poniedziałek, 9 maja 2022

Reflaeksja codzienna, nieco smutna

 Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale brakuje czasu na pisanie. Wydawało mi się niegdyś, że im człowiek starszy, tym więcej czasu i mniej problemów - u mnie się nie sprawdza, problemy wciąż nowe, a czasu jak zawsze mało. Czuję się jak szachista, który ma do wykonania znacznie więcej ruchów, niż niż przewidziany na nie czas. Niedoczas, tak to się nazywa, a ja kontynuuję tę grę od... naprawdę wielu wielu lat. Nie tylko ja, tylko nie zawsze ktoś zdaje sobie z tego sprawę.

Dla mnie to stresujące doświadczenie, budzę się i układam plan, co powinienem zrobić, by nadrobić przyszłość. A potem wstaję i natłok codzienności mnie przytłacza. Nie tylko chodzi o rzeczy do zrobienia, takie zwykłe, fizyczne, jak rozmowa czy spotkanie, bo znaczną część dnia zajmują dolegliwe obecnie zmagania z Internetem, typu nowa poczta, nowe fan page, nowa strona... Miało to ułatwiać życie, ale niekiedy utrudnia.

Założyliśmy komitet społeczny pod nazwą Komitet Solidarności Gdańsk - Ukraina. Leszek Biernacki wpadł na pomysł, by pozapraszać do niego ludzi, którzy przyczynili się do zmian w Sierpniu 1980 roku. Ale w gruncie rzeczy, póki nie wymienimy się medialnymi kontaktami, nic nas nie będzie łączyć. Łatwo jest to zrobić, gdy się rozmawia twarzą w twarz z jedną osobą, ale gdy na spotkanie przychodzi osób dziesięć, spośród których znasz dwie, a rozpoznajesz kolejne trzy, trudni jest to powiązać, zwłaszcza że niektórzy oznajmili, że jesteś koordynatorem.

Ale przyjmijmy, że pokonując te braki wcześniejszych osobistych relacji, rozmawia się z kimś na takim spotkaniu, kto ma niezwykłe i niepodważalne zasługi, z kim ma si e podjąć wspólne działanie, a jak to zrobić, by było korzystnie i lepiej? Nie dla mnie, tylko dla sprawy?

I teraz staję przed kamerami, by, obok Jurka Borowczaka, Zbigniewa Lisa i kilku jeszcze znaczących w latach  dawnych nazwisk i zastanawiam się, gdzie ja jestem?

Teksty bez tytułu, refleksje, to zapewne nie ma znaczenia dla nikogo, zapisuję je dla siebie.

wtorek, 22 marca 2022

Pamiętam takie wydawane przed nastaniem niepodległości książki, na marnym papierze i z kiepskimi okładkami, z których dowiadywałem się prawdy o historii Polski. Pamiętam z nich dwie tezy o modelu przyszłego państwa polskiego, jedną proponowaną przez Romana Dmowskiego - Polskę narodowościowo jednolitą, w której "obcy", by móc w niej pozostać musieli być spolszczeni i wyrzec się swych korzeni; drugą Piłsudskiego, w którego koncepcji w granicach Polski znaleźć się mogły osoby o innym narodowościowo pochodzeniu, a co ważniejsze, których aspiracje do własnej państwowości należało wspierać i pomóc im w stworzeniu własnych niepodległych państw, które miały być buforem chroniącym Polskę od nieprzewidywalnej Rosji, bez względu na to, czy będzie biała czy czerwona.

Piłsudski traktował te państwa instrumentalnie, nie czuł sympatii ani do Ukraińców, ani do Litwinów, Białorusinów (choć Białoruś traktowano wtedy jak część Litwy), ani do żadnych innych nacji, jedyne co czuł, to nienawiść do Rosji, bez względu na jej ustrój. Państwa ościenne miały służyć jako bufor, załatwić czas na pozbieranie się Polski do wojny.

Wbrew dziwnej i niezrozumiałej dla mnie sympatii Polaków do Józefa Piłsudskiego, który był raczej postacią bardziej przerażającą niż sympatyczną (uzasadnienie moje opinii nie jest w tym kontekście konieczne, ale kiedyś do tergo wrócę)nie lubił on nikogo, poza kilkoma osobami z najbliższego otoczenia, ale na pewno już nie zamieszkujących dawne polsko-litewskie obszary I Rzeczpospolitej narody. Łaskawie proponował im własne państwo, pod warunkiem, że granice ich sam wykreślił, a ich rządy sobie podporządkował. Gdy Litwa nie chciała się podporządkować, wysłał generała Żeligowskiego, by zajął Wilno i okolice, gdy nie chciała się podporządkować Ukraina, oddał ją w ręce bolszewików bez najmniejszych skrupułów.

Choć źle, bo po megalomańsku, zabrał się do wprowadzenia swoich porządków (był w gruncie rzeczy nikim więcej, niż dyktatorem), co do jednej sprawy się nie mylił, państwa między granicami Polski i Rosji, mogły być i wówczas, a dzisiaj są, prawdziwym pierwszym szańcem granic Polski, a dzisiaj także Zjednoczonej (choćby tylko z nazwy) Europy.

Ukraina już dzisiaj zapewniła światu więcej czasu, niż polska we wrześniu 1939 roku. Lekceważona przez Zachód i Rosję Ukraina obnażyła słabość Rosji, choć w jej potęgę wierzyły i jej się obawiały dotąd Niemcy i Francja, a zapewne też Ameryka. Rosyjska machina wojenna utknęła pod Kijowem, Mariupolem czy Charkowem, armie Putina tracą sprzęt i ludzi, żołnierze dezerterują i odmawiają wykonywania rozkazów, a Europa i Ameryka stoją w miejscu i wydają odezwy, jak kiedyś alianci po ataku Hitlera na Polskę. To najlepsza możliwość od czasów końca II wojny światowej, by obalić Rosję, białą, czarowną czy Putinowską. To jest największy dramat, lepiej robić niewiele lub nic, niż wykorzystać nadarzającą się, a przy tym naprawdę zgodną z wszystkimi zasadami współczucia i ochrony ludności cywilnej, okazję. Czemu tak się dzieje? Z prostego powodu, świat boi się zainterweniować, by nie doznać uszczerbku, ich Marioupol, Charków czy Kijów nadal stoją. A Putin ma guzik do wyrzutni rakiet z bronią jądrową. Tylko zamiast zapobiec możliwości ich użycia "bohaterski świat czeka, jak zawsze, że ktoś za nich to załatwi, będzie ów świta praworządny i demokratyczny wspierał Ukrainę aż do ostatniej kropli krwi... ukraińskich żołnierzy.

Mnie to po prostu mierzi i tyle.

wtorek, 15 marca 2022

 Zaświeciło słońce i nieco wzrosła temperatura, a już zaroiło się pod naszym balkonem.W krzewach i naszym karmniku nieustanny ruch. Wróble i mazurki i para sikorek bogatek gościła się u nas przez całą zimę, ale nie w takiej liczbie jak obecnie, zwłaszcza sikorek przybyło całe stado. Wszystko ruchliwe i radosne. Cieszę nimi oczy z równą skwapliwością, jak promiennym wiosennym słońce, bo tę czuć już w powietrzu i widać na krzewach, które nieśmiało jeszcze, ale już zazielenione wypuszczając pączki, a na drzewie w ogrodzie naprzeciw mojego biura zażółciły się mirabelkowe kwiaty.

Zazwyczaj z zadowoleniem kłaniałbym się wiośnie, bo to wyczekiwana nie tylko przeze mnie pora zwiastująca i bezmiar świeżej zieleni i coraz gorętsze promienie słońca, ale w tym roku tę radość przykrył ponury cień wojny w Ukrainie, która już dwudziesty dzień stawia opór Rosji. I nadal zastanawiam się, jak to możliwe, że Zachód, a po części także część elit dawnych demoludów, i nie mam tu na myśli wyłącznie Viktora Orbana, dała się na tyle uśpić Putinowi, że nawet po roku 2014, nawet w obliczu ostrzeżeń prezydenta Josepha Bidena, do samego końca nikt nie potrafił uwierzyć, że Putin naprawdę może zaatakować Ukrainę.

