czwartek, 13 kwietnia 2017

Norweska literatura w dobrym stylu, czyli „Płyń z tonącymi”

Płyń z tonącymi, Lars Mytting,
Wyd: Smak Słowa, 2016
Płyń z tnącymi to przyzwoita pod względem literackim powieść, a to w dzisiejszych czasach rzecz raczej wyjątkowa i tym samym godna uznania. Nie jest to książka wybitna, ale po prostu dobra.  Pomijając kilka uwag, jakie miałbym do polszczyzny przekładu (a to przecież nie wina autora), nie mam jej wiele do zarzucenia. To prawda, wszystko to już było: śmierć bliskiej bohaterowi osoby, pozostawione przezeń rzeczy rozpoczynające zagadkę, rodzinna tajemnica z przeszłości, odległe kraje, dramaty wojny, cenne dziedzictwo które trzeba odnaleźć; ale nawet jeśli było, to wcale nie oznacza, że powieść musi być mniej interesująca, zwłaszcza że fabuła snuje się w egzotycznych dla nas Polaków, surowych krajobrazach Norwegii i Szetlandów, i mniej egzotycznych, acz zawsze interesujących rejonach Francji. Bohater jest sympatyczny i niewydumany, a opowiadana historia zakorzeniona w dobrze udokumentowanej przeszłości. Jeśli miałbym już stawiać zarzuty, to te o niezaspokojonych własnych oczekiwaniach, które autor najwyraźniej uznał za nieistotne, jak choćby temat dziadka, który wsparł swego czasu ruch kolaborującego z Hitlerem Vitkuna Quislinga i walczył na froncie wschodnim po stronie Niemców. To rzadko w literaturze beletrystycznej poruszany epizod z historii Norwegii i byłem ciekaw przyczyn czy okoliczności takiej decyzji podjętej w przeszłości przez jedną z istotnych postaci opowieści, niestety, ciekawość nie została zaspokojona.
Podsumowując, polecam, bo tak się kiedyś pisywało interesujące i zapewniające dobrą rozrywkę książki. Wszystko u  Larsa Myttinga dozowane jest z umiarem, tak jak w prawdziwym życiu: miłość, namiętność, rozterki, podróże, przygoda i codzienność. Ale też uczciwie uprzedzam, że trzeba się wciągnąć by poczuć klimat opowieści, co poszukującym wartkiej od pierwszego zdania akcji, może sprawić pewną trudność.

czwartek, 23 marca 2017

Pierwszorzędne Ósme życie

Ósma życie, Nino Haratischwili,
Wydawnictwo: Otwarte, 2016
Na temat „Ósmego życia” gruzińskiej autorki Nino Haratischwili powiedziano już tak dużo, że pisanie kolejnej opinii o tej książce pozwala na komfort pomijania szczegółów i skoncentrowanie się na istocie rzeczy, czyli napisaniu zdania, o którym zawsze marzę, gdy zabieram się do czytania powszechnie polecanej książki: „Zgadzam się!”. To rzadka i wyjątkowo przyjemna sytuacja, bo chwalone w mediach i przez czytelników książki, zwłaszcza w ostatnich latach, zazwyczaj albo rozczarowują, albo nawet zniechęcają. W tym przypadku jestem dodatkowo mile zaskoczony, bo to powieść klasyczna, zachowująca chronologię wydarzeń, pisana językiem zwyczajnym i starannym, a mimo to (a może dlatego właśnie?) interesująca i przejmująca. Miło mi skonstatować, że nie jestem ostatnim wielbicielem takiej prozy. Równie przyjemna jest myśl, że mam jeszcze kolejny tom takiej lektury przed sobą i mam nadzieję, że nie zmienię opinii ani o autorce, ani o tłumaczce, bo do przekładu także nie mam zastrzeżeń.
Ja ograniczę się do tych kilku zdań, a zainteresowanych bliższymi szczegółami odsyłam w otchłań Internetu.

