sobota, 4 czerwca 2016

4 czerwca 1989 – pierwszy krok do wolności

 Nie chcę się opowiadać ani po jednej, ani po drugiej stronie, bez względu na to kiedy i kto pozostaje u władzy ani kto jest w opozycji. Jednak jedno wiem na pewno, każda droga rozpoczyna się od pierwszego kroku, a wybory 4 czerwca 1989 roku, nawet jeśli jeszcze ułomne i nie do końca w pełni wolne, były tym pierwszym krokiem i uczynionym we właściwym kierunku. On w rezultacie doprowadził do całkowitego odzyskania niepodległości przez Polskę i do wolności. Właśnie dzięki tamtym wyborom, dzisiaj, jedni mogą przypominać tamten dzień na ulicy, a drudzy się na to oburzać. Ale obie strony powinny sobie uświadomić, że bez tamtych wyborów sprzed lat nie byłoby to możliwe.
Porozumienie w sprawie częściowo wolnych wyborów 4 czerwca przed niemal trzydziestu laty było najważniejszym i najbardziej znaczącym osiągnięciem ugrupowań demokratycznej opozycji w komunistycznych czasach. Dokonano tego przy Okrągłym Stole i tego też nie sposób negować. Każdy krok, nawet niewielki, ale prowadzący w stronę wolności, jest krokiem zasługującym na podziw. Mimo zadawnionych i słusznych uraz, mimo nie budzących wątpliwości pretensji do rządzących, potrafiono wnieść się ponad resentymenty i doprowadzić do consensusu. Rządzący i opozycja w tamtym czasie, w szczególnych warunkach (jeszcze istniał Związek Radziecki, jeszcze nie runął berliński mur, jeszcze nie było bezpiecznie w Europie), potrafili osiągnąć porozumienie. Dla obu stron było ono wyrzeczeniem, władza ustąpiła nieco miejsca opozycji, opozycja wyrzekła się (na jakiś czas) słusznych roszczeń do pełni demokracji. Zwyciężył rozsądek, dialog i kompromis.
Nie mam zamiaru usprawiedliwiać wielu późniejszych zaniechań, jestem świadom, że mnóstwo spraw, między innymi w rozliczaniu winnych zbrodni czy pozostawianie przywilejów niezasłużonym, zostało zaniedbanych. Ale nie były temu winne ani obrady Okrągłego Stołu, ani tamte wybory, tylko politycy, którzy dostali się do władzy, a to już zupełnie inna sprawa.
Nie roztrząsając szczegółów, nie uczestnicząc w marszach, ale też nie komentując wypowiedzi ich przeciwników, chcę tylko jednoznacznie wyrazić swoją własną opinię: bez 4 czerwca 1989 roku i ówczesnych wyborów, nie mógłbym żyć teraz w wolnej Polce, bez względu na to, za jak ułomną ją uważa ta czy inna strona sceny politycznej.