W pierwszym tegorocznym numerze dwumiesięcznika "Nowa Europa Wschodnia" Klaus Bachmann, niemiecki dziennikarz, na tyle mocno związany z Polską, że Bronisław Komorowski nadał mu tytuł profesorski (Bachmann obronił doktorat na Uniwersytecie Warszawskim a habilitował na Wrocławskim), na pytanie dziennikarza o możliwość zaatakowania Ukrainy przez Rosję odpowiedział "Myślę, że Rosja tego nie zrobi, cho c nie mam dobrych argumentów, żeby uzasadnić". To znamienne, bo mnie tylko on, nikt nie miał argumentów, a jednak od lat wierzono, że  Rosja nie będzie agresorem. Jak niegdyś Hitlerowi pozwalano, by Putin zagarniał prowincje kolejnych uznanych przez świat Zachodu państw (w Europie po części okupowane są od lat przez Rosję także Mołdawia i Gruzja), racjonalizując jego postępowanie na wszelkie możliwe sposoby, nawet odebranie Ukrainie Krymu i Donbasu zakończyło się tylko symbolicznymi sankcjami, o których, we wspomnianym wywiadzie, profesor Bachmann powiedział: "...pamiętam dyskusję o sankcjach z moim kolegą z Moskwy, który jest dość bliski Kremlowi. Na pytanie, o to, czy sankcje ich bolą, odpowiedział, że w zasadzie nie bolą, ale są nieprzyjemne, bo to znaczy, że Rosja nie jest równorzędnym partnerem dla Niemiec i Stanów Zjednoczonych". Polecam ten numer styczniowo-lutowy, bo zamroził on Zachód i Wschód w ostatniej chwili jego przedwojennego status quo, które już nie powróci nigdy. Wystarczył kilka dni, by zmienił się układ sojuszów, geopolityka i wizja przyszłości świata.

środa, 9 marca 2022

 Minął trzynasty dzień oporu Ukrainy, są niezwykle dzielni, aż trudno w to uwierzyć, że są w stanie tak długo stawiać opór rosyjskim wojskom, które czynią wszystko, czego zakazuje konwencja genewska. Szaleństwo trwa, a ja przytłoczony jest faktem, że niewiele na to mogę poradzić. I chyba to jest najgorsze, bezradność.

Gdy Jelcyn zatankował Ukrainę, byłem w trakcie lektury książki Juwala Harari "Sapiens, od zwierz at do bogów". Nie podzielam jego opinii w wielu tezach, ale, pomijając, że jego książki zmuszają do myślenia, znaleźć można u niego wypowiedzi, którym trudno zaprzeczyć, bo choć nie są odkrywcze, są niepodważalne. ot cho cny: "Każdy naród ma prawo do samostanowienia i dlatego na świcie powinno by c tyle niepodległych państw, ile jest narodów". Problem w tym, że Harari sam nie wierzy w takie stwierdzenia i przekonany jest, że to imperia pchają  świat do przodu. CO teraz napisze o inwazji Putina na Ukrainę. czy aby nie [poprze jego działań?

Ni wierzę żadnym woszczom, wieszczącym, że odkryli mądrość wszechświata, czytam, by poznać, ale już sam nie wiem, czy to nie stracony czas. Jakie z te rozważania są płytkie i jakże szybko kładzie im kres rzeczywistość! Ot choćby jego twierdzenie z 2011 roku: "Zdarzały się okresy względnego pokoju, na przykład w w Europie w latach 1871 - 1914, lecz zawsze kończyły się tragicznie. Tym razem jednak jest inaczej. Prawdziwy pokój nie jest tylko brakiem wojny. Prawdziwy pokój to niskie prawdopodobieństwo wystąpienia wojny".

Nie chce mi się kontynuować cytowania kolejnego wieszcza, którego przepowiednie się nie sprawdzają. \prawda jest taka, że świat i wydarzenia są nieprzewidywalne i zawsze trzeba oczekiwać najgorszego, nawet gdy trwa to wile dziesięcioleci.

Mam inny problem, problem z wyborem. Czuję, że nie dokończyliśmy naszej kontrrewolucji zapoczątkowanej w 1980 roku i trochę mi wstyd, że nie pomyśleliśmy też o Rosji. Zaspokoiło nas to, że kraje podległe Moskwie odzyskały niepodległość, ale nie pomyśleliśmy o tym, by przez tych trzydzieści lat nie spróbować porozumieć się z Rosjanami, tym, którzy chadzają ulicami i pracują każdego dnia poza systemem. Nie chodzi o indoktrynację e, tylko o rozmowę, empatię, tłumaczenie i przyjaźń.

Rosjanie, część Rosjan, nieliczna bardzo wtedy, wymyśliła "samizdat" na długo przed tym, gdy w Polsce pojawiać się zaczęły nielegalne wydawnictwa. Alt to inna historia, na razie trzeba się skupić na Ukrainie, broni prawa do wolności w bardzo trudnym położeniu geopolitycznym. Chwała Ukrainie!

sobota, 5 marca 2022

 Mija dziewiąty dzień rosyjskiej inwazji na Ukrainę, a ja nadal mam wrażenie, że to wszystko zły sen i po części tak żyję, nie mogę się skupić na pracy, nie mogę się skupić na życiu i zastanawiam si e, co robić, poza tą drobną pomocą, którą świadczymy, po części po to, by zaspokajać sumienie. Każdego dnia się budzę i zastanawiam się, czy to naprawdę możliwe?

Cały mój, cały nasz świat, runął 24 lutego 2022 roku, a cała ludzkość zapamięta tę datę. Stało się coś dotąd niewyobrażalnego, bo wydawało się wszystkim, że pozostaje już tylko korzystać z życia, konsumować i nie przejmować się nikim i niczym, bo potwory przestały istnieć. Wszak taki świat ogłosił Francis Fukuyama w swoim "Końcu historii", który rozbawił mnie niezwykle swoją wizją świata, który w zasadzie już nic nie musi już robić, bo osiągnął szczyt rozwoju, tym samym nic już nie trzeba czynić, tylko czerpać z osiągniętego dobrobytu. W tej czarującej wizji, wszyscy byli tak przesiąknięci demokracją i liberalizmem, że stali się dobrzy bezkreśnie i niczego nie należy się obawiać. Upraszam, ale takimi uproszczeniami myśleli  światowi przywódcy, a książkę Fukuyamy obwołano intelektualnym objawieniem XXI wieku.

Nie jest to miejsce na opowiadanie o konwersji autora z amerykańskiego neokonserwatysty na liberała (według amerykańskich kryteriów), ale jak inni politycy, którzy wierzyli w jego futurystyczne wizje , wszyscy przywódcy światowi, poza nic nieznaczącymi wyjątkami, są dobrzy, w tym Putin. Jacques Chirac nazwał go dziejowym przywódcą Rosji i w podziękowaniu odznaczył Legią Honorową, królowa Elżbieta II udzieliła mu audiencji, choć nie czyniła tego żadna z osób dzierżących koronę od czasów carskich wobec żadnego z sowieckich czy rosyjski przywódców. Barack Obama przyjmował go chętniej, a jeszcze chętniej spełniał jego życzenia. Gerhard Schroeder porzucił kanclerski urząd, by stać si9 e jego pracownikiem i orędownikiem, a Angela Merkel przez kolejne kadencje wspierała budowę North Stream jeden i dwa, przyczyniając się do uzależniania Europy od rosyjskich dostaw gazu. Klub siedmiu najbogatszych państw świata zapraszał Putina na swe posiedzenia. Nikt nie słuchał ostrzeżeń, które raz w czas padały z ust myślących trzeźwiej polityków, ale któż by ich słuchał!

Sytuację zmieniła nieco pierwsza agresja Rosji na Ukrainę z 2014 roku, nie wypadało ju z zapraszać Putina na obiadki. Ale kontynuowano pakty z diabłem. Orban czy Merkel są tego przykładem, ale nie tylko oni. W gruncie rzeczy, pozornie się dystansując, elita polityczna europejskiego Zachodu, jak w latach pierwszych terytorialnych ustępstw wobec Hitlera, uzna la,  ze to cena niewielka za pokój, ropę i gaz.

Minęła północ, Ukraina broni się nadal, setki tysięcy kobiet, dzieci i starców uciekają z własnego kraju, większość z nich do Polski. Dokończę przy okazji, teraz sprawdzę, jakie są ostanie wieści.

wtorek, 1 marca 2022

 Tę datę na wznowienie pisania ustaliłem sobie mniej więcej miesiąc temu, ale nigdy bym nie przypuszczał, że będzie miało to miejsce w aż tak przerażających dniach. Zastanawiałem się nawet dzisiaj, czy to aby na pewno dobra pora, ale uznałem, że nawet najrzadziej czytany blog, na którym wypowiada się jednoznacznie na temat Putina. Jest to jedyny człowiek, choć człowiekiem nazwać go można tylko ze względu na wygląd zewnętrzny, no, może nie licząc Łukaszenki, o którym będę pisał używając jedynie nazwiska, bo nie przysługują mu już żadne ludzkie prawa, poza ewentualnym sądem za zbrodnie, których się dopuszczał i dopuszcza.

 Żyłem dotąd w przekonaniu, że będziemy pierwszym pokoleniem Polaków urodzonych po drugiej wojnie światowej, którzy nie nie doświadczą wojny w najbliższym swoim sąsiedztwie. Oderwanie się od Związku Sowieckiego odbyły się niemal bezkrwawo, nie licząc Rumunii i Bałkanów, które są od Polski odległe, odbyło się bez większych perturbacji przy zaskoczeniu dla nas i całego świata. Potem wolna Europa zdawała się już bezpieczna. Sprzyjał jej Borys Jelcyn, przywódca narodu rosyjskiego, który uchronił świat przed przywróceniem komunizmu obalając pucz Janajewa w 1991 roku. Niestety jego słabości zmusiły go do przekazania władzy urzędnikowi KGB o szczurzej twarzy, który w zamian za zapomnienie przewin prezydenta Rosji, przejął jego funkcję.