niedziela, 12 marca 2017

Niedźwiedzie eseje, czyli tajna wersja historii Gabriela Maciejewskiego

Wydawało mi się, że o historii pisać można na dwa sposoby: pierwszy, nazwijmy go monograficznym, jest suchy, rzeczowy, pełen cyfr, szczegółów i towarzyszy mu ogromna ilość przypisów odwołujących się do źródeł – to nudna choć potrzebna i wartościowa metoda naukowa; druga, nazwijmy ją popularyzatorską, pisana jest wartko i przystępnym językiem z pominięciem nadmiernej ilości męczących danych i bibliografią na końcu książki. Pierwszy przeznaczony jest dla naukowców i dociekliwców, drugi dla zainteresowanych historią hobbistów. Obie metody są potrzebne i choć służą odmiennym celom, z tego drugiego rodzaju narracji chętnie korzystają też najwybitniejsi historycy, gdy przekazać chcą nie tylko fakty, ale i tezy na tyle interesujące, że  pragną się nimi podzielić z szerszymi kręgami czytelników – znakomitym tego przykładem była tu twórczość Pawła Jasienicy, choć nie jest to przykład odosobniony.

Niedźwiedź i róża, czyli tajna historia
Czech, Gabriel Maciejewski, Tom 1,
Wyd. Klinika Języka, Warszawa 2014
Tak dotąd myślałem, ale okazało się, że jest jeszcze trzeci, nazwijmy go najdelikatniej – „anty”, bo jest przeciwieństwem i pierwszego, i drugiego. Jego znamienitym przykładem była z trudem przeze mnie czytana (i wreszcie przeczytana) książka „Niedźwiedź i róża, czyli tajna historia Czech”. Istotą zamieszczonych tam esejów bywają, zazwyczaj nieco odbiegające od ogólnie przyjętych, tezy historyczne, ale to jedyna zaleta tej pozycji Gabriela Maciejewskiego, jeśli w ogóle można nazwać ją zaletą, bo rozwodzenie się nad tym (trzymając się pierwszego rozdziału), że Jana Husa, czeskiego heretyka, traktowano przed skazaniem go na śmierć lepiej, niż opisują to jego zwolennicy i komunistyczni autorzy, nie jest szczególnie inspirujące. Przypisów na potwierdzenie przytaczanych opinii żadnych, jedynie spekulacje, a rozdział ten wydaje mi się jednym z ciekawszych spośród bez mała trzydziestu. Większość jest nużąca, zagmatwana, rozwlekła i trudno jest w tych opowieściach w ogóle dopatrzyć się jakiejkolwiek tezy, a jeszcze trudniej odnaleźć się w chaosie: tajne konszachty i organizacje, spiski, alchemicy i talmudyści, ukryte intencje, wszystko w większości wsparte przypuszczeniami bardziej niż faktami. Inaczej mówiąc – rozczarowanie. 