środa, 11 maja 2016

„Asfaltowy saloon” po latach

 Na sam początek pięknej wiosennej pogody, gdy zaczęły kwitnąć bzy i kasztany, przyplątał się ból gardła i katar, więc weekend spędziłem w domu, mając nadzieję, że do poniedziałku jakoś się rozejdzie. Wprawdzie się nie rozeszło, a do pracy i tak musiałem się udać, ale ze spędzonych w domu soboty i niedzieli wynikło tyle, że przeczytałem po raz trzeci „Asfaltowy saloon” Waldemara Łysiaka. Pierwszy raz sięgnąłem po niego bodaj w 1980 bądź 1981 roku, gdy był jeszcze nowością wydawniczą, wróciłem do książki po pierwszej wizycie w Stanach Zjednoczonych, by tym razem prześledzić drogę autora z dokładnymi mapami jakie ze sobą przywiozłem i skonfrontować z własnymi spostrzeżeniami. Jednak dopiero gdy pojawiły się w Internecie mapy satelitarne i Google Street View, czytanie tzw. książek drogi stało się prawdziwie interesującą lekturą, bo można podążać za autorem i porównywać miejsca z opisami.
Moje wydanie „Saloonu” z 1980 r. wygląda jak tamta epoka, czyli rozsypało się i pożółkło, zaś jakość fotografii jest, czego niegdyś nie zauważałem, po prostu tragiczna, ale musiało mi to wystarczyć. Z laptopem i nią spędziłem dwa dni, z najróżniejszymi reelekcjami, nie zawsze korzystnymi dla tej książki i opinii autora.
Zapamiętałem książkę jako niezwykle interesującą lekturę, bo Ameryka zawsze budziła w Polsce (i nie tylko) zainteresowanie, zwłaszcza że Polacy kochali ten kraj opleciony girlandami dolarów, choć nie mieli okazji go zobaczyć, a już tym bardziej przemierzyć ją samochodem. O Ameryce pisało tak wiele osób, że można było śledzić jak się zmienia z epoki na epokę, z dekady na dekadę. Opisywanie Ameryki w czasach nowożytnych zaczął Henryk Sienkiewicz w swoich Listach z Ameryki publikowanych w Gazecie Polskiej pod koniec XIX wieku, a z dwudziestowiecznych już polskich zapisków niezapomniane są trzy książki Melchiora Wańkowicza z lat sześćdziesiątych i właśnie opowieść Łysiaka z końca siedemdziesiątych.
Przyznaję, nie znam tamtej opisywanej w „Asfaltowym saloonie” Ameryki z końca lat siedemdziesiątych, trafiłem tam po raz pierwszy w 1991 roku i miałem potem podczas kolejnych wizyt możliwość naocznego obserwowania zmian jakie w niej zachodziły. Zauroczyła mnie, nie ukrywam tego, ale po ponownej lekturze Waldemara Łysiaka, stwierdzić muszę, że różnimy się tak w ocenie jej historii, jak i wnioskach wyciąganych z obserwowanych wydarzeń.
Pierwsza ważna sprawa – Łysiak przez wiele stronic rozważa, kto pierwszy dotarł do tego kontynentu (jednym z kandydatów jest polski żeglarz Jan z Kolna), próbując odebrać palmę pierwszeństwa Kolumbowi, a ja uważam, że zdetronizować go się nie uda, ponieważ nie jest ważne, kto pierwszy dotarł (nawet jeśli to byli starożytni Egipcjanie bądź równie starożytni Chińczycy), ale ważne, kto włączył Amerykę (ściślej – obie Ameryki) do zachodniej cywilizacji. Odkrycie Kolumba rozszerzyło świat i nieodwracalnie go zmieniło, czego nie można powiedzieć o poprzednich odkrywcach, choćby dokonali tego przed setkami lat przed Kolumbem. Zasługa Kolumba jest zatem niepodważalna i nieporównywalna z poprzednikami.