Jeszcze wtedy Zachód nie zrozumiał, kim jest Putin, przyjął za dobrą monetę jego pozorną kulturę i człowieczeństwo. Fetowano go do tego stopnia, że otrzymał najwyższe francuskie odznaczenie, czyli Legię Honorową, od Valéry'ego Giscarda d’Estaing, a królowa Elżbieta II, przyjęła go jako przywódcę Rosji na audiencji, po raz pierwszy od czasów carskiej Rosji. Potem klub najbogatszych państw świata przyjmował go podczas spotkań. Europa własną piersią karmiła żmiję, nawet gdy zajęła Krym i i Część donieckiego zagłębia, jedynie wyproszono ją z salonów, choć już wcześniej okupowała część terytoriów Gruzji i Mołdawii.

Zmieniło się, niemal wszystko, od chwili gdy Putin rozpoczął wojnę, trudno mi się skoncentrować na pracy. Nie tylko mi. Nasze życie w biurze upływa na zbieraniu i rozsyłaniu potrzebnych rzecz uchodźcom, a   przy tym opukujemy się trzema rodzinami bezpośrednio. Jedna, to czteropalnikowa kobieca, którą przyjęli znajomi w Szemudzie, Babcia lat 80, córka 50, wnuczka 20 i prawnuk 1 rok.

Kolejna, to kobieta z dwójką chłopców w wieku 15 lat i 9 lat. Na kolejną oczekujemy, na razie jest na granicy, dotrze zapewne za kilka dni.

Reszta z moich i naszych dział w kolejnych wpisach. Gdyby ktoś jednak chciał się włączyć w nasze działania, zapraszam do kontaktu na biuro@toucan-systems.pl lub kontak porzez www.toucan-systems.pl

sobota, 22 września 2018

Niesmaczne dowcipy i sponsor disco polo


Piątek, 21 września 2018 r., Sopot

Gorąco, podobno to ostatni taki dzień tego roku, ale przecież to ostatnie dni lata.
Oglądałem kilka dni temu program „Roast of Bruce Willis”, trafiłem, a że lubię tego aktora, który zapewniał dobrą rozrywkę nie starając się aspirować do roli oscarowej gwiazdy, zacząłem oglądać. Tytuł zapowiadał gorący i bezkompromisowy wywiad, ale to, co dostałem, po prostu cofnęło mnie od ekrany – niesmaczne, wulgarne, prymitywne. Ale co ciekawe, liczna publiczność zdawała się doskonale bawić. Nie pasuję do tego świata, ale tak właśnie go postrzegam i taki jest. Przecież nie tak znowu dawno, na słynnych taśmach z restauracji „Sowa i przyjaciele” mieliśmy okazję wysłuchać, jakim językiem „elita” tego kraju posługuje się w rozmowach między sobą.
Zresztą TVP za rządów Jacka Kurskiego też sprowadza się do poziomu ulicy, przykładem popularyzowanie disco polo, nazywanej teraz eufemistycznie „muzyką taneczną”. Bez najmniejszej wątpliwości obecny prezes TVP stał się głównym sponsorem tego gatunku muzyki. Ale przynajmniej nie towarzyszą temu przekleństwa, co chyba jest jedyną zaletą takich imprez masowych.

wtorek, 18 września 2018

Republika Rzymska i Dziki Zachód


Galie est omnis divisa in partes tresTak, sięgnąłem po „Wojnę galijską” Juliusza Cezara. Kiedyś te słowa rozpoczynające to jego dzieło było rozpoznawalne przez niemal wszystkich, dziś mało kto wie o tym, że Cezar był doskonałym nie tylko wodzem, ale i pisarzem, takie czasy.
Czemu „Wojna galijska”? Jak zwykle przypadkowy łańcuch skojarzeń, znalazłem w Internecie „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” Gibbona, który już od dawna chciałem nabyć, by mieć komplet jego  dzieł i tak przypomniał mi się Cezar i jego książki (jestem też w posiadaniu „Wojny domowej”), które wydały mi się dobrym przerywnikiem do opowieści o Kitcie Carsonie, barwnej postaci z Dzikiego Zachodu, na którego cześć w Nevadzie nazwano jedno z miast. Błąkam się zawsze po kilku książkach jednocześnie, to zdecydowanie zapobiega monotonii, a poza tym to po prostu niecierpliwość, nie potrafię czekać, gdy już myślę o innych książkach.

Lato żegna się przepiękną pogodą i wysoką temperaturą, dziś w Gdańsku termometr wskazywał dwadzieścia siedem stopni. To dobrze, bo najbliższe dni w pracy będą równie gorące, szykują się odbiory naszych instalacji z oprogramowaniem w Poznaniu, Elblągu i Słowińskim Parku Narodowym, wszystkie w końcu tygodnia.

niedziela, 16 września 2018

Stowarzyszenie miłośników książek i rozstań z nimi


Pogodnie, ale lat już minęło. Podobno w centralnej i południowej Polsce na kilka dni wrócić mają jeszcze upały, a i u nas na Wybrzeżu ma być słonecznie i ciepło. To chyba będzie takie pożegnanie pięknego tegorocznego lata.
Pozbywam się książek. Nawet gdy to piszę, brzmi okrutnie, ale gdy ma się w domowej bibliotece ponad dziesięć tysięcy  papierowych woluminów, nie ma wyjścia. Część domowej biblioteki już od kilu lat rezyduje na specjalnie przygotowanych regałach w piwnicy. Nie wiem, dokładnie ile tego wszystkiego jest razem, był taki czas, że staraliśmy się je skatalogować, ale zawsze jakieś licho rujnowało wiele dni pracy, a to awaria komputera, a to awaria pliku, a to nieznana siła, która sprawiała, że znikał. Próbowałem ja, próbowały moje dzieci, zawsze fatum przeszkodziło, uznałem więc, że nie warto walczyć ze zrządzeniem losu i biblioteka do dzisiaj o pewnego stopnia pozostaje tajemnicą, choć zazwyczaj zawsze udaje mi się odnaleźć to, czego szukam.
Z biblioteką jest jednak jak z teorią Malthusa, ograniczoność zasobów nie pozwala na utrzymanie większej jej ilości i te najmniej pożądane książki, bądź te, do których już nie zamierzam wracać (codzienne czytadła), muszą emigrować. I z tym jest problem, niewielu już pozostało chętnych do adopcji, nawet przytułki (publiczne biblioteki) nie chcą ich przyjmować. Po części o wina samych książek, czy raczej ich wydawców, coraz ich więcej, ale coraz mniej są warte. Trafienie na tytuł, który chciałby się podstawić na półce na dłużej, to nie jest prosta sprawa, zanikają też prawdziwe księgarnie, sklepy handlujące książkami zazwyczaj traktują je po macoszemu, na pierwszy rzut idą w nich upominki, materiały papiernicze czy kredki. A i ludzi szukających rozrywki w czytaniu trudniej jest znaleźć, wypierają taką rozrywkę gry i filmy dostępne w sieci.
Wydawnictwo Świat Książki, 2010
Moje książki mają jednak przed wywiezieniem ostatnią szansę, układam je w stoik i potem przez kilka czy kilkanaście dni bywają przeglądane przez znajomych i rodzinę, niekiedy znajdują nowego właściciela, przynajmniej na jakiś czas. Czasem i mnie mięknie serce i ze stosu trafia któraś ponownie na biurko. Tak właśnie stało się dzisiaj ze „Stowarzyszeniem Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”. Prawdę mówiąc gdy kupiłem ją w roku dwa tysiące dziesiątym (nie przypuszczałem, że to było tak dawno, ale mam zwyczaj pozostawiania w książce paragonu zakupu), nie uwiodła mnie, nie bardzo odpowiadało mi przedstawianie wydarzeń w postaci listów pisanych do siebie przez bohaterów, trafiła więc na półkę i została zapomniana. Niedawno jednak trafiłem w sieci na film zrealizowany na jej podstawie (mam abonament w Netflixa i HBO Go, to tak a propos innych rozrywek) i film wydał mi się znacznie bardziej atrakcyjny. I to ją na razie uratowało, bo zacząłem ją czytać ponownie, by upewnić się co do swego pierwszego wrażenia. A potem dam ją mojej córce Marcie, której film też się podobał, by skonfrontować opinie – być może będzie miała ochotę ją przeczytać.