Rozstanie z Facebookiem

Chciałem coś pozytywnie, przynajmniej we wspomnieniach, napisać o Facebooku, ale już nie potrafię. Porzucam FB i wszelkie inne portale społecznościowe o charakterze niesprecyzowanym tematycznie, bo w ostatnich latach przestały być społecznościowe, a zamieniły w polityczne. Kiedyś pozawalały odnaleźć się ludziom, którzy rozjechali się w różne strony świata, teraz zaczęły ich dzielić według politycznych sympatii, a tych niezaangażowanych emocjonalnie w politykę, do których  sam się zaliczam, po prostu odstręczają.
Ja mam dość i mam wrażenie, że nie jestem jedyny. Naprawdę rzadko udaje mi się od jakiegoś czasu trafić na posty znajomych związane z codziennymi wydarzeniami, zainteresowaniami pozapolitycznymi, podróżami, rodziną, hobby. Z przerażeniem przyglądam się zrywanym przyjaźniom, nienawistnym słowom, ostrym komentarzom. Nikt już nie słucha argumentów, tylko z góry odrzuca i  wykpiwa wszystko, co powiedzą przeciwnicy. Prawda przestała się liczyć, liczy się tylko przynależność, trzeba być za bądź przeciw, bo jak się nie jest za, to i tak jest się przeciw.
Nie pasuję do tego świat, wolę własny. Przez dziesięciolecia żyłem bez Facebooka, nie przychodzi mi zatem z trudem się z nimi żegnać. Zresztą to rozstanie nie jest gwałtowne, nie zamknę ostentacyjnie profilu na FB, bo takie gesty nie są w moim stylu. Coraz rzadziej zaglądałem tam zresztą ostatnio, a te przerwy się wydłużały. Nie obrażam się też ani na media, ani na znajomych, po prostu to nie moje klimaty.
Myślę, że otwarte, egalitarne portale, po początkowym okresie euforycznych powrotów do starych znajomości, uprzytomniły teraz wszystkim, że każdy jest inny i bardzo się różnimy. Wspólna klasa czy studia nie sprawiają, że myślimy tak samo i mamy podobne poglądy na wszystko i podobne gusta. Aby być ze sobą, cieszyć się swoim towarzystwem, trzeba dzielić zainteresowania. Egalitaryzm jest fikcją co jakiś czas narzucaną przez kolejne ideologie, ale sądziłem, że nie musi to oznaczać ostentacyjnej manifestacji rozumianej jako jedyna słuszna prawda. Dlatego się wypisuję, pozostawiając Facebook współczesnym sankiulotom i  żyrondystom, niech tam zmagają się ze sobą, gdy ja będę zmagał się z codziennymi problemami niezależnie od tego, kto jest u władzy. I spotykał się w realu z ludźmi, których łączy ze mną coś więcej, niż tylko polityczny transparent rozpostarty nad głowami. Bo życie pokazuje, że istnieją sprawy ważniejsze od polityki, choć niektórym trudno w to uwierzyć.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Za czyli przeciw – jak zmieniały się sympatie politycznych środowisk nie tylko w sprawie Wałęsy