Kolejna ze spraw, które inaczej oceniam, to kolonizacja kontynentu przez Europejczyków. Waldemar Łysiak darzy sympatią prekolumbijskich mieszkańców Ameryki i te jego uczucia podzielam, jak każdy chyba człowiek, które wychował się na książkach Maya, Coopera czy Fiedlera. Zupełnie odmiennie oceniam jednak mechanizm przemian, jaki nastąpił po jej odkryciu. Dla Waldemara Łysiaka jest to starcie dobra i szlachetności (Indianie) ze złem i nikczemnością (biali), a dla mnie nieuchronne starcie cywilizacji – zwycięża w nim ta, która jest bardziej rozwinięta. Jestem przekonany, że gdyby sytuacja była odwrotna, rdzenni Amerykanie odkryli by Europę i podbijaliby ją równie skutecznie i z podobną zajadłością, takimi prawami rządził się wówczas świat i nie można przykładać do tego starcia mieszkańców obu stron Atlantyku współczesnych norm. Nie przeczę, że stosowane przez zdobywców metody dalekie są od akceptacji i nie bez powodu budzą odrazę i potępienie, ale z podobną zajadłością toczono wojny w Europie i Azji i niestety, Indianie nie są jednym smutnym tego przykładem.
Nie potrafię także zaakceptować języka jakim się autor „Saloonu” posługuje, gdy ocenia czy opisuje ludzi, ot choćby słów, którymi skwitował życie Antoniego Pułaskiego (brata słynnego Kazimierza, bohatera Polski i Ameryki), o którym napisał, że „zachorował na miłość do Targowicy i chociaż przeżył tę weneryczną chorobę, to jednak przez nią zdechł w niesławie”. Nie godzi się tak pisać o nikim, nawet przy bardzo krytycznym stosunku do poglądów i działalności, a wybór strony po której należało się opowiedzieć nie był wówczas wcale taki jednoznaczny, jak dziś próbują nam wmówić historycy.
Nie odpowiada mi powierzchowność osądów, jak choćby tę na temat czynu Romana Polańskiego i wszczętego z tego powodu procesu, w którym Polański oskarżony został o gwałt na trzynastolatce (sam miał wtedy 44 lata). Choć sprawa była świeża i niewyjaśniona, Waldemar Łysiak nie miał wątpliwości, że Polański był niewinny, a stosunek dorosłego mężczyzny z trzynastolatką niczym niewłaściwym. Z radością napisał, że Polański „zwiał do Europy. Tam, wiedząc już, że zhańbione dziewczę od ósmego roku życia uprawiało intensywny seks [ciekawe skąd wiedział, że uprawiało, a do tego intensywny? – uwaga MHK], odszczeknął się z sarmackim wdziękiem [Żyd Sarmatą? To ciekawe – MHK] w wywiadzie dla New York Post”. Następnie autor z lubością przytacza passus z wywiadu, który pozwolę sobie skrócić do dwóch zdań świadczących o kondycji moralnej i Polańskiego, i autora „Saloonu”, a zwłaszcza o stosunku tego pierwszego do swojego czynu: „Chcieli przygwoździć moje jaja do ściany. Nie dostaniecie ich s...syny, macie za krótkie pazury! […] ...ani ta mała kurewka, ani prawo Kalifornii nie zdołają mi odebrać wolności”. Nie będę cytował więcej z tego wywiadu, dodam, że jest równie niesmaczny. Natomiast jeśli chodzi o fakty (znane dziś powszechnie), Polański pod pretekstem sesji fotograficznej zwabił dziewczę do domu Jacka Nicholsona pod nieobecność gospodarza, odurzył alkoholem i tabletkami, a potem zgwałcił, wiedząc przy tym ile ma lat i że jest to czyn karalny. Nawet gdyby uprawiała wcześniej seks (dobrowolnie!), jego czyn byłby równie niemoralny i równie niemoralne jest tego akceptacja.
Trochę mi te wszystkie spostrzeżenia psuły lekturę, bo wcześniej, przyznam, po prostu nie zwracałem na to uwagi. Byłem młody, ciekawy świata, interesowała mnie narracja, przygoda i kulturowe oraz historyczne odniesienia, bo nie ma wątpliwości, że książka napisana jest wartko i zawiera wiele do dziś interesujących informacji (a wówczas nie istniał Internet i Wikipedia!).