środa, 12 września 2018

Urok niedokończonej roboty


Pochmurna, chłodno, wietrznie, chyba nadchodzi jesień, przynajmniej tu u nas, na północy. Mieszkanie w bezpośredniej bliskości morza ma swój urok, ale też i mankamenty. Dla reszty kraju zapowiadają meteorologowie słoneczne i ciepłe babie lato, u nas w Sopocie temperatura w najbliższych dniach będzie oscylowała wokół dwudziestu stopni.
Miałem nadzieję, że w tym roku dokończę i wydam „Obrazki ze stanu”, książkę przygotowywaną, tak realnie licząc, to chyba od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku, gdy napisałem pierwsze opowiadanie. Potem kilka kolejnych, które przepisałem na przebitce, na maszynie służącej mi do wystukiwania matryc białkowych z antysocjalistycznymi tekstami w okresie stanu wojennego. A potem o nich zapomniałem na trzydzieści kilka lat, aż wreszcie ku własnemu zdziwieniu odkryłem, że istnieją zakopane gdzieś głęboko w papierach, które postanowiłem uporządkować.
Przepisałem je na komputerze i postanowiłem dopisać kilka kolejnych i tak powstał szczególny zbiór opowieści z okresu lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, w znacznej części opartych na prawdziwych wydarzeniach w których miałem okazję uczestniczyć, choć niekiedy, ze względu na upływ lat, obudowanych przypuszczeniami, gdy zawodziła pamięć. Dopisywana część opowiadań powstawała powoli, przez trzy lata, bez pośpiechu. I teraz czeka złożona z wszystkich tych opowieści książka na dalszy swój los już od kolejnych kilku lat. Od jakiegoś czasu próbuję tom ten poprawić i zredagować do druku, ale nie wiem, czy dotarłem do połowy. Odsuwam ciągle tę czynność, bo wolę pisać nowe rzeczy, nawet taki jak ten dziennik, ale też za sprawą pracy, która pochłania mnie bardzo, bo znowu budujemy coś od podstaw, byt nowy, przedsiębiorczy i oparty na technologicznych nowinkach, a wszystko co się tworzy mnie pociąga. I tak leży, a w zasadzie czeka, bo czy o tekstach w komputerze można mówić, że leżą?
Nie lubię wracać do pisarskich staroci, czytać ponownie własnych tekstów i je poprawiać, nużą mnie z jednej strony, a z drugiej nie chcę oddać ich nikomu, bo boję się, że im zaszkodzą.
Wydawnictwo Czarne
Tak myślałem dotąd i oto dzisiaj wyczytałem we wspomnianej wcześniej książce o Dzikim Zachodzie coś takiego o Indianach z plemienia Nawaho: „[…] nigdy nie kończyli tego, co zaczynali. Ukończonej roboty nie znosili wręcz organicznie – nieważne, czy chodziło o kosz czy koc, o pieśń czy opowieść. Ich wyroby nigdy nie mogły wyglądać zbyt doskonale, zbyt kompletnie: ostateczne zakończenie odbierało przedmiotom ducha ich twórcy i wysysało życie ze sztuki. Dlatego wytwory Nawahów pełne były niedoróbek i niedoskonałości, celowych błędów, dzięki którym rzeczy żyły. Dusili się na samą myśl o tym, że mogliby osiągać spełnienie. W przenośni i dosłownie zawsze zostawiali sobie wyjście awaryjne”.
Czy to nie ciekawe? Czy nie dotyczy to mojej książki? I innych rozpoczętych książek? I naszego życia i postępowania w ogóle, choć czasem nie zdajemy sobie z tego sprawy? Przecież często czujemy, że bardziej liczy się droga, niż sam jej cel. Bronimy się przed zakończeniem, wolimy trwanie, pracę nad czymś, otwarty szlak a nie ścianę. Joseph Grand z „Dżumy” Camusa chce napisać powieść, ale wciąż przebudowuje i poprawia jedno jej zdanie. Ja mam zdań więcej (na szczęście, bo bohater „Lśnienia” Stanleya Kubricka przypłacił próby literackie i jedno zdanie obłędem), wystarczy tylko poprawić je wszystkie, dlaczego czynię to z taką niechęcią?
Jerzy Andrzejewski, który nie jest moim literackim (i nie tylko) faworytem, swoją powieść, czy raczej nieskoordynowaną opowieść, pozostawił niedokończoną i odłożył na bok, by wreszcie, z elementami własnego dziennika, wydać w tej ułomnej formie pod tytułem „Miazga” (w chwili gdy nad nią pracował, nosiła roboczy tytuł „Portret”), co było świadomym zasygnalizowaniem zawartości. Powieść odniosła wówczas oszołamiający sukces, lecz raczej było to związane z legendą towarzyszącą jej powstawaniu, niż zawartością. Przeczytałem ją po oficjalnym jej wydaniu w ocenzurowanej wersji w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku (ukazała się też wcześniej pełna wersja w drugim obiegu, ale nie udało mi się do niej dotrzeć), nie powiem, z zainteresowaniem, bo przecież Andrzejewski był wówczas opromienionym sławą literatem, ale bez szczególnych emocji. Ale chodzi tu o sam fakt porzucenia pisania, niechęć do zakończenia i wytrwałe potem trzymanie się tej decyzji.
Nawahowie niedoskonałości cechujące do dzisiaj ich wyroby nazywają „ujściem dla ducha”, co bardzo mi się podoba. I tak właśnie lenistwo obudowałem we wzniosłą teorię – czyż to nie budujące dla ducha? A tyle razy mi powtarzano w dzieciństwie, że czytanie powieści o Dzikim Zachodzie niczego nie uczy!

wtorek, 11 września 2018

Z pamiętnika hodowcy wróbli i ptaków miejskich


Dziś, występujące dotąd gościnnie sikory bogatki (tak sądzę, ale jeszcze sfotografuję i sprawdzę, dominuje jednak u nich kolor żółty), zaszczyciły moje karmiki kilkoma gromadnymi wizytami. Jest ich w stadzie cztery i by je zachęcić do częstszych wizyt, wywiesiłem im kulkę, to taki oferowany w sklepach zoologicznych zestaw nasion umieszczonych w kuli tłuszczu.
Kowalik, autor: © MHK
Wróble są bardzo nieufne, gdy tylko przy karmniku pojawia się coś nowego, starają się trzymać dystans i nieco trwa oswajanie się z nową sytuacją, tak jest i teraz po wywieszeniu kuli. Oblegały górny, mały karmnik, przy którym się nic nie zmieniło, stopniowo próbując przysiadać przy większym, a potem zaraz odlatywać. Ale po kilku godzinach te bardziej odważne już sięgały po ziarenka. Kowaliki mniej na takie zmiany zwracają uwagę, ale zwyczajowo nie przesiadują za długo w karmniku, chwytają ziarenko i wylatują skonsumować je gdzieś indziej. 
Sikorki już się dzisiaj nie pojawiły, ale będę z niecierpliwością czekał, czy kula im zasmakuje.

Skończyłem „Ulicę Nadbrzeżną” (nie pamiętam, czy pisałem, że zakupiłem kilka książek Steinbecka po lekturze Geerta Maka), muszę teraz nieco odetchnąć od tego autora, więc wziąłem się za Hamptona Sidesa „Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu”. Jak widać przy Ameryce pozostaję.

poniedziałek, 10 września 2018

Kolejny dzień


Nadal piękna pogoda, wczoraj rano kilkadziesiąt minut intensywnego deszczu, potem pogodnie, dziś także ponad dwadzieścia stopni i słonecznie. Pod tym względem to zupełnie wyjątkowy rok.
Kilka dni temu na Netflixie obejrzałem film hiszpański „Prawa termodynamiki”, zabawna opowieść z kategorii romansów, która wydarzenia z życia uczuciowego tłumaczy właśnie zasadami fizyki. Ciekawa komedia romantyczna, bo do mocno wyeksploatowanego gatunku wprowadza coś nowego, na tyle nowego, że sam zacząłem wyszukiwać w Internecie informacji o prezentowanych tam prawach, a w końcu przypomniałem sobie „Feynmana wykłady z fizyki”, starą już, bo bodaj z lat siedemdziesiątych książkę, czy raczej kilka książek, które swego czasu przeglądałem, ale nigdy nie przeczytałem w całości. Pokazał mi je Karol, kolega z klasy, zdolny matematyk, potem absolwent wydziału elektrycznego Politechniki Gdańskiej, ale wówczas fizyka nie należała do moich faworyzowanych dziedzin, więc na przeglądaniu się skończyło.
Teraz zacząłem czytać Feynmana ponownie, chociaż nie jest to łatwe, bo czytam jednocześnie „Ulicę Nadbrzeżną”, a przy tym, przyznaję, gdy po ośmiu godzinach wracam z pracy, czuję się zmęczony i najprzyjemniejsze jest położenie się na sofie i oglądanie filmów przy jednoczesnym czytaniu czegoś sympatycznego, takiego jak Steinbeck. Feynman, choć jego wykłady są pisane naprawdę przystępnie, mimo wszystko wymaga skupienia. To jest chyba przeze mnie najbardziej odczuwalny przejaw starzenia się: zmęczenie. Kiedyś po powrocie do domu byłem pełen energii, wyruszałem spotkać się z ludźmi, sam do jakiegoś lokalu na piwo z kolegami, bądź z Gosią do znajomych; a teraz nic, już na to nie mam ochoty. Jestem już po południu mniej wydajny i mentalnie, i intelektualnie. Nie palę już od kilku lat (jak ja w ogóle mogłem palić?), coraz rzadziej popijam drinki, bo nie dość, że następnego dnia bolą mnie stawy, to nie sprawia mi to już takiej przyjemności, nie smakuje mi ani sam alkohol, ani stan, który wywołuje. Może alkohol jest tylko taki dobry z nikotyną? Jeśli tak, bez żalu zostawiam je za sobą, co nie znaczy, że nie będę sięgał okazjonalnie po trunki.