W miarę upływu lat i oddalania się od przełomowego roku 1989, z coraz mniejszymi emocjami, ale za to większym rozbawieniem obserwuję wydarzenia na politycznej scenie Polski. Przedziwne bowiem rzeczy dzieją się w polityce, jeśli spojrzeć na nie z perspektywy ćwierćwiecza, zaskakujące bywają zmiany stron i sojuszy dokonywane przez polityków, i chociaż wszyscy już przywykli, mnie nadal wprawia to w zdumienie. Ot, choćby Roman Giertych, swego czasu jako przewodniczący Ligi Polskich Rodzin tworzący wespół z PiS i Samoobroną rządzący Polską sojusz, dziś pomstuje na byłego koalicjanta (PiS) i jego przywódcę. Nie inaczej Kazimierz Marcinkiewicz, pozbawiony za nieudolność (bo serwilizmu mu nie brakowało) stanowiska szefa rządu przez swego protektora, dziś wtóruje jego przeciwnikom. Nie inaczej usunięty przez Jarosława Kaczyńskiego ze stanowiska ministra obrony Radosław Sikorski, od owej chwili wierny członek PO i zajadły wróg PiS z jego prezesem na czele. Można to grono poszerzyć choćby o Michała Kamińskiego, swego czasu rzecznika prasowego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a także wielu kolejnych choć mniej znanych postaci życia politycznego. Bywają również wolty odwrotne, do spektakularnych należało przyjęcie stanowiska ministra finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego przez oddaną wcześniej Donaldowi Tuskowi Zytę Gilowską, czy rok temu przez Jarosława Gowina teki w resorcie nauki i szkolnictwa wyższego. Nie wnikam, czy ich postawa wówczas, czy obecnie jest słuszna (odpowiedź zależy od tego, kto będzie to oceniał), to jedynie czysta konstatacja. Politycy, jak widać, delikatnej natury mają psychikę i gdy poczują się urażeni, równy przejawiają entuzjazm, co i wrogość. Ale to wszystko już nie zaskakuje, zwłaszcza, że za niektórymi z nich trudno nadążyć. Znakomitym tego przykładem może być Ryszard Czarnecki: zaczynał od Unii Polityki Realnej, następnie zakładał Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, potem przystąpił do Samoobrony, aż wreszcie odnalazł się w PiS, przy czym warto podkreślić, że nie należy on do wyjątków. W tym kontekście równie interesujące są, zwłaszcza w świetle ostatnio opublikowanych opinii biegłych grafologów na temat teczki Lecha Wałęsy, wolty całych środowisk politycznych. A ich historia może być bardzo pouczająca.
W 1990 roku, podczas kampanii przed pierwszymi powszechnymi wyborami prezydenta, przeprowadzanymi po raz pierwszy od zakończenia II wojny, w polskim społeczeństwie dokonał się głęboki podział. W wyścigu do Belwederu (obecny Pałac Prezydencki był jeszcze wówczas tylko Pałacem Namiestnikowskim) stanęło w szranki dwóch niekwestionowanych w swych osiągnięciach polityków: Lech Wałęsa, patron Komitetu Obywatelskiego dzięki któremu opozycja wygrała kontraktowe wybory 4 czerwca 1989 roku, oraz Tadeusz Mazowiecki, pierwszy niekomunistyczny premier Polski drugiej połowy XX wieku rezydujący w Polsce (nie licząc nominalnych tylko premierów londyńskich).
Dla obu stających w szranki liderów wybory te miały nie tylko polityczne, ale i ambicjonalne znaczenie. Lech Wałęsa, od lat przyzwyczajony do roli dyrygenta, niechętnie patrzył, jak spod jego skrzydeł wyrwał się, usamodzielnił, a co gorsza nabierał popularności nowy sejmowy przywódca. Czuł, że usuwa mu się spod nóg piedestał, bez którego nie potrafił już żyć. Sam Tadeusz Mazowiecki natomiast, nie do końca widzący się w nowej roli, dał się przekonać swoim poplecznikom głoszącym, że tylko on zrealizować może bliską im wizję socjaldemokratycznej i liberalnej Polski, a co najważniejsze, zatrzyma nieodpowiedzialnego gbura, czyli Wałęsę, postrzeganego przez środowisko bliskie Mazowieckiemu jako największe zagrożenie dla dokonujących się przemian.
Dla polityków skupionych wokół kandydatów wybory miały także ogromne znaczenie. Wałęsie, głoszącemu konieczność przyspieszenia i nowego początku, patronowali Jarosław i Lech Kaczyński i środowisko Porozumienia Centrum (z którego w 2001 roku narodził się PiS), Kongres Liberalno-Demokratyczny z Donaldem Tuskiem i znaczna część środowisk o prawicowej proweniencji (chociaż dystansował się od postaci Wałęsy na przykład Aleksander Hall). Ich zagorzałymi przeciwnikami, wspierającymi Tadeusza Mazowieckiego, było przede wszystkim środowisko Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna (ROAD, później przekształcony w Unię Demokratyczną), w którym najważniejszą rolę odgrywali politycy o lewicujących poglądach, tacy jak Jacek Kuroń, Adam Michnik, Henryk Wujec czy Władysław Frasyniuk. W ślad za nimi podzieliło się społeczeństwo.
Kampania była ostra i bezkompromisowa, a co najbardziej zaskakujące, to sojusznicy Mazowieckiego wprowadzili do niej elementy agresywne i dyskredytujące przeciwnika. W spotach wyborczych T. Mazowieckiego, Wałęsa odcinał siekierą Polskę od Europy (bo w jednym z wywiadów ogłosił, że trzeba prezydenta z siekierą) i łamał ledwo wschodzące drzewo wolnej Polski, by wsadzać bez korzeni do innej doniczki (zapowiadał nowy początek), a to tylko dwa zapamiętane przeze mnie z wielu podobnych. Nie szczędzono też Wałęsie czarnego wizerunku, był w nim nieobliczanym w czynach populistą i dyletantem, nieodpowiedzialnym i groźnym watażką, a jego rządy miały sprowadzić na Polskę ogrom niewyobrażalnych nieszczęść.
Wybory okazały się klęską Mazowieckiego, przegrał nie tylko z Wałęsą, ale nawet z nieznanym do niedawna nikomu Tymińskim. Środowisko Unii Demokratycznej głęboko urażone taką niesprawiedliwością i głupotą ludu, przez kolejnych pięć lat nie unikało żadnej okazji, by przypiąć urzędującemu prezydentowi kolejną łatkę (co, nawisem mówiąc, nie było trudne, bo Wałęsa w istocie okazał się dyletantem i gburem).
Minęło nieco ponad dwadzieścia lat (Wałęsa w kolejnych wyborach przegrał z Aleksandrem Kwaśniewskim) i ku memu zaskoczeniu, to właśnie najwięksi ówcześni przeciwnicy Wałęsy skupieni wokół Gazety Wyborczej stali się jego największymi apologetami, a jego dawni sojusznicy wrogami! Ciekawe, czy to Wałęsa przeszedł tak głęboką metamorfozę (stał się wykształcony, uprzejmy i odpowiedzialny), że warto go dzisiaj poopierać, czy już taki był, tylko dopiero teraz jego obrońcy to dostrzegli?