Ameryka zmieniła się ogromnie od czasu tamtej podróży Waldemara Łysiaka, zmieniłem się ja i wierzę, że zmieniła się też optyka postrzegania świata przez autora „Asfaltowego saloonu”. I ciekaw jestem, jak dzisiaj odniósłby się sam autor do swojej książki z 1980 roku. A jeśli ktoś chce się przejechać, choćby wirtualnie, po Starym Zachodzie i Południu Stanów Zjednoczonych razem z autorem, to mimo wszystko polecam, jeśli tylko ostrożnie traktować się będzie jego opinie.

niedziela, 8 maja 2016

Wino i poezja

 Są tylko dwie rzeczy stworzone przez człowieka, które dotykają niebios: wino i poezja. W winie jest coś arystokratycznego, nawet gdy spożywa się je przy stole kuchennym na wsi. Wiktor Hugo napisał, że „Bóg stworzył wodę, ale człowiek wynalazł wino”. Chyba miał na myśli, że jest to jeden z niewielu wynalazków, który dorównał w jakiejś niewielkiej cząstce aktowi stworzenia. Jest w tym coś z prawdy gdy się pamięta, że Jezus, syn Boga, wodę stworzoną przez Ojca przemienił w Kanie Galilejskiej w wino, a istotą jego misji była przemiana rzeczy gorszych w lepsze.
Jest też najstarszym znanym ludziom napojem, które spożywano od zamierzchłych czasów zarówno na co dzień, jak i w chwilach szczególnie ważnych. Trafiło na pogańskie bachanalie, ale i na chrześcijańskie ołtarze.
W średniowieczu szybko dostrzeżono, że spożywanie wina chroni przed chorobami, więc pito je na dworach szlachty i w klasztorach. Woda mogła wywoływać choroby, wino nigdy (chyba że te krótkie po nadmiernym spożyciu). Wino oczyszczało, zabijało bakterie i zacierało troski. A ponadto uwznioślało ducha. Pod wpływem wina powstawały najpiękniejsze strofy poezji i długie stronice prozy. Bo wino jest i było poezją i prozą.
 Po dwóch kieliszkach czerwonego wina w sobotni wieczór nachodzą mnie refleksje o życiu i sięgam po poezję. Bo życie to miłość, a miłość to poezja. Dzisiaj Williama Butlera Yeats'a, bo stoi zawsze na podręcznej półce u wezgłowia (choć nie on jeden). Na języku cierpka głębia Bordeaux a przed oczyma wyznanie irlandzkiego poety, i nie wiem, co bardziej jest przejmujące.
Wydawnictwo: C&T, Toruń
Gdybym miał niebios haftowane szaty,
Złotym i srebrnym przetykane światłem,
Błękitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i światła, i półświatła,
Rozpostarłbym je pod twoje stopy.
Lecz jestem biedny, mam tylko sny,
Moje sny ścielę pod twoje stopy,
Stąpaj więc lekko, bo stąpasz po snach.