niedziela, 25 lutego 2018

Sopot – stronnicze i wybiórcze uzupełnienie


Tekst o Trójmieście to fragment prowadzonych przeze mnie zapisków, który tylko z kaprysu postanowiłem zamieścić w Salonie24, ale ku memu zaskoczeniu wzbudził spore zainteresowanie, wypada więc, bym uzupełnił go odpowiadając na zamieszczone uwagi, a jednocześnie dodać kilka zdań o mieście, w którym przyszło mi mieszkać już ponad trzydzieści lat. Szkoda tylko, że nawet przy zdawałoby się zupełnie neutralnym tekście, zamieszczane uwagi nie zawsze wolne są od niewłaściwych emocji. Dlatego lat temu kilka przerwałem zamieszczanie publicznych wpisów i chyba była to słuszna decyzja. Teraz jednak do rzeczy, ale że nie zamierzam i nie jestem w stanie wyczerpać tego tematu, z góry proszę o wybaczenie tych mieszkańców, którzy poczują się zawiedzeni faktem, że nie wspomnę o miejscu, w którym mieszkają.

Widok na Sopot znad Stadionu Leśnego
Przede wszystkim Sopot to nie tylko Monciak, molo, plaża i nadmorski park (czy raczej parki), z którymi kojarzą to miasto turyści i sezonowi przybysze. W tych miejscach bywam raczej rzadko, głównie wtedy gdy ktoś przyjeżdża w odwiedziny bądź gdy umawiam się gdzieś w lokalu ze znajomymi. Mam tam zresztą kilka moich ulubionych i nie przypominam sobie, by gdziekolwiek i kiedykolwiek działo się coś złego, jak zwykle postrzeganie jakiegoś miejsca z perspektywy prasowych doniesień dalekie jest od rzeczywistości. Ale, oczywiście, nikogo kto Sopotu nie chce polubić nie będę przekonywał do przyjazdu ani udowadniał, jak wiele dzieje się tu rzeczy, które zaspokoić najbardziej wybredne gusta. Ale to ta część Sopotu, która tętni życiem, czasem hałaśliwym, ale taki jest los miejsc modnych i, czy się to podoba czy nie, to dzięki temu płyną do kasy miejskiej pieniądze.
Do większości miejskich dzielnic turyści się rzadko zapuszczają i chyba ich mieszkańcy tego nie żałują. Większość z nich jest położonych malowniczo, bo w zasadzie  w Sopocie mieszka się albo blisko morza, albo blisko morenowych wzgórz, albo, jak w moim przypadku, i jednego i drugiego. Niektóre położone są niżej, inne wyżej, co jednak nie zmienia faktu, że rozciągają się raczej u podnóża wzgórz, a nie na wysoczyznach – mam tu na myśli dzielnice Gdyni i Gdańska położone w okolicach trójmiejskiej obwodnicy (Karwiny, Dąbrowa, Osowa, Matarnia czy nawet Morena i Niedźwiednik, wyliczając tylko niektóre). Wspomniana ulica Mickiewicza w Górnym Sopocie rozciąga się malowniczo, ale jednak u stóp okalających ją wzgórz, w tym Łysej Góry. Dzielnica rzeczywiście wyjątkowa, z pięknie położonym kościołem św. Bernarada, lekkoatletycznym Stadionem Leśnym, narciarskim stokiem, przytulna i cicha. To nad nią, powyżej stadionu przy Zajęczym Wzgórzu, znajduje się jeden z najmniej chyba znanych w Sopocie, a o niezwykle ciekawej perspektywie, punkt widokowy. Ale rzecz jasna, z perspektywy Sopotu, jest to najwyżej w stosunku do morza położona dzielnica z nobliwymi uliczkami obsadzonymi starymi willami i domami prowadzącymi w stronę lasu.
Sopot, choć nieduży, ma kilka takich zacisznych i pięknie położonych osiedli i miejsc widokowych, już w czasach gdy był częścią Wielkiego Miasta Gdańska przyciągającym wczasowiczów i spacerowiczów nie tylko znad Motławy. Nieopodal miejsca gdzie mieszkam, z tarasu przy położonym na skraju lasu kościele pw. Zesłania Ducha Świętego roztacza się uroczy widok na zatokę. Kolejny znaleźć można na ulicy Okrężnej przy placu zabaw. To miejsce jest mi także bliskie, swego czasu w pobliżu, na ówczesnej ulicy Małgorzaty Fornalskiej (dzisiaj Księżycowej) zdawałem swój pierwszy egzamin na studiach, bo mieściła się tam jeden z oddziałów katedry prawa karnego.
Jest najgłębiej wcinające się w las osiedle Przylesie. Podobną wiodącą doń ulicą 23-Marca wkroczyły do Sopotu w roku 1945 sowieckie oddziały, który to dzień upamiętniono w jej dacie. Co ciekawe, długo, bo do ubiegłego roku, opierała się dekomunizacji, aż wreszcie przeszła niezwykłą metamorfozę, gdy sopoccy rajcy uchwalili, że odtąd data ta upamiętniać ma dzień przyjaźni polsko-węgierskiej, który w istocie w 2007 roku uchwałą sejmu został ogłoszony szczęśliwie zgodnie z tą datą. Dzięki temu zabiegowi dokonano dekomunizacji zaoszczędzając jednocześnie pokaźne kwoty związane z koniecznością przeprowadzania zmian administracyjnych. I chwała radzie miasta za ten przejaw rozsądku.
Jeszcze na koniec coś o Stawowiu, parku na granicy Sopotu i Gdańska. Większości współczesnych sopocian nieznany zespół parkowo-pałacowy o historii sięgającej XII wieku. To tu do roku 1960 mieścił się szpital położniczy (to ostatni jak dotąd rocznik urodzonych w Sopocie), potem szpital gruźlicy i chorób płuc (choć historię powojenną miał ciekawszą, mieścił się tam sztab Armii Czerwonej i dom dziecka). Sam pałac od kilkunastu lat chyba nadal nie może znaleźć nowego właściciela, choć w pobliżu powstało hospicjum Caritasu. Natomiast ku radości młodych mieszkańców Sopotu, po wielu latach starań jest wreszcie szansa, że przy ulicy Polnej, blisko morza i Gdańska, już niedługo otworzy swoje podwoje nowy szpital, gdzie znajdzie się oddział geriatryczny i ginekologiczno-położniczy. Taki właśnie jest Sopot, miejsce ludzi i starszych i młodych. Tak czy inaczej, w Sopocie znów zaczną przychodzić na świat dzieci.
To tylko niektóre z miejsc mniej znanych, punktów z perspektywą, ulic sopockich i ich opowieści. Nie było moim zamiarem pisać wyczerpująco, to była tylko nocna refleksja, a ten wpis jest jej uzupełnieniem. Sopot nie musi się obawiać o popularność, jeśli już, to raczej o jej nadmiar. Zresztą przebywa w dobrym towarzystwie dwóch pięknych miast i na zawsze będzie już z nimi związany.

sobota, 24 lutego 2018

Literackie czasopisma


Popadał  nieśmiało śnieg, za dnia temperatura spadła poniżej zera.
Co jakiś czas, kiedyś częściej, napada mnie chęć kupowania czasopism literackich, które potem czytam przez kolejne miesiące. To taki mój przegląd tego, co się zmienia, ostatnio niezbyt pochlebny. Dziś właśnie mnie naszło, w Galerii Bałtyckiej wszedłem do Empiku i wydałem sto złotych wynosząc ze sobą siedem grubych zeszytów. Miałem ochotę jeszcze na The Time, który kiedyś prenumerowałem, ale dwadzieścia złotych (czy coś koło tego) wydawało mi się za dużą przesadą. Jest „Magazyn Literacki Książki” znany mi do dawna, choć obecnie nieco inaczej wydawany; „Zeszyty Literackie”, w stanie wojennym trudne do zrealizowania marzenie czytelników krajowych, choć jednak docierały z Paryża budząc ogromne zainteresowanie jako doskonale wydana esencja niezależnej literatury; „Pamiętnik Literacki”, nobliwe bo liczące ponad sto lat czasopismo  Instytutu Badań Literackich PAN; wrocławska „Odra”, której żadnemu miłośnikowi pism społeczno-literackich w Polsce przedstawiać nie trzeba; „Wyspa”, kwartalnik już dwudziestopierwszowieczny (powstał w tym tysiącleciu) wydawany przez Bibliotekę Analiz i pierwszy raz w moich rękach, ale za to dwuczęściowy bo z suplementem; oraz „Borussia”, olsztyńskie pismo które tym nabytym przeze mnie numerem kończy swoje istnienie. Przede mną moc lektury rozłożonej na miesiące, będę wspominał o wrażeniach. Zabrakło mi tylko „Twórczości”, nie zauważyłem, a nieco gonił mnie czas.