sobota, 28 stycznia 2017

Krótki powrót na Archipelag

Czasami lubię sprawdzać, czy młodzieńcze fascynacje nadal bywają interesujące, a idealną okazją do takich literackich testów okazała się twórczość Ursuli Le Guin, dziś już osiemdziesięcioośmioletniej amerykańskiej pisarki. Wiele lat zajęło mi przeczytanie całego cyklu jej opowieści o Ziemiomorzu, ale i autorka nie spieszyła się z pisaniem (pierwsza powieść ukazała się w 1968 roku, ostatnia w 2001). Do niedawna przekonany byłem nawet, a nie należę jak sądzę do wyjątków, że ten cykl stanowi trylogię zakończoną w 1972 roku.
Wydawnictwo Literackie, 1983
Pierwszą jej część, wydaną w Polsce przez Wydawnictwo Literackie a zatytułowaną „Czarnoksiężnik z Archipelagu” poznałem bodaj w 1984 roku i od razu uwiodła mnie swoją poetyką. W tamtych latach dopiero kształtować się zaczęła wśród czytelników miłość do opowieści typu fantasy, Le Guin była więc dla mnie odkryciem na miarę Tolkiena. Nieprześcignione było też tłumaczenie Stanisława Barańczaka, którego działalność opozycyjna w KOR sprawiła, iż zaplanowane na 1976 rok pierwsze wydanie książki zostało przez władzę wstrzymane na kilka lat.
„Grobowce Atuanu”, kolejna część trylogii, ukazała się najpierw jako wydawnictwo klubowe, jak na tamte czasy (chyba 1986 rok) przyzwoicie przygotowane, ale ta książka nie miała już tego czaru i uroku, co „Czarnoksiężnik”. Może dlatego, że przekład był już inny (choć zasadniczo tłumaczenie Piotra Cholewy jest poprawne, nie ma w nim „duszy” Barańczaka), ale głównie dlatego, że opowieść nie była już tak atrakcyjna i wlokła się nieco, jak ścieżki opisywanego w niej podziemnego labiryntu, który pokonać musieli bohaterowie.
Wydawnictwo: Książnica, 2011
Po tym doświadczeniu zerwałem na wiele lat z Ursulą Le Guin, ale gdy płynie czas, rodzą się sentymenty, więc w ubiegłym roku powróciłem do jej prozy. Zabrałem się za „Najdalszy brzeg” i poczułem się jak syn marnotrawny wracający do domu po latach rozłąki, bo lektura sprawiła mi niemal taką samą przyjemność jak pierwszy tom cyklu.
Ale z kolejną częścią, „Innym wiatrem”, którą niedawno zakończyłem, już tak nie jest. Ta opowieść, moim zdaniem, nie dorównuje wcześniejszym. Książka nuży, wlecze się, meandruje niepotrzebnymi dywagacjami – to już nie ta sama autorka i upływ lat (a było ich ponad 30 od powstawania „Czarnoksiężnika”) sprawił, że nie ma już w jej pisarstwie tej pomysłowości, która budziła czytelniczą niecierpliwość, by dowiedzieć się, jak potoczą się losy bohaterów. Ziemiomorze spowszedniało, nie unosi się już nad nim aura tajemniczości, nie zaskakuje niczym nowym. Choć nie odmawiam innym uznania dla tej powieści, ja sam dokończyłem ją raczej z obowiązku niż potrzeby, nie wspominając już o ciekawości. I chociaż nie żałuję tego czasu (powroty do przeszłości nieco go zabierają, a książka nie jest zła, tylko po prostu gorsza), to jednak pominiętą przeze mnie „Tehanu” wolę na razie odstawić na półkę. Może kiedyś znowu zatęsknię za Ziemiomorzem.