Przekład: Ludmiła Marjańska

wtorek, 3 maja 2016

Blaski i cienie Konstytucji 3 Maja

 Przedziwną i niezwykłą legendą obrosła Konstytucja 3 Maja w zbiorowej świadomości Polaków, stając się symbolem wolności i i demokracji, choć w istocie swojej była właśnie czymś zupełnie przeciwnym, gdyż nie tylko wolność ograniczała, ale i oddawała władzę królewską w ręce niemieckiej dynastii (a dokładniej saskiej od Fryderyka Augusta poczynając), która przejąć miała władzę po śmierci Stanisława Augusta. Nie dość na tym, saskiej dynastii zapewniała wieczystą władzy królewskiej nad Polską dziedziczność. Znoszono zatem istniejącą od 1573 roku obieralność (elekcję) królów Polski, co było widomym przykładem odstąpienia od zasad demokracji.
Źródło: Wikipedia
W Wikipedii można wyczytać: Powszechnie przyjmuje się, że Konstytucja 3 maja była pierwszą w Europie i drugą na świecie (po konstytucji amerykańskiej z 1787 r.) nowoczesną, spisaną konstytucją”. Na czym zatem polega nowoczesność tej i amerykańskiej konstytucji, skoro jedna zasadniczo rożni się od drugiej? Konstytucja amerykańska wprowadzała demokrację w każdym aspekcie, trzeciomajowa przeciwnie, od demokracji uciekała, bo polskie elity tamtych czasów przekonane były, że ratunkiem dla kraju jest odejście od obieralności w wyborach głównego władcy.
A jakby tego było mało, przypomnieć należy, że konstytucja trzeciomajowa była nietolerancyjna. W pierwszym artykule, przyjmując dzisiejszą terminologię, oznajmiała: „Religią narodową panującą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkimi jej prawami; przejście od wiary panującej do jakiegokolwiek wyznania jest zabronione pod karami apostazji”.
Co zatem się stało, że tak bardzo bliska jest wszystkim partiom i ludziom, zwolennikom rządzących i opozycji, ten dokument sprzed ponad 200 lat? Jedynym wyjaśnieniem zdaje się być fakt, że większość ludzi po prostu nie zna jej treści, a jedynie przyklaskuje powielanym w środkach przekazu i podręcznikach sformułowaniom typu: „wielka konstytucja”, „zniesienie liberum veto”, „pierwsza w Europie” i tak dalej.
Kierujemy się obiegowymi stwierdzeniami, zakorzenionymi poglądami przekazywanymi przez innych i nie staramy się ich weryfikować. Nie świadczy to o nas najlepiej, bez zastrzeżeń wierzymy opiniom autorytetów, zamiast sprawdzać, czy są prawdziwe.
Nie znaczy to, by Konstytucja 3 Maja nie była wartościowym dokonaniem, jednak jej wartości szukać należy nie tam, gdzie dzisiaj próbuje się je wskazywać. Jej wielkość polega właśnie na sztuce rezygnacji z własnych uprawnień elit i szlachty na rzecz skutecznie sprawowanej władzy, odejściu od demokracji na rzecz silnej władzy wykonawczej (wtedy jeszcze w osobie króla), a przy tym dziedzicznej, a nie jak dotąd obieranej przez szlachtę. Takie rozwiązanie zapewniało jej ciągłość, a przy tym niezależność od nastrojów społecznych.
Konstytucja wówczas napisana ma jeszcze jedną wielką zaletę, o której zapomniano pisząc obecnie w Polsce obowiązującą, czyli powoływała senat nie w wyborach (znów odstępstwo od demokracji) ale złożony „z biskupów, wojewodów, kasztelanów i ministrów pod prezydencyją króla”. Ten sposób stanowienia Izby Senatorskiej miał trzy niepodważalne zalety: pozwalał senatorom patrzeć na uchwalane dokumenty z perspektywy własnych doświadczeń w sprawowaniu urzędów i bez konieczności przypodchlebiania się wyborcom; uodparniał je na zmiany nastrojów społecznych, gdy w sejmu większość zdobywało opozycyjne dotąd stronnictwo, a co za tym idzie zapewniał ciągłość działania urzędów.
Konstytucja 3 Maja w zasadzie nie została nigdy wypróbowana w działaniu, nie było więc okazji przyjrzeć się jej słabościom, więc stała się mitem, piękną przypowieścią o pięknym ustroju, który mógłby zapanować. Ale świętując tradycję jej ustanowienia nie można też zapominać, że właśnie jej uchwalenie stało się przyczyną jej upadku i ostatniego etapu zaborów, który całkowicie pozbawił Polskę niepodległości. Bo o jednym wówczas zapomniano, tak jak i dzisiaj się zapomina, o kompromisie z opozycją, która stanęła w obronie poprzedniego ustroju, zmiany uważając za despotyczne. Seweryn Rzewuski napisał o tym akcie, że: „kajdany nasze są zawsze kajdanami, a włożone ręką obcą lub domową równie ciężą”. Srogą Polska zapłaciła cenę za manipulację, jakiej dopuszczono się przy uchwalaniu ustawy zasadniczej (w zasadzie dokonano tego przez zamach stanu, przyspieszając dzień uchwalenia, by nie zdążyli przybyć posłowie sprzeciwiający się jej treści). Zasiano wiatr i w rezultacie zebrano burzę, co nieuchronni nasuwa skojarzenia z ze współczesnością, a ściślej działaniami poprzedniego sejmu, który zmieniał ustawę o Trybunale Konstytucyjnym na swoją modłę, a dziś protestuje, gdy obecna większość postępuje tak samo (nie rozstrzygam tu słuszności zmian, a jedynie przypominam działania). Tamta pierwsza Polska konstytucja przypominać powinna, że tylko kompromis może uchronić przed kłopotami i zapewnić powodzenie, co wziąć powinni sobie do serca wszyscy politycy, bez względu na wyznawane poglądy. Ale obawiam się, że w te opinii jestem odosobniony.