środa, 21 lutego 2018

Kolejny dzień z lekturami


Od rana pochmurna, ale jasno, po południu błysnęło czasem słońce. Temperatura waha się między jeden a pięć stopni, teraz o 20.52 wynosi u nas na balkonie półtora powyżej zera.
Nadal przy Bobkowskim, to jeszcze potrwa. Tym razem zmusza mnie do sięgnięcie po Grahama Greena, bardzo podobało mu się „Sedno sprawy”, którego nie czytałem. Czytałem natomiast „Konsula honorowego” w latach siedemdziesiątych, niedługo chyba po jego wydaniu w Polsce czyli będąc w liceum, ale zupełnie bez wrażenia, a nawet z poczuciem miałkości. Muszę spróbować ponownie, wtedy mogłem czego innego oczekiwać od literatury, albo jeszcze do niej nie dorosnąć, choć w to akurat wątpię. A potem już, zniechęcony, po Grahama Greene’a nie sięgnąłem.
Najbardziej mi się w czytaniu dzienników, wspomnień, listów podoba wnikanie w czasy, których już nie ma, a które były ważne dla kraju i o które się w jakiś sposób otarłem. Miałem niespełna dwa lata, gdy zmarł Bobkowski, ale przecież żyłem potem jako nastolatek w czasach, gdy pisywali ludzie z którymi on korespondował, albo w kraju, albo za granicą. Bobkowski był przecież z pokolenia narodzonego w drugim dziesięcioleciu dziewiętnastego wieku, tegoż samego, z którego wywodził się też Wasiutyński. Tylko że to inny świat emigracji, wygląda na to, że nie stykały się ze sobą albo stykały przypadkiem i bardzo rzadko. Giedroyć zaproponował Wasiutyńskiemu pisanie do „Kultury”, o czym i jeden i drugi wspomina w zapiskach, ale ten się nie zgodził i ich drogi się ponownie rozeszły. Wojciech Wasiutyński był doskonałym publicystą, ale przeszłość miał radykalnie narodową, oenerowską, potem złagodniał, ale jak wszyscy narodowcy, trzymał się z dala od „Kultury” paryskiej i „Wiadomości” londyńskich. Liberałowie tacy jak Bobkowski i jemu podobni, z narodowcami kontaktu nie utrzymywali i z nimi nie dyskutowali, to taki niepisany układ.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Trójmiasto nie tylko po północy


Jest po północy, jak zwykle zerknąłem na naszą elektroniczną stację meteorologiczną, na naszym balkonie jest nieco ponad dwa stopnie powyżej zera, choć nocą zapowiadają nawet dwa poniżej. W Sopocie zimą jest zawsze cieplej, zwłaszcza u nas, plażę mamy kilkaset metrów za oknem, a morze zimą ogrzewa i łagodzi, choć czasem potrafi też otumanić gęstą mgłą. Życie między morenowymi wzgórzami i Zatoką zmienia perspektywę, nie tylko klimatyczną, również społeczną, kulturalną i polityczną. Do tego wniosku dochodziłem latami, bo musiałem odszukać dowodów na to w swojej przeszłości a potem to sobie uświadomić. Na zachód od naszego domu, sto metrów wyżej i dwa kilometry dalej wszystko się zmienia, jest zimniej i dłużej zalega śnieg. To zawsze mnie zaskakiwało, gdy nieco dłużej nie wjeżdżałem do dzielnic takich jak Wielki Kack w Gdyni czy Osowa w Gdańsku. Sopot nie ma dzielnic leżących na wyniesieniu, tam jest już tylko las.
Podobnie spory zdawały mi się zawsze łagodnieć w Sopocie, łatwiej było godzić stanowiska, te polityczne także. Przynajmniej do niedawna, bo ostatnimi laty chyba coś się zmieniło i nawet tutaj ludzie przestali sobie podawać ręce, a jeśli to czynią, to potem już nie idą razem na piwo jak dawniej, tylko niosą w sobie tę zapiekłą złość na siebie, która zalała i podzieliła Polskę. Podtrzymuję kontakty z jednymi i drugimi, ale wspólnie nie biesiadujemy. Czasem zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że tyle kiedyś robiliśmy rzeczy wspólnie? No tak, tłumaczę sobie, to było przecież trzydzieści lat temu i jeszcze dawniej, więc wszystko wyblakło w pamięci: studia, sierpniowe strajki, NZS, uczelniany samorząd… kto o tym teraz pamięta?
Gdy w roku 1983 przeprowadziłem się do Sopotu, mając za sobą kilkunastoletnie okresy zamieszkiwania w Gdyni i w Gdańsku, Sopot wydał mi się spokojny, nobliwy i dostatni, jak na tamte smutne komunistyczne czasy rzecz jasna. Ale to tylko pozory, bo przecież sami wnosiliśmy weń ferment, który przypisywany był potem Gdańskowi. Gdy w oku 1979 zaczynałem studia ekonomiczne w Sopocie, był to wydział należący do Uniwersytetu Gdańskiego; gdy w na sopockich wydziałach prowadziliśmy strajk w roku 1981, a tych wydziałów były tam wtedy aż trzy, dwa ekonomiczne oraz prawa i administracji, wszystko szło na konto Gdańska. Gdy po wprowadzeniu stanu wojennego w Sopocie drukowaliśmy ulotki i gdy je rozrzucaliśmy na uczelni, mówiono o działalność opozycyjnej studentów uniwersytetu w Gdańsku.
Sopot był jednak znaczący nie tylko dla nas, także dla władzy, chociaż nie wiem dokładnie, dlaczego. Ot, dla przykładu, gdy w 30 kwietnia roku 1982 przeprowadzano i w Gdyni, i w Gdańsku przeszukania w domach członków NZS, zatrzymanych przewieziono na posterunek w Sopocie i tam przetrzymywano.
Nie inaczej było ze światem przestępczym. Gdy w latach dziewięćdziesiątych panoszyły się w Polsce gangi czy mafie (w polskiej skali), w tym najbardziej znane pruszkowska i wołomińska, Sopot na podstawie niepisanej umowy miał być miejscem azylu, w którym gangsterskich porachunków nie wolno było załatwiać.
No i, co jest nie bez znaczenie, w Sopocie urodziła się, wychowała moja żona. Tym samym nie sposób zaprzeczyć, że w tym niewielkim, bo liczącym sobie niespełna czterdzieści tysięcy mieszkańców mieście wciśniętym między Gdańsk, Gdynię, morze i morenowe wzgórza jest coś wyjątkowego, szczególnie dla mnie. A takich ludzi, urodzonych i mieszkających w Sopocie, jest garstka, bo w 1960 czy 1961 roku zamknięto w Sopocie szpital i tym samym wydział położniczy i od tego czasu sopockie dzieci rodzą się albo w Gdyni, albo w Sopocie. Nie inaczej było z naszymi.
Sopot jest inny, bo choć bywa w nim tłoczno (już nie tylko latem), choć przemykają przezeń gnające między Gdańskiem i Gdynią samochody, zachował coś z atmosfery nobliwego kurortu. Łatwiej to zauważyć poza sezonem i nieco w bok od ulicy Bohaterów Monte Cassino, czyli Monciaka, jak ten najbardziej znany w Polsce deptak nazwali mieszkańcy. I zawsze, tak przed wojną, gdy był częścią autonomicznego obszaru Wielkiego Miasta Gdańska, tak i teraz, ciąży bardziej do Gdańska niż Gdyni, ale nie ze względu na swą niechęć do pierwszego wielkiego portu Drugiej Rzeczpospolitej, co raczej ze względu na wciąż wyczuwalną atmosferę konkurowania Gdyni z Gdańskiem. Gdynia, choć to nieco absurdalne, ma kompleks Gdańska, bo jest większy, bardziej znany, częściej odwiedzany, a co gorsza, gorsza bo tej przepaści nie da się zasypać, Gdańsk starszy jest od Gdyni o jakieś... dziewięćset pięćdziesiąt lat. Mnie to nie przeszkadza, do granicy z Kolibkami, najbardziej na południe położonej dzielnicą Gdyni, mam jakieś sto metrów, często jeżdżę tam na zakupy. W Gdyni się urodziłem i spędziłem pierwszych piętnaście lat, ale w Gdańsku nie tylko mieszkałem, przede wszystkim pracuję tam przez całe swoje życie, czyli od chwili, gdy podjąłem pierwszą stałą pracę. Dla mnie to był i będzie jeden organizm, Trójmiasto, moja mała ojczyzna.

