomimo powracających obietnic o ich obniżaniu. Tu już nie chodzi o to, by dostać dwieście złotych podwyżki, ale by dostać tyle, by żyć na poziomie równym rówieśnikom z Zachodu. I ci młodzi ludzie mają rację, są tego warci! A poza tym chcą zmiany politycznej warty, nowych twarzy, nowej szansy.
Nie mam złudzeń, jeśli w najbliższych wyborach parlamentarnych wygra PiS, sytuacja Polaków wiele się nie zmieni, bo PiS jest lewicowo-społeczny, tyle że bardziej chrześcijański i narodowy. A miejsc pracy i wzrostu zarobków nie zapewnią nowe pomniki dawnej chwały i dawnych tragedii, nawet jeśli staną na Krakowskim Przedmieściu. Zresztą wszystko wskazuje na to, że PiS, nawet jeśli zwycięży w biegu po parlamentarne fotele, nie będzie w stanie rządzić w pojedynkę. Nawet koalicji nie będzie łatwo zmontować. Ugrupowanie Pawła Kukiza, które ma szansę na dobry wynik, to twór raczej efemeryczny i nie wróżę mu istnienia dłuższego niż jedna kadencja, tym bardziej, że jak dotąd nie podjęto w nim dyskusji o istnych dla kraju zmianach – wprowadzenie jednomandatowych okręgów, czego by o nich nie myśleć, niczego nie załatwi. Obawiam się, że szybko podzielą zwolenników Kukiza poglądy na naprawdę ważne elementy programu: konstytucję, prawo podatkowe i wysokość podatkowych stawek, reformę ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych, gospodarczą wolność i rolę w państwie urzędów skarbowych. A to tylko kilka spraw, na które trzeba będzie wyrazić opinię. Paweł Kukiz zdaje sobie z tego sprawę, dlatego jak na razie nie wypowiada się na ten temat, zamykając wszystko w ogólnikach o potrzebie zmian.
Bardziej wyrazista zdaje się być niedawno powołana Nowoczesna Polska Ryszarda Petru, która ma szansę przyciągnąć do siebie zwolenników liberalnej gospodarki, w tym dużą część przedsiębiorców, głównie tych najliczniejszych, czyli małych i średnich. Jest nadzieja, że jej założyciel zdecyduje się przekształcić dotychczasowe stowarzyszenie w polityczną partię i skutecznie konkurować z dotychczasowym układem politycznej sceny.

Tak czy inaczej, nie ma sensu zbytnio się tym emocjonować, doświadczenie pokazuje, że obietnice, nawet te padające z ust najbardziej eleganckich polityków, mają ten brzydki zwyczaj, że obietnicami pozostają. Czas pokaże, czy coś się zmieni, ale nadzieję trzeba mieć zawsze. A na razie po prostu trzeba robić swoje, bo Polska to taki kraj, który nie rządem stoi, a ludźmi, którzy wbrew wszystkim i wszystkiemu robią swoje. I nadal wierzą, że kiedyś coś się zmieni na lepsze.