piątek, 8 kwietnia 2016

Metafizyka i natura

Napisałem tę recenzję, czy też raczej spisałem kilka myśli które mi przyszło do głowy podczas lektury książki Adama Hlebowicza, jeszcze w grudniu ubiegłego roku z przeznaczeniem dla jednego z moich ulubionych niszowych czasopism, czyli dla kwartalnika Prowincja. Ze względu na cykl wydawniczy tekst ukazał się (wraz z fragmentem książki) w marcowym numerze. Pozwolę więc sobie go zamieścić, a przy tej okazji zachęcam, jak zawsze, do zapoznania się z Prowincją (ma fanpage na Facebooku) i, jakżeby inaczej, ze wspomnianą książką. A teraz już właściwy tekst.


Każdy ma własną prowincję, którą darzy największym sentymentem. Może nią być miejsce zamieszkania, spędzanych w dzieciństwie wakacji lub najbliższa okolica tuż za hałaśliwą aglomeracją. Każde z takich miejsc ma własny krajobraz, niepowtarzalną i niezapomnianą atmosferę. Chociaż wychowałem się i żyję w mieście, nie potrafiłbym bez prowincji żyć. Uciekam poza Trójmiasto by odetchnąć, odwiedzać miejsca bliskie wspomnieniom, ale też, by odkrywać jeszcze nieznane. A wybór mam wyjątkowy: niemal górzyste Kaszuby, porośnięte borami Kociewie i pocięte kanałami równinne Żuławy. Każdy z tych regionów  jest wyjątkowy.
Jednak tak naprawdę prowincji nie definiują wytyczone przez ludzi, a nawet przez samą przyrodę granice, nie są nią linie na mapie, koryta rzek czy górskie pasma. Prawdziwe granice prowincji definiuje nasz umysł. Prowincja zaczyna się tam, gdzie nasze myśli biec zaczynają do spraw bardziej odległych od codziennych problemów, tam, gdzie zaczynamy zastanawiać się nad sprawami uniwersalnymi i konfrontujemy je z codziennym własnym istnieniem, własną postawą wobec świata i ludzi. Najłatwiej to przychodzi nie na ruchliwej ulicy czy w gwarze przepełnionej ludźmi kawiarni, ale w obliczu natury, w samotności. Prowincja to zatem nie geograficzna kraina, a miejsce, w którym zagłębiamy się w siebie. Prowincja to natura, a natura to metafizyka istnienia.
Adam Hlebowicz, Pułapka na ptaki,
Bernardinum 2015
Takie właśnie chodziły mi po głowie myśli podczas lektury ostatniej książki Adama Hlebowicza, a przy tym pierwszej jego powieści. Znany na Wybrzeżu dziennikarz i autor reportaży zmierzył się z zupełnie nową materią, stworzył książkę beletrystyczną, której fabuła stanowi jednak tylko pretekst do rozważań o życiu, prawdzie, etyce i Wszechświecie. Jej tłem są miejsca odległe od ludzkich skupisk, Bory Tucholskie, rosyjska Syberia, węgierska puszta czy delta Wisły, ale ważny jest człowiek i jego decyzje. Polikarp, bohater opowieści, lekkoduch, miłośnik przyrody i podglądacz ptaków, niezależny życiowo wagabunda, postawiony wobec niespodziewanej sytuacji, zmuszony zostaje do rozstrzygnięcia dylematu ani zaskakującego, ani wyjątkowego, ale zawsze równie ważnego. Ważnego dla wszystkich, którzy zmuszeni są dokonać wyboru decydującego o dalszym losie swoim i innych.
Polikarp jest człowiekiem inteligentnym, nieobce mu są rozważania filozofów i ich konkluzje, często skrajnie odległe i ze sobą sprzeczne. Dotąd jednak miał ten komfort, że sam nie musiał spośród nich wybierać, tylko się nimi bawił, żonglował wiedzą dla przekory, by błysnąć erudycją i zawstydzić zbyt pewnych siebie pseudo-naukowców. Nie osądzał innych, w gruncie rzeczy akceptował wszystko, co nie przeszkadzało mu żyć po swojemu. Aż wreszcie dylematy od których uciekał go dogoniły i nie pozostało mu nic innego, tylko samemu je rozwiązać.
Polikarp, jak większość ludzi, tak ważnego wyboru dokonuje w samotności, choć potrzebuje wsparcia. Przygląda się ptakom, które nie mają przed nim już niemal żadnych tajemnic. Ale tam trudno znaleźć odpowiedź, zwłaszcza jemu, ornitologowi, który wie o nich prawie wszystko. Ten świat jest równie różnorodny jak ludzki. Są takie gatunki ptaków, które zmieniają partnerów, ale i takie, które łączą się na całe życie; niektóre upodobały sobie do życia ciche i trudno dostępne miejsca, inne hałaśliwe ludzkie skupiska uczyniły swoim domem; są takie, które całe życie spędzają w jednym miejscu, lecz inne odlatują i wracają. Wskazówek dostarczyć mu muszą więc ludzie, ale nie wystarczy stary przyjaciel Tomasz, jego poglądy są dla Polikarpa zbyt oczywiste, życie zbyt uporządkowane, dom nazbyt poukładany.
Najbardziej przydatni okazują się ci, którzy żyją z dala od innych, samotnie i zgodnie z porządkiem natury. Podczas swoich wędrówek Polikarp spotykał ich niejednokrotnie, szanował ich dystans do świata i milczenie. Dopiero teraz okazało się, jak głębokie i ważne nosili w sobie tajemnice. To one pomogą wybrać Polikarpowi odpowiedź. Przynajmniej tę dotyczącą sprawy najbardziej teraz palącej.
Peregrynacje Polikarpa odkrywają kolejne wątki przeszłości związane z dziejami Pomorza i losami jego mieszkańców, tymi niedawnymi i tragicznymi: niemiecką okupacją, działalnością Gryfa Pomorskiego, sowieckim „wyzwoleniem” i losami późniejszych żołnierzy wyklętych. A każdy poruszany przez Autora temat wywołuje chęć głębszego poznania tamtych czasów, szukania wiedzy w podręcznikach historii i pamiętnikach osób, które tych wydarzeń byli świadkami. I po zakończeniu lektury zostawiają poczucie niedosytu.
Książka uwiodła mnie też z jeszcze jednego powodu, powodu dla którego Adam Hlebowicz zadedykował ją Rodziewiczównie i Newerlemu, pisarzom jak on zakochanym w naturze i nawiązujący do niej w swych powieściach. Bory Tucholskie, Żuławy czy daleka węgierska puszta i ich mieszkańcy w opisach Autora stają się tak interesujący, że ma się ochotę od razu spakować walizki i wyruszyć w podróż do miejsc, gdzie trafił bohater opowieści. W gruncie rzeczy bowiem prawdziwy świat to prowincja, to natura i żyjący z nią w zgodzie ludzie.
Z prawdziwą przyjemnością spędziłem przy tej niedługiej opowieści dwa weekendowe wieczory. Jeśli wolno mi poczynić uwagę krytyczną, to przede wszystkim tę, że wszystkiego było mi za mało – poruszonymi przez Adama Hlebowicza wątkami można byłoby wypełnić książkę znaczenie bardziej opasłą. Liczę na to, że Autor kiedyś wróci do swojego bohatera i opisze jego dalsze dzieje, tematów na pewno nie zabraknie.