piątek, 16 lutego 2018

Bobkowski i inni


Po lekturze „Szkiców piórkiem” zamówiłem kilka książek Andrzeja Bobkowskiego, które można było dostać w internetowych księgarniach, wersje papierowe, bo e-booków nie było. Różne wydawnictwa, trzy tytuły z biblioteki „Więzi: „Z dziennika podróży”, „Listy do Jerzego Turowicza”, „Listy do Aleksandra Bobkowskiego”; „Listy do różnych adresatów” wydały „Arcana” a „Notatnik 1947 – 1960” nieznane mi wcześniej wydawnictwo „LTW”. Zacząłem od „Z dziennika podróży” i już kilka pierwszych akapitów mnie uwiodło. Ot, choćby taki fragment z Paryża, nie ma dokładnej daty, ale musiało to być wiosną 1947, bo w tymże roku opublikowany został w „Nowinach Literackich”:
Czekam na metro. Nie ma już dwóch klas i ceny biletów są jednakowe. Ale czerwone i miękkie wagony pierwszej klasy toczą się nadal w środku. Ci, co jeździli nimi dawniej, wsiadają do nich i teraz. Tamci inni nie pchają się tam wcale. Wagony te jednak obrażają ich uczucia równości  wobec tego mają je przerobić na zwykłe. Dużo o tym pisali – a jakże! C’est un probleme. Są dwa rodzaje demokracji: ta która chciałby, aby wszystkie wagony były wygodne, i ta, która miękki przerabia na twarde, uznając to za zdobycz ludu.
Prosta a jakże trafna konstatacja, równanie w dół, nie w górę. Byle dokuczyć tym, którzy mają nieco lepiej – państwo w roli Janosika w służbie zawistnych. Tak robi się do dzisiaj, już tyle razy słyszałem to od znajomych, że to nieuczciwe, by inni mieli więcej, że przyszło im łatwiej, że… Zresztą jakie ma znaczenie rzeczywisty powód, w dół i koniec, bo prawdziwym powodem jest zazdrość. W osiemnastym wieku ten zwyczaj równania zapoczątkowała hołubiona do dziś rewolucja francuska posługując się gilotyną; teraz polityczny establishment Europy i państw w Europie położonych zrównuje posiadających więcej innymi sposobami, najchętniej gilotyną podatkową. To właśnie od takiej Europy Bobkowski uciekł do Ameryki Środkowej. Czemu wybrał akurat Gwatemalę? Może gdzieś jeszcze doczytam.
Swoją drogą niezwykły człowiek, władał francuskim, niemieckim, łaciną (tak wynikało ze „Szkiców”) i hiszpańskim. Nie było to wówczas, ani dzisiaj nie jest, czymś zwyczajnym. Ale, co ważniejsze, miał w tych językach wiele do powiedzenia (Michał Korybut Wiśniowiecki, król Polski, znał osiem języków, a mimo to ambasador francuski donosił swojemu monarsze, „w żadnym nie miał nic do powiedzenia”).
Kupiłem też (w wersjach elektronicznych) Richarda Dawkinsa „Rzekę genów” i „Bóg urojony”. Interesuje mnie ten intelektualista tak jak Noam Chomsky, nie podzielam poglądów, ale czytam zafascynowany ich publikacje, próbując zrozumieć motywacje i mechanizm roszenia się i pielęgnowania tej nienawiści do mechanizmów cywilizacji. Sztandarowym manifestem Chomsky’ego  była książka „Rok 501: podbój trwa” wydana przez PWN. Mam ją w posiadaniu, przeczytałem zaraz po jej ukazaniu się z dużym zainteresowaniem, ale nie rozumiem nadal skąd bierze się fascynacja do głoszonych utopii i tak jednostronnego postrzegania postępu cywilizacyjnego.
Chomsky jest sztandarowym przykładem lewicowego intelektualisty, ale Dawkins niewiele mu ustępuje, to orędownik tzw. naturalizmu i jednocześnie zagorzały i walczący ateista. Nie wiem, czy jest socjalistą w dziedzinie ekonomii, ale takie poglądy by mnie nie zdziwiły. Zacząłem czytać „Boga urojonego”, dotarłem do trzeciego rozdziału. Sam zmagam się zagadnieniem wiary, zastanawiałem się, jakich Dawkins dostarczy argumentów, bo przechwalał się bardzo w przedmowie, że obali wszystkie opinie i dowody wierzących i absurd poważnego traktowania religii w ogóle – ale w ogóle, to w ogóle mnie nie przekonał. To co pisze znam od dawna, przytaczano takie argumenty od lat, można je akceptować bądź nie, ale nie rozwiązują zagadnienia wiary. Co ciekawe, jego gorliwość w zwalczaniu religii jest nie mniejsza niż gorliwość inkwizycji w jej obronie w ubiegłych stuleciach, co sprawia, że przestaje być dla mnie wiarygodny, bo nie ufam żadnym fanatykom. Ostateczny osąd wydam jednak po dokończeniu lektury.
Na książki Dawkinsa natknąłem się przeglądając ofertę wydawnictwa, w którym nabyłem „Szkice piórkiem”, ciekawy dobór zainteresowań wydawcy.
Pobrałem też z Amazona fragmenty „Dziennika Anny Frank” (przekład na angielski), chciałem się im przyjrzeć już wcześniej, lecz nie było jakoś okazji. Nie mam zamiaru czytać ich w całości, po prostu chciałem się przekonać, jakim są pisane językiem. Lektura zajęła mi godzinę. Poza dramatyzmem czasów, to jednak zapiski nastolatki, więc, zgodnie z przewidywaniem, niezbyt wciągające. To bez wątpienia ważne świadectwo wydarzeń, które do dziś są przedmiotem sporów, ale mnie nie trzeba przekonywać do faktów i sprzeciwiania się totalitaryzmowi w każdej postaci. Ale bez wątpienia prawda o tamtych czasach wywołuje i dzisiaj gorące emocje, a jedna z dyskusji o tym przetacza się właśnie po świecie w związku z wprowadzoną w Polsce ustawą o IPN – przedstawiciele Izraela oburzeni, Trump krytyczny, polscy politycy PiS oburzeni na oburzonych, a wszystko jak zwykle przez powszechną w polskim prawie niechlujność legislacyjnych zapisów, które są niejednoznaczne i tym samym różnie interpretowane. Ale zachowanie polityków niemieckich tym razem z prawdziwą klasą – w moich oczach pani kanclerz i minister Sigmar Gabriel urośli.

sobota, 10 lutego 2018

Wojna i spokój


Mam problem, czy zacząć od człowieka, czy jego dzieła? Dzieła, bo „Szkice piórkiem” to w wydaniu papierowym licząca sobie ponad pięćset stron książka – wiem to z internetowych opisów, bo przeczytałem ją w wydaniu elektronicznym. Powtórnie, ten pierwszy miał miejsce w latach osiemdziesiątych, gdy dziennik Andrzeja Bobkowskiego ukazał się w kraju w drugim obiegu. Już wtedy byłem pod ogromnym wrażeniem, choć wydanie było kieszonkowe, dwutomowe, drukowane maleńką czcionką na offsecie. Nie przeszkodziło to książce oczarować mnie od pierwszej niemal strony, bo ta pierwsza część będąca zapisem podróży rowerem po południowych rejonach Francji podczas toczącej się gdzieś na północy kraju wojny to jeden z najbardziej urokliwych fragmentów tego dziennika. Niemal całość stanowi dobrą literaturę, choć są i fragmenty słabsze czy wręcz niepotrzebne, ale to przecież musi się zdarzyć podczas czterech lat prowadzenia zapisków. Bobkowski pisał o tym, co widział i o czym myślał, a przez kilkadziesiąt miesięcy nie sposób być nieustanie u szczytu formy, czasem potrzeba oddechu i rozrywki. Całość jest jednak niezwykła, zapiski z życia we Francji pod niemiecką okupacją jest tak dalece różna od znanych Polakom wydarzeń z okupacji ich kraju, że czasem trudno uwierzyć, że tak to mogło wyglądać. Najbardziej uderzające są kończące dziennik zapiski z sierpnia 1944 roku, wyzwalany przez Aliantów Paryż w zestawieniu z wykrwawiającą się w powstaniu Warszawą.
Wydawnictwo CiS, 2010
Tyle na temat książki, więcej nie muszę pisać, bo uczynił to w swoim doskonałym a zamieszczonym w charakterze posłowia eseju Roman Zimand. Jest tam dokładnie wszystko, co sam mógłbym i chciałbym napisać, więc nie będę się powtarzał, jest nawet ubolewanie nad faktem, że pisarstwo i postać Andrzeja Bobkowskiego tak słabo są znane. Dodam tylko, że podczas lektury zapisków Bobkowskiego miałem wrażenie, jakby autor wypowiadał moje myśli – ten sam pobożny niemal stosunek do wolności, pochwała indywidualizmu, niechęć do mających uszczęśliwiać całą ludzkość białych, brunatnych, czerwonych i wszelkich innych kolorów ideologii, do wymyślających je inżynierów dusz i magików szczęścia, do superpaństw i super rozwiązań. Bobkowski opuścił Europę i przeniósł się do Gwatemali, bo nie potrafił się w niej odnaleźć, nie akceptował zmian, jakie po wojnie w niej zachodziły. Tam też zmarł, zbyt wcześnie, zapomniany, choć na szczęście nie przez wszystkich.
Jeszcze tylko wyjaśnienie, skąd tytuł tej notatki. Otóż sam autor w jednym z wpisów wspomina, że być może nada właśnie taki tytuł swojemu dziennikowi, jeśli kiedyś go wyda. Zdecydował się jednak na „Szkice Piórkiem”, choć ten pierwszy pomysł wydaje się idealnie pasować do czasów okupacji Francji, które tak wnikliwie opisuje. Polskie, legalne wydanie z 2010 roku było miłą niespodzianką, choć niemal niezauważoną, przynajmniej przeze mnie. Może kiedyś pojawią się kolejne wydania: jego książki, opowiadania i szkice? Chciałbym kiedyś zobaczyć zebrane je w jednym pięknym zestawie pism zebranych, jak działa innych polskich pisarzy. Choć Bobkowski pisarzem sensu stricte nie był. Pisarzem tylko bywał, ale za to jakim!