sobota, 21 stycznia 2017

Ginący gatunek mężczyzn

Niełatwo jest znaleźć książkę, która stanowiłaby tak przyjemną lekturę, bo rzadko pisuje się teraz powieści, które poruszają sprawy istotne bez ich komplikowania, a co najważniejsze, bez epatowania brutalnością, dosłownością i wulgaryzmami. Ponadto postać bohatera, niemal już sześćdziesięciolatka, choć mieszkającego w innym kraju i innej rzeczywistości, bliższa się okazuje duszy Polaka, niż mogłoby się wydawać. Bo w gruncie rzeczy, bez względu na to, pod jaką szerokością geograficzną się żyje i jakiej barwy flagi wywiesza podczas świąt narodowych, wszyscy jesteśmy podobni i podobne problemy i rozterki przeżywamy.
Fredrik Backman, Mężczyzna imieniem Ove,
Wydawnictwo: W.A.B.
Ove to jednak niezwyczajna postać ani na polskie, ani szwedzkie standardy, choć ten typ mężczyzny spotkać można wszędzie i, opierając się na powierzchownych spostrzeżeniach, mocno pomylić w ocenie. Bo w towarzyskim życiu Ove nie jest łatwy, wieczne niezadowolony, surowy w opiniach, stale wykłócający się o wszystko i przekonany o tym, że cały świat sprzysiągł się, by z nim walczyć. Tak naprawdę kieruje się rozsądnymi zasadami, nie pasuje już jednak do tego świata, który w ciągu jego życia zmienił się w tempie przekraczającym wszelkie wyobrażenia: komputery, tablety, telefony komórkowe, międzynarodowe korporacje, elektronika – to rzeczy, których nie rozumie i nie chce rozumieć. Nie obarcza jednak winą postępu, a tylko fakt, że ludzie dali mu się uwieść, omotać i pod jego wpływem odeszli od starych zasad i przyzwyczajeń. „Bo teraz wszyscy mają po trzydzieści jeden lat, noszą zbyt obcisłe spodnie i nie piją normalnej kawy. I nikt już nie bierze za nic odpowiedzialności. Wszędzie cała masa facetów z przystrzyżoną bródką, którzy zmieniają prace, zmieniają żony i zmieniają marki samochodów. Tak po prostu. Kiedy im pasuje” – konstatuje. Wie że różni się od innych, nie szuka towarzystwa ani ludzi, ani zwierząt, a jedyne czego pragnie, to tego, by przestrzegano zasad i nie wkraczano w jego świat.
Niełatwo jest znaleźć książkę, która stanowiłaby tak przyjemną lekturę, bo rzadko pisuje się teraz powieści, które poruszają sprawy istotne bez ich komplikowania, a co najważniejsze, bez epatowania brutalnością, dosłownością i wulgaryzmami. Ponadto postać bohatera, niemal już sześćdziesięciolatka, choć mieszkającego w innym kraju i innej rzeczywistości, bliższa się okazuje duszy Polaka, niż mogłoby się wydawać. Bo w gruncie rzeczy, bez względu na to, pod jaką szerokością geograficzną się żyje i jakiej barwy flagi wywiesza podczas świąt narodowych, wszyscy jesteśmy podobni i podobne problemy i rozterki przeżywamy.
Ove to jednak niezwyczajna postać ani na polskie, ani szwedzkie standardy, choć ten typ mężczyzny spotkać można wszędzie i, opierając się na powierzchownych spostrzeżeniach, mocno pomylić w ocenie. Bo w towarzyskim życiu Ove nie jest łatwy, wieczne niezadowolony, surowy w opiniach, stale wykłócający się o wszystko i przekonany o tym, że cały świat sprzysiągł się, by z nim walczyć. Tak naprawdę kieruje się rozsądnymi zasadami, nie pasuje już jednak do tego świata, który w ciągu jego życia zmienił się w tempie przekraczającym wszelkie wyobrażenia: komputery, tablety, telefony