środa, 23 marca 2016

Północ – Południe

 Tydzień wolnego, ledwie tyle, by w chwili gdy przestałem myśleć o pracy, już zacząłem myśleć o powrocie. Ale nie narzekam, bo Kraków to idealne miejsce na kilka dni wakacji, a od dawna myślałem o tym, by odwiedzić to miasto i porównać do tego, jakie pamiętam. Ostatni raz spędziłem w nim jeden pełny dzień w 1995 roku, a zatem w niemal innej epoce.
Dla Krakowa jednak ćwierćwiecze, to ledwie chwila, trwa przecież na swym miejscu od setek lat. Jest w nim powaga i dostojeństwo dawnej stolicy, jakiś rodzaj zamyślenia, dokładnie takiego jak na twarzy Stańczyka z obrazu Matejki. I jest w nim także ciepło słońca sprawiającego, że jeszcze przed kalendarzową wiosną budzą się i zielenieją krzewy na Plantach.
Do Krakowa wiosna przychodzi wcześniej niż do Gdańska. Pamiętam kwietniowy dzień 1996 roku, gdy po zmierzchu wyruszyliśmy z Warszawy i dotarliśmy do Krakowa, gdy było już po północy. Na tyle późno, by wystarczyło czasu na zameldowanie się w hotelu i przespanie kilka godzin przed zaplanowanym rano spotkaniem. Ale co to był za poranek! Gdy w Warszawie, nie wspominając o Gdańsku, dopiero wyglądały na świat pierwsze listki na miejskich klombach, w Krakowie wiosna była w pełnym rozkwicie. Ze zdumieniem przecierałem oczy sycąc się zielenią obsypanych listowiem drzew. Ale na północ wracałem z radością, bo to, co w Krakowie już minęło, do Trójmiasta miało dopiero nadejść, więc przeżyć mogłem tego roku dwie wiosny.
Kiedyś, w zamierzchłym roku 1989, gdy sypać się zaczął stary komunistyczny porządek a my, na czele z Olafem Olszewskim i pozostałą częścią filmowego zespołu Video Studio staraliśmy się zapamiętać w obiektywie kamery minione dni niezależności i odwagi ludzi kultury, którzy nie poddali się reżimowi stanu wojennego i stworzyli sobie własny świat galerii i teatrów urządzanych w przyjaznych murach kościołów, jeden z malarzy, z którym przeprowadzaliśmy wywiad (niestety nie pamiętam, który), powiedział do mnie: „Skoro jesteście z Gdańska, to powinniście dobrze się czuć w Krakowie, to przecież niemal takie samo miasto”. Nie miał na myśli krakowskiej huty ani gdańskiej stoczni noszących wówczas miano Lenina, które stanęły w 1988 roku na czele nowej fali strajków, jaka doprowadziła do rozmów okrągłostołowych, tylko atmosferę zabytkowych uliczek i ciszę gotyckich kościołów. I z pozoru miał rację, ale to raczej było powierzchowne spostrzeżenie, bo o atmosferze miasta nie stanowią mury jego budowli. Kraków i Gdańsk są i były inne, pierwsze z nich to tradycja, stabilność i refleksyjny intelektualizm, drugie to pęd ku nowości, pragnienie zmian, nieustanny ferment idei i otwarcie na świat. Pierwsze to stara stolica, szacowny uniwersytet i umiłowanie stabilności, drugie to port, ruch, handel i tygiel pomysłów.
Kraków, synagoga na Kazimierzu
Nie odmawiam Krakowowi broń Boże historycznych zasług dla polskości i wolności naszej ojczyzny. To tam, w kamienicy na krakowskim rynku mieszkał Tadeusz Kościuszko i tam składał swą przysięgę odziany w chłopską sukmanę. To z krakowskich Oleandrów wyruszała do Kielc Kompania Kadrowa Komendanta Piłsudskiego z nadzieją na wywołanie powstania w zaborze rosyjskim, z tych Oleandrów, gdzie w 1971 roku mieszkałem w najstarszym bodaj w Polsce schronisku młodzieżowym podczas mojego pierwszego pobytu w Krakowie. A to tylko dwa z wielu przykładów zaangażowania tego miasta w sprawy Polski. Nie zmienia to jednak faktu, że duszę ma inną niż Gdańsk.
Kraków, kapliczka na Dębnikach
Lubię odwiedzać Kraków, sprawdzać, czy się nie zmienił, wpaść na Wawel, spacerować po uliczkach starego miast, a od niedawna również żydowskiego niegdyś Kazimierza, który, nadrabiając czas zaniedbań, próbuje nawiązywać teraz do swojej przeszłości. Lubię zaglądać na stary, dziś już nieczynny dworzec, kupować bundz i bryndzę na targowisku Kleparza i potem zagryzać je w hotelu nie mającymi sobie równych krakowskimi obwarzankami sprzedawanymi z niebieskich wózków. Tym razem zatrzymaliśmy się na Dębinkach, tych Dębinkach, gdzie w latach 1938 – 1944 mieszkał Karol Wojtyła (nasz hotel był kilka minut spacerkiem od jego domu), to nasze nowe odkrycie – nieduża stara dzielnica obok wielkiego miasta, tuż za Wisłą naprzeciw Wawelu (Kraków odkrywać można na nowo przy każdej wizycie). Ale zawsze jest tak, że gdy minie kilka dni, gdy już nasycę się nobliwym Krakowem, czuję przemożną chęć powrotu, bo coś gna mnie do domu, do Gdańska, Sopotu i Gdyni. Tu jest chłodniej, później przychodzi wiosna i wolniej ożywa przyroda po zimie, ale w morskiej bryzie jest głębszy oddech a nad Bałtykiem szersza perspektywa. Gdańsk jest miastem rozmiłowanym w niezależności, miastem buntu i dumy, nie lubiącym się podporządkowywać i wybierającym własną drogę ku przyszłości. Chyba dlatego tak lubię tu wracać, mimo że leży nad ciemną i chłodną morską zatoką.