czwartek, 14 grudnia 2017

Labirynt duchów

Biorąc do ręki czwartą już książkę Carlosa Luiza Zafona z serii rozpoczętej „Cieniem wiatru”, czyniłem to w zasadzie z obowiązku, bo przecież to „finis coronat opus”, ale przekonany byłem, że z trudem zniosę tę koronację. „Cień wiatru”, jak ogromna większość czytelników, przyjąłem jak ożywczy powiew w literackim światku silącym się na prześciganie się w dosadności (eufemistycznie rzecz ujmując) codziennego języka i obsceniczności mniej codziennych czynności. Zafon był inny, był arystokratą słowa i mistrzem intrygi i tajemniczości. Bywał drastyczny, ale tam, gdzie tego wymagało zrozumienie grozy czasów o których pisał i wydarzeń, które miały wtedy miejsce. A ponadto każde niemal słowo emanowało takim sentymentem do Barcelony i miłością do książek, że przenosiła się na czytelników.
Wydawnictwo Muza SA, 2017
Tak było, ale tak jak w świecie kina nie można nieustanie nakręcać sequeli, bo każdy kolejny staje się bardziej nużący (z nielicznymi wyjątkami), tak w świecie literatury nie powinno się nieustannie trzymać tej samej konwencji literackiej, z tymi samymi bohaterami i tymi samymi wciąż od nowa podejmowanymi tematami – przynajmniej tak mi się wydawało.
I tak właśnie się czułem zaczynając lekturę „Labiryntu duchów”, byłem zmęczony od pierwszego zdania – dialogi bohaterów tak błyskotliwe, że aż nieprzekonujące, ten sam powracający motyw dramatyzmu frankistowskich rządów, czarno-biała perspektywa, inaczej mówiąc wszystko, czego się spodziewałem rozpoczynając, tylko… dlaczego z każdą przeczytaną kolejną stroną coraz trudniej było mi odłożyć na później przeczytanie następnej? Książka mnie wciągnęła, kończyłem ją późną nocą, choć wiedziałem, że niewyspany pojadę rano do pracy.
Ta książka jest albo lepsza od drugiej i trzeciej części, albo już zdążyłem się stęsknić za Zafonem. To mistrz słowa, co przy dobrym tłumaczeniem jest skarbem współczesnej literatury; to mistrz intrygi, który potrafi zaskoczyć zwrotem sytuacji; to autor elegancki, nigdy nie nadużywający środków wyrazu i nie ulegający modzie epatowania wulgaryzmami czy przesadną seksualnością. Jest aluzyjny i sentymentalny, tworzy bohaterów, których można polubić mimo ich wad, bo czują jak każdy człowiek, mimo swoich słabości i swego heroizmu, przemieszanego jak w każdym z nas. I choć nie przypuszczałem, że to powiem, żal mi rozstać się z Ferminem, rodziną Sempere i Cmentarzem Zapomnianych Książek. Może też trochę dlatego, że Gdańsk, choć leży nad ciemniejszą i zimniejszą zatoką, trochę mi przypomina Barcelonę swymi dziejami, zaułkami i skomplikowanymi losami mieszkańców. I Barcelona, i Gdańsk, nigdy nie były pokorne. I pokorne nie są, jak pokazują ostanie wydarzenia.

niedziela, 1 października 2017

Wielkie Jabłko na kartach powieści

Nowy Jork, Edward Rutherford,
wyd. Czarna Owca, 2015
Już dawno czytanie nie sprawiło mi takiej przyjemności, jak lektura „Nowego Jorku” Edwarda Rutherfurda. Po pierwsze dlatego, że wreszcie znalazłem taki rodzaj powieści, jaki lubię, klasyczna proza przywodząca na myśl dzieła Tomasza Manna czy Lwa Tołstoja, po drugie dlatego, że tak jak autor, a podejrzewam, że nie jesteśmy odosobnieni, lubię miasto, które jest zarówno głównym miejscem, jak i jednocześnie głównym bohaterem tej powieści. Nie tylko lubię, ale też nieco znam, bywałem w nim kilkakrotnie i miałem okazję odwiedzać miejsca, które opisuje, wędrowałem więc wraz z bohaterami po Manhattanie i Brooklynie. Choć należy od razu zaznaczyć, że dokładne poznanie Nowego Jorku nie jest możliwe podczas takich jak moje kilku bądź kilkunastodniowych wizyt. Każdy, nawet jeśli w nim mieszka i pracuje, postrzega je zresztą inaczej, bo Nowy Jork ma nie tylko ogromne dzielnice, różnorodną architekturę, liczne grupy etniczne, ale i najróżniejsze oblicza i każdy może wynieść odmienne jego wyobrażenie. Dla mnie jednak istotne było gdy je odwiedzałem, że nigdy nie czułem się w tym mieście obco. Tam nikogo nie dziwi inny akcent, kolor skóry czy ubiór. Tam wszyscy są imigrantami, różni ich tylko czas przybycia do tego miejsca, przed pokoleniami lub całkiem niedawno.
Właśnie ten obraz miasta, od jego zarania, od postawionego tam pierwszych budynków i pojawienia się pierwszych mieszkańców z Europy, stara się przekazać wraz z mijającymi na karach powieści dziesiątkami lat autor. Fascynująca i barwna opowieść o jego mieszkańcach i losach Ameryki. Od pierwszych pociągnięć wiosłem Dirka van Dycka płynącym z nurtem rzeki Hudson, Holendra zajmującego się handlem futrami w Nowym Amsterdamie będącym wtedy niewielką, choć ważna faktorią handlową ukrytą za palisadą oddzielającą osadę od ciągnących się na północ od niej dzikich rejonów Manhattanu zamieszkałych przez Indian z plemienia Algonkinów, aż po spacer przez Central Park Gorhama Mastera, jego potomka, w 2019 roku, trudno się od tej opowieści oderwać. Są w nurt fabuły wplecione losy niewolników i wolnych Murzynów, są dzieje przybywających w różnych okresach kolejnych pełnych nadziei imigrantów, Anglików, Irlandczyków, Włochów czy Żydów, są bohaterowie amerykańskiej wojny o niepodległość i wojny secesyjnej, są niemal wszyscy wielcy, którzy mieli wpływ na dzieje Ameryki i miasta. Możemy zobaczyć, jak rozwijał się Nowy Jork, jak się rozrastał, zmieniał, jak jedna z budynków ustępowały miejsca innym, jak powstawały narodowe dzielnice i dowiedzieć się, kto się do zmian oblicza miasta poczynił. A lista nazwisk jest równie imponująca ja powstające i rozsypujące się w pył fortuny. Tak znane budowle jak Chrysler Building, Carnegie Hall, Empire State Building, Grand Central Terminal, World Trade Center i wiele innych są równie ważnymi bohaterami, jak ludzie i jak każda zmieniająca swój charakter ulica, dzielnica czy etniczna enklawa.
Zazdroszczę tym, którzy dopiero sięgną po tę książkę. Bo to przecież Big Aple, jabłko tak wielkie, że każdy odgryźć może jego kęs dla siebie.