komórkowe, międzynarodowe korporacje, elektronika – to rzeczy, których nie rozumie i nie chce rozumieć. Nie obarcza jednak winą postępu, a tylko fakt, że ludzie dali mu się uwieść, omotać i pod jego wpływem odeszli od starych zasad i przyzwyczajeń. „Bo teraz wszyscy mają po trzydzieści jeden lat, noszą zbyt obcisłe spodnie i nie piją normalnej kawy. I nikt już nie bierze za nic odpowiedzialności. Wszędzie cała masa facetów z przystrzyżoną bródką, którzy zmieniają prace, zmieniają żony i zmieniają marki samochodów. Tak po prostu. Kiedy im pasuje” – konstatuje. Wie że różni się od innych, nie szuka towarzystwa ani ludzi, ani zwierząt, a jedyne czego pragnie, to tego, by przestrzegano zasad i nie wkraczano w jego świat.
Ove ma jednak nieszczęście (choć to pojęcie okazuje się względne) trafiać na ludzi, którzy zdają się deptać wszystko, co ma dla niego wartość, a co gorsza przekraczać wyraźnie artykułowaną przez niego granicę prywatności. I to, ku jego zaskoczeniu, bywają ludzie, którzy warci są nie tylko uwagi, ale i przyjaźni.
W zasadzie, ta książka to banał, bo to opowieść o sile miłości, bardzo głęboko zagrzebanej w duszy oraz i o tym, że w szczególnych okolicznościach zawsze potrafi o sobie przypomnieć. Ale właśnie sztuką jest pisać banały, które tak potrafią wciągnąć i tak wzruszać. Tak naprawdę lubimy czytać o sobie, a ten bohater bliski będzie niejednemu mężczyźnie, który jest jeszcze w pełni sił, gotów jest dać z siebie wszystko, ale nikt nie chce z tego skorzystać ani nawet słuchać jego rad, a on czuje się coraz bardziej niepotrzebny. I będzie bliski tym wyjątkowym kobietom, które kochają takich mężczyzn.
Jeśli miałbym postawić zarzut autorowi, to nadmiernej poprawności politycznej, jakby chciał zadowolić wszystkich. Ale przyznać muszę, uczynił to z wdziękiem. A książkę zdecydowanie polecam, również kobietom, bo daje wgląd w męski świat i męską duszę. Choć pamiętać powinny, że dusza Ovego nie wyczerpuje różnorodności męskiego świat.Ove ma jednak nieszczęście (choć to pojęcie okazuje się względne) trafiać na ludzi, którzy zdają się deptać wszystko, co ma dla niego wartość, a co gorsza przekraczać wyraźnie artykułowaną przez niego granicę prywatności. I to, ku jego zaskoczeniu, bywają ludzie, którzy warci są nie tylko uwagi, ale i przyjaźni.
W zasadzie, ta książka to banał, bo to opowieść o sile miłości, bardzo głęboko zagrzebanej w duszy oraz i o tym, że w szczególnych okolicznościach zawsze potrafi o sobie przypomnieć. Ale właśnie sztuką jest pisać banały, które tak potrafią wciągnąć i tak wzruszać. Tak naprawdę lubimy czytać o sobie, a ten bohater bliski będzie niejednemu mężczyźnie, który jest jeszcze w pełni sił, gotów jest dać z siebie wszystko, ale nikt nie chce z tego skorzystać ani nawet słuchać jego rad, a on czuje się coraz bardziej niepotrzebny. I będzie bliski tym wyjątkowym kobietom, które kochają takich mężczyzn.

Jeśli miałbym postawić zarzut autorowi, to nadmiernej poprawności politycznej, jakby chciał zadowolić wszystkich. Ale przyznać muszę, uczynił to z wdziękiem. A książkę zdecydowanie polecam, również kobietom, bo daje wgląd w męski świat i męską duszę. Choć pamiętać powinny, że dusza Ovego nie wyczerpuje różnorodności męskiego świat.