Gdańsk potrafi drzemać niemal w bezruchu przez wiele lat, ale gdy nadchodzi taka konieczność, gdy w Polsce dzieje się coś złego, budzi się, otrząsa i staje na czele buntu, często pozornie skazanego na przegraną. Za to najbardziej lubię to miasto. Na jego herbie widnieją słowa: Nec temere, nec timide – „Bez zuchwałości, ale i bez lęku”, a na krzyżach ustawionych przy historycznej bramie stoczni nie bez powodu wypisano strofy wiersza Czesława Miłosza: „Który skrzywdziłeś człowieka prostego, śmiechem nad krzywdą jego wybuchając... nie bądź bezpieczny, poeta pamięta”. Dwa bieguny Polski, północ i południe, Gdańsk i Kraków, symbol buntu i symbol stabilizacji – z dala od rozpolitykowanej Warszawy zaprzątniętej codziennością, stają na straży, czuwają.

środa, 24 lutego 2016

Salon – pułapka literatury

 Adam Hlebowicz napisał książkę „Pułapka na ptaki”. Poszedłem na spotkanie promocyjne, porozmawialiśmy o wartościach niesionych przez sztukę i to zaprowadziło nas do Malborka, gdzie spotkaliśmy się z Markiem Stokowskim, autorem i wieloletnim nauczycielem muzealnym. W komnatach zamku malborskiego rozmawialiśmy o marnej literaturze i o tym, że o kształcie polskiej sztuki (a książkach przede wszystkim) decyduje salon. Jakoś tak się stało, że ta prowadzona w półmroku i ciszy gotyckiego wnętrza dyskusja przeniosła się przed telewizyjne kamery ustawione na najwyższym poziomie nowego dworca w Sopocie (oficjalna nazwa to bodaj: Centrum Sopot). Czasami rozwój sytuacji zaskakuje.
Salon – nie lubię tego określenia, zawsze miało dla mnie dziwnie podejrzane, spiskowe konotacje. Ale jest w tym coś z prawdy, choć to raczej „spisek” intencji niż zaplanowanych działań. W salonie największe znaczenie mają Bardzo Wpływowi Krytycy (BWK) i Bardzo Ważni Pisarze (BWP) namaszczani przez Bardzo Wpływowych Krytyków. BWK piszą w Bardzo Wpływowych Czasopismach (BWC) i sprawiają, że szukamy w księgarniach książek BWP zrecenzowanych przez BWK. Tak formuje się tzw. główny nurt literacki kierujący się najbardziej aktualnie lansowaną modą. By stać się BWP trzeba pisać zgodnie z nią, choć czasem wbrew sobie. Tak salon staje się pułapką na książki i pisarzy.
Jednak poza BWP opisywanymi przez BWK w BWC istnieje jeszcze inny świat literacki z ogromem ciekawych i wartościowych książek napisanych przez pisarzy, którzy modzie się nie poddają, świadomie skazując się na literacki zaścianek – świat skazany na milczenie, ponieważ jego mieszkańcy piszą unikając wulgaryzmów i pornografii o istotnych dla wszystkich wartościach – stoją po jasnej stronie mocy, choć nie jest ona tak atrakcyjna jak ta mroczna. A my, Adam, Marek i ja, lubimy je czytać i tak sobie wymyśliliśmy, że warto je innym zarekomendować, a aby to zrobić, trzeba jakoś je ujawnić.
Trudno jest w zalewie informacji odnaleźć dobrą literaturę. Śmiem przypuszczać, że w dzisiejszych czasach przepadłyby takie nazwiska literackich gigantów jak Dąbrowska, Sienkiewicz, Prus czy Reymont. Nie epatowali niepotrzebną przemocą i seksem (podkreślam słowo – niepotrzebną, bo istnienie przemocy i seksu dostrzegamy), ich bohaterowie nie przeklinali, a autorzy pisali o tak niemodnych i nudnych sprawach jak dobro, miłość, rodzina czy patriotyzm (skandal!). Ale wierzymy, że nie jesteśmy jedyni, którym taka beletrystyka się nadal podoba.

To taki nasz pomysł, pisać i prezentować dobre książki, inne książki, te spoza głównego nurtu. Jeszcze nie wiemy jak i gdzie, ale pomyśleliśmy, że najważniejsze, to wiedzieć z kim. Zaczęliśmy od informowania o naszym pomyśle. Nie wiemy, ile osób podzieli naszą opinię i co z tego wyjdzie, ale zaczęły już trafiać do nas pierwsze sygnały wsparcia i gotowości do współpracy. Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to z doświadczenia wiem, że i tak zaowocuje to odnowieniem starych i nawiązaniem nowych znajomości, a co za tym idzie wymianą informacji. A to też dużo. Jeśli dodatkowo kilka osób odkryje kilka innych i wartościowych książek, to już będzie to jakiś sukces.